Świadkowie końca epoki świadków

Świadkowie końca epoki świadków
O nowym projekcie wystawy na temat przymusowych przesiedleń mówi prof. Robert Traba, współprzewodniczący Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej, dyrektor Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie
– W Niemczech powstał nowy projekt stałej wystawy o wypędzeniach i przymusowych przesiedleniach. Tydzień temu był dyskutowany na powszechnym zjeździe niemieckich historyków w Berlinie. Kim są autorzy projektu?
– Jest to grupa historyków średniego i młodego pokolenia skupionych wokół prof. Martina Schulze-Wessela, szefa Katedry Historii Europy Wschodniej na Uniwersytecie Ludwika Maksymiliana w Monachium, ucznia prof. Klausa Zernacka. Reprezentują oni nurt bardzo dziś widoczny w historiografii niemieckiej: znają języki wschodnioeuropejskie, mają otwarte podejście do problemu, aktywnie współtworzą partnerskie kontakty historyczne. Projekt dobrze oceniły komisje podręcznikowe, najstarsza, polsko-niemiecka, oraz niemiecko-czeska i niemiecko-słowacka. Ich wsparcie jest bardzo ważne, bo są – mówiąc obrazowo – naturalnymi pasami transmisyjnymi wiedzy o historii do społeczeństwa, pierwszym etapem oceny, aczkolwiek wsparcie komisji polsko-niemieckiej, której współprzewodniczę, jest takie: wreszcie powstał dokument, który jest rzeczowym zalążkiem koncepcji i otwiera dyskusję. Jest to otwarcie inspirujące, przygotowane przez profesjonalne gremia, ale trzeba teraz dyskutować, co w nim jest dobre, a co nie. Każdy z członków Komisji Podręcznikowej zajmował się badawczo problematyką wypędzeń, ma swoje uzupełnienia i swoje wizje. Warto przy okazji podać, że niedługo wyjdzie wielka monografia prof. Hansa H. Hahna, wykładowcy historii Polski i Europy Środkowej w Oldenburgu, poświęcona wypędzeniom.
– Bardzo długo mówi się w Niemczech o potrzebie upamiętnienia wypędzeń. Dotychczas nie było takiego projektu?
– To śmieszne, prawda? Od tylu lat trwa dyskusja o Centrum przeciw Wypędzeniom, o Widocznym Znaku i żadna taka koncepcja nie została stworzona. Dwa lata istnieje Fundacja Flucht - Vertreibung - Versöhnung (Ucieczka - Wypędzenie - Pojednanie) i też nie ma koncepcji. Coś tam jest tworzone w zamkniętych gremiach, ale nie jest poddawane otwartej merytorycznej dyskusji.
– Dotychczas dyskusja koncentrowała się albo na kwestii miejsca, gdzie taka wystawa miałaby powstać, na jej politycznych reperkusjach, roli Eriki Steinbach, na głośnej wystawie „Erzwungene Wege” („Wymuszone drogi”) z 2006 roku, którą nowy dokument ocenia krytycznie. Tak czy inaczej: merytoryczną dyskusję zastępowała polityka. Czy jest szansa, że teraz rozwinie się dyskusja merytoryczna?
– Najpierw muszę powiedzieć o wystawie „Wymuszone drogi”. Należałem do jej krytyków, ponieważ uważałem, że w fundamencie swojej konstrukcji miała poważne błędy i założenia jednoznacznie ideologiczne. Jej grzech pierworodny polegał na tym, że powstała z przesłania politycznego określonego kręgu ludzi i przeskakiwała etap wewnątrzniemieckiej dyskusji o problemie. Największym jej błędem było to, że wszystkie wypędzenia, od Ormian po Srebrenicę i Kosowo, nie różnicując ich przyczyn i skutków, sprowadziła do czystek etnicznych i próbowała dyskursowi o XX wieku narzucić kategorię wypędzeń jako dominującą. Ja się jednoznacznie przeciwstawiam nazywaniu wieku XX wiekiem wypędzeń. To był wiek dwóch totalitaryzmów, dwóch wojen światowych, kilku rewolucji i również przymusowych wysiedleń, ale jako skutków wojen i rewolucji. Wiek XX to również bardzo mocna opozycja wobec tych zjawisk i piękny wiek wspaniałego rozwoju kultury i nauki, nowych dróg w sztuce. Większość naszego życia spędziliśmy w wieku XX i jeżeli mam sobie wyobrazić, że następne pokolenia miałyby go widzieć tylko poprzez wypędzenia, to mówię nie.
– To wiek upadku muru berlińskiego, "Solidarności", Unii Europejskiej.
– No właśnie. Myśmy to współtworzyli i o tym też należy mówić.
– Czy nie za ostro ocenia pan tę wystawę? Ona była pierwszą próbą skatalogowania problemu w wymiarze europejskim. Wielu Niemców dowiedziało się z niej po raz pierwszy o wypędzeniach z Kraju Warty, pacyfikacji Zamojszczyzny, wywózkach Polaków na Sybir. Coś dobrego ona też zrobiła.
– To, że jakiś fragment został dobrze pokazany, jest wtórne. Ta wystawa posługiwała się przede wszystkim bardzo zwodniczymi mechanizmami opowieści. Nie chcę się rozwodzić i podam jeden przykład: jest na niej zdjęcie Niemców uciekających w lutym 1945 r. przez Mierzeję Wiślaną, a pod nim podpis: „Wypędzenie z Prus Wschodnich”. Po pierwsze: to nie było wypędzenie, tylko ucieczka. Wschodniopruski gauleiter wstrzymywał ją do ostatniego momentu, co było przyczyną tak wielkich ofiar. Gdyby nastąpiła wcześniej, nie byłoby tego tragicznego w skutkach zdarzenia – śmierci tylu ludzi na mierzei. W podpisie była też informacja, że z Prus Wschodnich wypędzono ponad 2 mln Niemców. Otóż cała ta prowincja miała nieco ponad 2 mln mieszkańców. Wszyscy zostali wypędzeni? To bzdura. Kilkaset tysięcy ludzi walczyło na frontach, a ich miejsce zajęło 230 tys. robotników przymusowych, o których słowa na tej wystawie nie było. Miała ona wiele podobnych pułapek, zwodniczych, bo przyciągała, bo – jak pan słusznie mówi – była pierwszą wystawą, która opowiadała o problemie w kontekście europejskim. Ona mogła uwieść pewnym swoim prekursorstwem, ale wprowadziła w obieg publiczny zwodnicze obrazy, które – niestety – w bardzo niewielu tekstach zostały merytorycznie skrytykowane. Pokazała po raz pierwszy pewne rzeczy, ale kontekst i tło były takie, że – jak sądzę – do niewielu to przemówiło. Rzeczową dyskusję uniemożliwiła też kategoria poprawności politycznej: wiadomo, musimy być zjednoczoną Europą i czegoś nie wypada mówić, bo nie wolno naruszać konsensusu.
– Wystawa miała być początkiem projektu, a niektórzy, zwłaszcza w Polsce, potraktowali ją jako projekt ostateczny.
– Zostańmy na podzielonych stanowiskach, nie mówmy o tej wystawie. Jest ważniejszy problem: jestem zdania, że to, co się stało w latach 1999-2008 wskutek powołania Centrum przeciw Wypędzeniom i Widocznego Znaku, który miał być próbą pozytywnego wyjścia z „pamięci tunelowej” narzuconej przez Związek Wypędzonych, zniszczyło bardzo dużo z tego, co działo się w latach 90. w kontaktach polsko-niemieckich, jeśli chodzi o dotykanie problematyki przymusowych wysiedleń. Otóż jak pan zapewne pamięta, symptomem lat 90. były oddolne próby kontaktowania się dawnych mieszkańców Warmii, Śląska czy Pomorza z mieszkańcami nowymi. Wtedy przyjeżdżały pierwsze grupy niemieckich wypędzonych, którzy nie tylko chcieli iść śladem swoich miejsc rodzinnych, ale też pytali, co dzieje się u was. To było wyjątkowe, zaczął się proces, który wymagał lat wzajemnego poznawania się. No i przyszło Centrum przeciwko Wypędzeniom, które zawłaszczyło całą tę problematykę, dyskurs o historii i hegemonialnie narzuciło wizję XX wieku jako wieku wypędzeń. Mam wrażenie, że skutkiem tego wielu ludzi zraziło się do debaty o wypędzeniach. W Polsce nie było to podyktowane tylko histerią polityczną, jak czasem to określano w Niemczech, projekt Centrum przeciwko Wypędzeniom zdusił zapał, bo nagle czapa polityczna przykryła to, co było naturalnym procesem.
– Opublikował pan wtedy głośną książkę „Wypędzeni ze wschodu”.
– Dziś raczej bym jej tak nie zatytułował. Myślałem wówczas, że pobudzę do myślenia, pokazując po raz pierwszy losy Polaków i Niemców niepodzielonych na narodowości, ale na doświadczenie związane z wypędzeniem z miejsca zamieszkania. Myślałem: otworzę Niemcom oczy i zobaczą, że także Polacy mieli podobne doświadczenia. Mam jednak wrażenie, że taki sposób opowieści, jak i wiele innych działań, prowadzi do budowania kategorii wspólnego losu.
– Mieliśmy wspólny los?
– Nie, mieliśmy wspólne doświadczenie związane z przymusowym wysiedleniem. Kategoria wspólnego losu unieważnia doświadczenie, którego Niemcy wciąż nie przerobili zbiorowo w swojej kulturowej pamięci, czyli doświadczenie bycia okupantem innego kraju i zrozumienia perspektywy okupowanego.
– To doświadczenie nie zostało przerobione, jak pan mówi, a pokolenie świadków i twórców odchodzi. Jeszcze niedawno prowadziliśmy dyskusje z nimi, a dziś rozmawia się z ich dziećmi i wnukami. Rozmowa jest trudniejsza, bo rzeczywistość nieprzerobiona łatwiej się mitologizuje.
– Kilka lat temu głośna była w Niemczech książka „Mein Opa war kein Nazi” („Mój dziadek nie był nazistą”). To jest opowieść generacji wnuków, która dowiadywała się, że jej dziadkowie, ewidentnie naziści, byli przede wszystkim dobrymi ludźmi i prawie że bohaterami. To jest niebezpieczne.
– Dobrze więc, że pojawił się teraz nowy projekt niemieckich naukowców, bo zdaje się, że on stwarza nadzieję na inny dyskurs. Dużą uwagę zwraca się w nim na oświetlenie problemu wypędzeń. Wystawa ma się zacząć opowieścią o kontekstach politycznych i ideologicznych lat 30.
– To jest zasadnicza różnica, która dzieli tę propozycję od dotychczasowych. Ona mówi, że nie czystki etniczne były wyłączną przyczyną wypędzeń i różnicuje przyczyny. To zróżnicowanie jest niezwykle ważne. Nie chcę być tubą nowego projektu, bo inicjatywa powstała spontanicznie, ale od pewnego czasu mocno dyskutowaliśmy w Komisji Podręcznikowej i Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie, że jest potrzebny dokument, który pozwoli nam wyjść ze ślepej uliczki sygnowanej hasłem: „Wiek XX wiekiem wypędzeń”. Myślałem nawet o wspólnym apelu polskich i niemieckich historyków.
– Dokument, o którym mówimy, jest więc zbieżny z pańskimi dążeniami.
– Wspieram tę inicjatywę jako krok do otwarcia rzeczowej dyskusji, punkt wyjścia z magmy sloganów poprawnych politycznie, ale bez szans na merytoryczne otwarcie. Ten dokument otwiera szanse, bo tworzy pole dialogu, a to jest istota dyskusji historycznych. Zaznacza bardzo różne pozycje, które pozwolą w imię kontrowersyjności i wieloperspektywiczności, podstawowych zasad dobrego dialogu pokazać różne pola widzenia problemu wypędzeń Niemców.
– Na przykład z polskiej perspektywy. Ale pojawia się pytanie: na ile nam, Polakom, wolno włączać się w niemiecką debatę o historii, niemiecką dyskusję o tożsamości?
– Moja odpowiedź jest taka: jako człowiek urodzony na ziemiach zachodnich jestem też partnerem tej dyskusji. Uważam więc, że przy zachowaniu jej podmiotowości w Niemczech mam prawo włączyć się do niej, bo dawne niemieckie ziemie, dzisiejsze polskie ziemie zachodnie, są fragmentem mojej tożsamościowej opowieści. Mam prawo być, ale nie mam prawa niczego narzucać. Dotychczas brakowało mi intelektualnej dyskusji w Niemczech nad tym problemem – mam nadzieję, że ten dokument to zmieni. Potwierdzają to pierwsze reakcje największych gazet niemieckich.
– Nowy projekt również zakłada, że wystawa skoncentruje się na wypędzeniach Niemców, ale musi być do niej dobudowane części polska, czeska, słowacka, węgierska inne.
– Nie po to, żeby konkurować z opowieścią niemiecką, ale żeby pełniej oświetlić zdarzenia, opowiedzieć o nich z polskiej czy czeskiej perspektywy. Myślę, że dzięki temu kontekst pojednania nie zawłaszczy opowieści i nie stworzymy wspólnoty losów wszystkich wypędzonych. Po wtóre: choć projekt zakłada, że wystawa skoncentruje się na wypędzeniach niemieckich, ale poprzez to, że będzie miała charakter analityczny, a nie ideologiczno-tożsamościowy, ułoży się w zupełnie inną opowieść.
– Czy pozwoli na to, żeby o wypędzeniach mówić na podstawie faktów, a nie zmitologizowanych opowieści?
– No właśnie. Począwszy od liczb, do dziś publicznie dyskutujemy o wypędzeniach na poziomie refleksji nad mitem, a nie nad rzeczywistymi zdarzeniami. Ciągle dość lekko rzucane są liczby wysiedlanych, a niedawne badania m.in. Ingo Haara pokazały, że nie odpowiadają one rzeczywistości. Okazuje się, że do wysiedlonych liczy się również tych, którzy byli w tym czasie na froncie czy też robotników przymusowych. I jeszcze bardzo ważna sprawa: niezależnie od zideologizowanej dyskusji w Polsce na te tematy, ja mam poważny problem z pojęciem „wypędzenia”. Uważam, że nie jest to kategoria analityczna, lecz polityczna, która w języku naukowym nie powinna funkcjonować. Musimy mieć prawo do pluralizmu i w tym względzie mówić o przesiedleniach, deportacjach, ucieczkach, wypędzeniach, dzikich wypędzeniach bez norm prawnych, które były realizacją ideologii. Komisja Podręcznikowa proponowała takie zróżnicowanie już pod koniec lat 70. W Niemczech te różne zdarzenia jednoznacznie zamknięto kategorią wypędzeń – mało tego: ona jest dziedziczna i potomkowie wypędzonych też są wypędzonymi.
– Projekt umożliwia wielowarstwowość nazewnictwa?
– Pozwala na zróżnicowanie i precyzję, bo orientuje się na przypadki i ludzi. Istnieje w nauce kategoria „studium przypadku” skoncentrowana właśnie na miejscach i ludziach, która pozwala budować nowe kategorie rozumienia przeszłości, inaczej je definiować. Uważam, że to jest szansa dla tego projektu. On nie dopasowuje się do istniejących narracji, lecz tworzy narracje poprzez koncentrowanie się na przypadkach. Ich analiza pozwala więcej dostrzec niż panoramiczna obserwacja z lotu ptaka. To jest siła tego projektu. Przypadki, na których projekt się koncentruje, to: Wrocław, Usti nad Łabą i Wilno. Przypadek Wilna umożliwia mówienie o przedwojennej Polsce, sprawach polsko-litewskich, żydowskich, sowieckich, pakcie Ribbentrop - Mołotow, deportacjach na Sybir, o wielu, wielu problemach, słowem - o skomplikowanym kontekście wysiedleń. W opowieściach o tych trzech miejscach i losach ludzi można zawrzeć bogactwo opowieści o całym zjawisku wysiedleń.
– Projekt stwarza możliwość budowy sieci opowieści, np. dołączenia przypadków: Szczecin, Olsztyn, Lwów. Gdzie ma znaleźć się wystawa?
– W projekcie nie ma mowy o miejscu, to nie ten etap dyskusji. W dalszym ciągu aktualna jest propozycja dawna, mianowicie Anhalter Bahnhof w Berlinie.
– To miejsce ważne, blisko wystawy „Topografia terroru”.
– Jednak nie miejsce jest tak istotne, lecz to, jak o problemie opowiemy. Nowa propozycja daje możliwość dopracowywania konkretów.
– Jak już mówiliśmy, projekt zwraca ogromną uwagę na kontekst wydarzeń, mówi o narastaniu polityki rasistowskiej w Niemczech lat 30., o napięciach między państwami, o koncepcji politycznej zlokalizowanej jednoznacznie w hitlerowskich Niemczech, która spowodowała narastanie destrukcji.
– Bardzo mocny jest samokrytyczny akcent, jeśli chodzi o rolę Niemców w nakręceniu tej machiny. Ja myślę, że to będzie najtrudniejszy orzech do zgryzienia dla tych, którzy wcześniej tworzyli projekt. Oczywiście, to nie jest odkrycie Ameryki, są tysiące prac na ten temat autorstwa niemieckich historyków. Całe szczęście, że poprzez ten projekt ich głos słychać silniej. Wreszcie nie będzie też pożywki dla zideologizowanych interpretacji w Polsce.
– Co dalej z projektem?
– Ogłoszenie to pierwszy krok, teraz muszą się za to wziąć muzealnicy, inni fachowcy, ale punkt wyjścia jest: otwarcie na wielość, na różnorodność zjawiska, to jest wyjście z pułapki etniczności. Są przeciwnicy, którzy mówią: po co, to jest pisanie przez Niemców historii na nowo. Oczywiście, że jest, bo historia jest zawsze pisana na nowo z generacji na generację – to nic nowego. My mamy obowiązek napisania swojej opowieści o historii, choćby dlatego, że jesteśmy w sytuacji wyjątkowej: jesteśmy świadkami końca epoki świadków wielkich tragedii. Problem polega chyba na tym, że rząd niemiecki nadal wspiera fundację „Flucht – Vertreibung – Versöhnung”. Ten nowy głos musi się więc przebić do głównego nurtu debaty.
– I świadkami epoki budowania mitów.
– Budowniczymi mitów bywamy też. To wszystko jest rzeczywiście konfliktogenne, ale równocześnie fantastyczne do obserwacji i dla historyków, i dla dziennikarzy, bo to się zdarza rzadko. Chcę podkreślić na koniec, że zaletą nowej propozycji jest to, że ma ona zadanie bardziej analityczne: zrozumieć, a nie kształtować tożsamość. W tym kierunku powinna się rozwinąć dyskusja nad projektem.
– Poznać, zrozumieć, pojednać. Na końcu projektu pojawia się słowo Versöhnung.
– Nie lubię nadużywania słowa „pojednanie”, szczególnie gdy używanie go nic nie kosztuje. Istotny jest proces wzajemnego rozumienia siebie. To, co oferowano dotychczas, było apelem: pojednajmy się, bo my tak chcemy, a ten projekt proponuje: najpierw się poznajmy i zrozumiejmy.
– I to jest zadanie na długie lata. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Bogdan TWARDOCHLEB

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 07.10.2010