Zapomniane miejsca

Opiekun starych kirkutów
Zapomniane miejsca
MÓWI, że adoptuje zapomniane żydowskie cmentarze, miejsca po nich i pamięć. W Niemczech zaczął ich szukać ponad dwadzieścia lat temu, gdy jeszcze było NRD, a od kilku lat szuka ich w zachodniej Polsce, na dawnych terenach niemieckich.
Jeśli udaje mu się znaleźć ocalałe macewy, często przysypane ziemią i połamane, robi ich odbitki na białym papierze, dokumentuje i fotografuje. Odbitki, dla których wymyślił specjalną metodę, pokazuje na wystawach. Po raz pierwszy miał taką wystawę Zielonej Górze, a niedawno w Chojnie. W ubiegły piątek otworzył kolejną – w Szczecinie, w willi Lentza.
Kamień i imię
ECKEHART Ruthenberg urodził się w 1943 roku w Greifswaldzie. W Berlinie Wschodnim ukończył szkołę rzemieślniczą i studia z wzornictwa przemysłowego u słynnego prof. Rudi Högnera, autora m.in. enerdowskich monet. Pracował w Dreźnie, później w Wismarze, gdzie projektował wielkie drewniane konstrukcje do wspinaczek stawiane na placach zabaw dla dzieci. Gdy chciał wyjechać z NRD, odebrano mu dowód osobisty i zakazano wystawiania oraz sprzedaży prac w instytucjach państwowych, a więc wszędzie. Żył z tego, co sprzedał znajomym i przyjaciołom. Mówi, że miał wtedy dużo czasu i zaczął interesować się żydowskimi cmentarzami.
W 1989 r., dosłownie na chwilę przed upadkiem muru berlińskiego, pozwolono mu wyjechać do Berlina Zachodniego, pozbawiając jednocześnie (oczywiście za karę) obywatelstwa wschodnich Niemiec. Zamieszkał w okolicach Kolonii. Kilka lat później ukończył pracę nad opisem trzystu cmentarzy żydowskich znajdujących się w nowych landach i Berlinie. Z przyjaciółmi, Michaelem Brocke i Kai Uwe Schulenburgiem, opublikował w 1994 r. ich leksykon zatytułowany „Kamień i imię” („Stein und Name”), liczący ponad siedemset stron.
Dalej zajmował się historią Żydów. Zainicjował badania nad kirkutem w Siegburgu (ogłosił jego monografię), ale też wrócił do rzeźb w drewnie. Od 2001 r. znów mieszka w Berlinie. Na Prenzlauer Berg, w modnej dzielnicy artystów, przy ulicy Schliemanna, odkrywcy Troi, prowadzi Galerię „Süssholz” („Korzeń Lukrecji”). Wystawia tam i sprzedaje rzeźby: madonny, anioły, figurki, żłóbki, ptaki… Przy drzwiach ustawił drewniane ptaszysko, a nad wejściem umieścił napis: „Dinge, die die Welt nich braucht” – „Rzeczy, których świat nie potrzebuje”.
Historia ojca
W UBIEGŁĄ sobotę, przed otwarciem wystawy w willi Lentza, opowiadał o sobie i swojej pracy.
– Mój ojciec był nazistą – mówił. – Dowiedziałem się o tym późno, po jego śmierci, gdy przeczytałem list, który napisał w czasie wojny. Czynię teraz pokutę za ojca. Żal mi tych cmentarzy. Chcę być dla nich dobry.
W ubiegłym roku Marcin Rogoziński opublikował w „Polityce” duży artykuł o Eckehardzie Ruthenbergu, poszukiwaczu zapomnianych kirkutów w zachodniej Polsce. Pisał także, że przez siedem lat Ruthenberg szukał w archiwach wiadomości o swoim ojcu.
Martin Ruthenberg, jego ojciec, był przyrodnikiem, profesorem na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie Wschodnim. Gdy zmarł, w jego papierach na uczelni znalazł się list pisany do żony 19 marca 1942 r. Było w nim zdanie o trzech okropnych dniach, które przeżył w Rosji.
W wiedeńskim Centrum Szymona Wiesenthala zajmującym się badaniami nad Holocaustem Eckehart Ruthenberg dowiedział się, że 19 marca 1942 r. pod Nowomoskowskiem esesmani rozstrzelali czterystu Żydów. Pomagała im w tym jednostka Wehrmachtu. Ruthenberg do dziś nie wie, czy jego ojciec też brał w tym udział, chociaż wie, że tam był i że był sierżantem. W dokumentach wyczytał, o czym nie wiedziała rodzina, że podczas studiów w Greifswaldzie dociekliwie zgłębiał biologię rasy i zajmował się badaniami nad „czystą krwią niemiecką”. Wyglądało na to, że po doktoracie, który napisał o dziedziczeniu cech, błyskawicznie zrobi karierę na uczelni. Znajdował też czas na działalność w bojówkach SA i zwalczanie przeciwników nazizmu.
W czasie wojny był w Wehrmachcie: w Polsce, na Ukrainie, w okolicach rosyjskiego Nowomoskowska. Po 19 marca 1942 r. został wycofany z frontu. Znalazł się w Rydze i pracował w Urzędzie do spraw Rasy, zajmując się narodowościowymi i biologicznymi cechami Niemców łotewskich.
Ogrzać kamień
ECKEHART Ruthenberg ma 67 lat i czyni pokutę za ojca. Nadal szuka kirkutów na ziemi lubuskiej, Pomorzu, w dawnej Nowej Marchii. Pomagają mu Ewa Ochwiejewicz i Andrzej Kirmiel, polscy przyjaciele z Lubuskiej Fundacji „Judaica”, a także mieszkańcy miasteczek i wsi, do których przyjeżdża. Wskazują mu drogi na cmentarze, a na ogół miejsca po cmentarzach: zniszczonych po wojnie, zarośniętych chwastami, zabudowanych. Ruthenberg nie zna polskiego, więc gdy trafi do miejscowości, w której – jak przypuszcza – był cmentarz, wtedy chodzi po niej z kartką. Ma na niej odręczny napis po polsku: „Poszukuję i zajmuję się cmentarzami żydowskimi w Polsce. Czy może mi Pani/Pan powiedzieć, czy w tej miejscowości znajduje się cmentarz żydowski”.
Gdy znajduje macewę, gdy ją odkopie, wtedy kładzie na niej biały papier, duży arkusz. Spod dębu, który na cmentarzu (albo miejscu po nim) stara się znaleźć, przynosi garściami ziemię. Sypie ją na papier, a potem palcami wciera, ogrzewa dłońmi – kamień, ziemię, papier…
Wtedy na papierze odbijają się wyryte w kamieniu napisy, symbole, znaki: daty, nazwiska, imiona...
Sieroty Holocaustu
DO CHOJNY zaprosili Eckeharta Ruthenberga członkowie zawiązanego w ubiegłym roku Stowarzyszenia Historyczno-Kulturalnego „Terra Incognita” zajmującego się dziejami Nowej Marchii. Oni też pomogli zorganizować wystawę w Szczecinie, w siedzibie Szczecina 2016.
Robert Ryss z „Gazety Chojeńskiej” pisze, że w drugim tomie „Rocznika Chojeńskiego”, który ukaże się za kilka tygodni nakładem „Terra Incognita”, będzie obszerny wywiad z Eckehartem Ruthenbergiem. Mówi w nim on, że zapomniane kirkuty są „jak sieroty, które pokochał”.
Mówi też: „Straciły rodziców w czasie Holokaustu, a potem źle je traktowano. Musiały żyć na obczyźnie, wśród obcych. Najwyższy czas, żeby ktoś był dla nich dobry”.
Żeby nie były „rzeczami, których świat nie potrzebuje”.
Cmentarz przy Ojca Bejzyma
WYSTAWA zatytułowana „Zapomniane miejsca - cmentarze żydowskie w zachodniej Polsce” czynna będzie w willi Lentza (al. Wojska Polskiego 84) do końca października: we wtorki i środy (w godz. 12-20) oraz czwartki-soboty (w godz. 17-21). Wstęp jest bezpłatny.
U zbiegu ulic Ojca Bejzyma i Gorkiego w Szczecinie był żydowski cmentarz utworzony w czasach niemieckich. Jest tam pomniczek z macew, który go upamiętnia, ale jest też boisko do gry w piłkę. Dla Żydów każde miejsce, które było cmentarzem, na zawsze jest cmentarzem.
Gdy w latach sześćdziesiątych władze Szczecina cmentarz likwidowały, tylko część mogił ekshumowano, przenosząc szczątki zmarłych na Cmentarz Centralny. Szczecińska gmina żydowska i Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Szczecinie nieraz prosiły władze miasta o likwidację boiska na starym kirkucie.
Bogdan TWARDOCHLEB

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 19.10.2010