„Sprawa żydowska” nadal rozpala umysły

Słowa te napisał w lipcu 1946 roku Kazimierz Wyka. Przytaczam je w tytule jako znowu – lub ciągle jeszcze – lapidarne i adekwatne rozpoznanie atmosfery w Polsce Anno Domini 2008 po ukazaniu się książki Jana Tomasza Grossa „Strach”. (*) Przy czym nie chodzi tu bynajmniej o jakąś domniemaną sprawę żydowską, lecz o stan owych umysłów. I wówczas, i dzisiaj. „Strach” zadziałał jak katalizator, wyzwalając reakcje nie tyle nieoczekiwane co zdumiewające swą gwałtownością. Cytowany przez Grossa Kazimierz Wyka dokonał swego rozpoznania tuż po pogromie kieleckim, który – wywołany plotką o mordze rytualnym – ujawnił zbrodniczą agresję i niezbadane pokłady wrogości polskiego społeczeństwa wobec żydowskich niedobitków ocalonych z Holocaustu. Wspomnienie tych wydarzeń sprzed lat budzi tak ogromne emocje, że trzeba potraktować je jako wskazówkę. Najwidoczniej w polskiej podświadomości istnieje do dzisiaj przysypany i nieprzepracowany temat tabu, który można by w uproszczeniu nazwać „sprawą żydowską”, chociaż tak naprawdę jest on sprawą polską. A mieści się w niej nie tylko stosunek Polaków do Żydów i Holocaustu, nie tylko problem nieobecności pamięci, lecz również – czy może przede wszystkim – dotyka ona modelu polskiego myślenia o własnej historii, polskiej tożsamości i polskich mitach.

Książka
Jan Tomasz Gross, profesor uniwersytetu Princeton, jest autorem kilku prac z najnowszej historii, m.in. o okupacji niemieckiej w Polsce i prześladowaniach Polaków podczas okupacji sowieckiej 1939-1941. W roku 2000 ukazała się jego bodaj najbardziej znana, niewielka objętościowo książka „Sąsiedzi”, opowiadająca o pogromie Żydów w lipca 1941 roku w miasteczku Jedwabne na wschodzie Polski. Wówczas wywołała ona w Polsce ogromną debatę na temat stosunków polsko-żydowskich w latach wojny. Najnowsza praca Grossa „Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści” wpisuje się w ten sam obszar tematyczny, będąc zarazem pogłębieniem problemu. Autor stwierdza istnienie szczególnego kontinuum polskich postaw wobec Żydów po wojnie, czego najbardziej spektakularnym – i najbardziej znanym – wyrazem był pogrom w Kielcach w lipcu 1946 roku. Zabito wówczas 42 ludzi, mężczyzn, kobiety i dzieci.
Wokół tego wydarzenia Gross buduje swoją opowieść o tym, co działo się z Żydami ocalałymi z Holocaustu w powojennej Polsce. Według badań różnych historyków liczba żydowskich ofiar zamordowanych z polskiej ręki w ciągu dwóch pierwszych powojennych lat waha się od 500 do 3 tysięcy. Zdumienie, niechęć i agresja były najczęstszym powitaniem powracających Żydów, a nierzadko i słowa: „Niewiarygodne! Wciąż jacyś zostali. Niemieccy partacze nie zagazowali ich wszystkich”, które usłyszała Janina Bauman wśród ruin Warszawy. Szczególnie niebezpieczne dla ocaleńców było podróżowanie koleją, gdyż nierzadko napadały na nich uzbrojone grupy, wyciągały lub wyrzucały z pociągu, zabijały. Mówiło się nawet o „akcji pociągowej”. Dochodziło do napadów na domy dziecka, gdzie umieszczano ocalałe sieroty, dla żydowskich dzieci nie było miejsca w polskich szkołach. „Żadna ze szkół otwockich nie chciała (...) przyjąć żydowskich dzieci, bojąc się ekscesów ze strony innych uczniów”, czytamy w przypisie w „Dziennikach” Zofii Nałkowskiej, zacytowanym przez Grossa. Jeden z ocaleńców pisał w liście do Komitetu Żydowskiego w Lublinie: „posyłanie [dzieci] do szkoły polskiej jest zupełnie niemożliwe”. Zagrożenie życia było elementem codzienności.
Budując obraz rozpaczliwej sytuacji żydowskich ocaleńców – tych z obozów, tych ukrywających się na „aryjskiej” stronie ze zmienioną tożsamością, tych przechowanych z narażeniem i pomocą Polaków czy wreszcie powracających ze Związku Sowieckiego – Gross krótko cofa się do czasów wojny, by pokazać powstające i kształtujące się wówczas mechanizmy zachowań grupy zagrożonej (Polaków) wobec grupy skazanej (Żydów). Nieodwołalność niemieckiego wyroku na Żydów poparta rozpowszechnioną w przedwojennej Polsce głęboką wiarą w istnienie „kwestii żydowskiej”, ewokującą postawy antysemickie, skazała Żydów w okupowanej Polsce na egzystencję tymczasową i w najlepszym razie „z łaski”. Donosy, szmalcownictwo, wydawanie ukrywających się (nierzadko za worek cukru), przywłaszczanie lub wręcz rabowanie mienia skazańców i wreszcie mordowanie bezbronnych – wszystko to składa się na paletę zachowań legitymowanych społecznym przyzwoleniem. Dochodziła do tego obojętność, która z żydowskiej persepektywy nie musiała być wariantem najgorszym. Najbardziej fatalne w skutkach było nie tyle to, że stosunkowo niewielu Polaków zdobywało się na zachowania heroiczne (ukrywanie lub pomoc Żydom) – kierując się zresztą nie tylko szlachetnymi, ludzkimi pobudkami, lecz również chęcią zysku – lub pasywnie przyglądało się Zagładzie, co fakt, że wielu rozwijało aktywność destrukcyjną (donosy, szantaże) czy wręcz zbrodnicze działania (wydawanie Żydów Niemcom lub własnoręczne zabijanie). W tym kontekście nie może dziwić ostracyzm społeczny, jakiego doświadczali ukrywający Żydów, a także ich strach – w czasie wojny, ale i po wojnie. Ich zachowania były bowiem wyłamaniem się z obowiązujących ram.
Gross buduje swą opowieść z elementów innych opowieści – wspomnień, opracowań historycznych ostatnich lat, odnalezionych przez innych badaczy dokumentów archiwalnych polskiego podziemia, akt powojennych procesów, artykułów. W tej mozaice próbuje odnaleźć tropy wyjaśniające postawy, zachowania, mentalność. Zacytujmy za autorem jeden z dokumentów, raport Jerzego Brauna, ostatniego delegata Rządu RP, który w lipcu 1945 roku pisał: „W ciągu ubiegłych sześciu lat w Polsce wytworzył się (nareszcie!) nieistniejący przedtem stan trzeci, przejął całkowicie prowincjonalny handel, pośrednictwo, dostawy, lokalną wytwórczość (...) oraz wszelkie rękodzieło. (...) Te masy z tych terenów nie ustąpią”. Nie tylko Braun spostrzegł ów społeczny fenomen: miejsce Żydów w Polsce zostało zajęte, a innego nie było. Strach przed ich powrotem, przed koniecznością zwrotu mienia (przejętego, zagrabionego lub tylko przechowywanego) jest wg Grossa jednym z tropów, nie wyjaśnia wszelako wyczerpująco całego kompleksu. Tytułowy strach ma dla autora wymiar niemal metafizyczny. Żydzi, ofiary odczłowieczone przez nazistów, byli krótko po wojnie przypomnieniem własnego w tymże odczłowieczaniu udziału. I tym samym budzili lęk przed potencjałem własnego, podskórnego zła, które w każdej chwili może wydobyć się na powierzchnię.
Istotnym elementem powojennej sytuacji było pojawienie się nowej komunistycznej władzy i ożywienie w tym kontekście dawnego stereotypu żydokomuny, tzn. przekonania o niemal genetycznej (bądź spiskowo-wyrachowanej) skłonności Żydów do komunizmu. Gross próbuje kruszyć ów mit, odwołując się do danych liczbowych ilustrujących udział komunistów żydowskiego pochodzenia w aparacie władzy. To jednak bodaj zamysł chybiony, bo kojarzy się nieuchronnie z próbą racjonalnego demaskowania absurdalności „Protokołów Mędrców Syjonu”. Nawet jeśli przywołany zostaje niepodważalny, zdawałoby się, argument, że podczas gdy w latach czterdziestych nieprzerwanie trwał wielki exodus Żydów z Polski (w samym 46 roku, bezpośrednio po pogromie wyjechało ich ponad 60 tys.), „szeregi PPR rosły w postępie geometrycznym. Licząca w lipcu 44 roku 20 tys. członków PPR, w grudniu 45 miała ich 235 tys., a na początku 1947 już przeszło pół miliona”.
Stereotypu tego nie nadkruszą również inne fakty dowodzące np., iż nowe władze bynajmniej nie służyły szczególną pomocą żydowskim ocaleńcom, stosując wobec nich niejednokrotnie rozmaite szykany utrudniające rozpoczęcie normalnego życia. Stało to notabene w jaskrawej sprzeczności z propagandowym instrumentalizowaniem zarówno „kwestii żydowskiej”, jak i antysemityzmu, którym komuniści obciążali przede wszystkim antykomunistyczne podziemie i rząd londyński. Z drugiej strony jednak duża część nowej władzy pochodziła ze społecznych dołów i w tym sensie była prawdziwym przedstawicielem znanych skądinąd nastawień.
I wreszcie Gross zajmuje się kolejnym, niesłychanie ważnym elementem powojennej mozaiki – stosunkiem Kościoła katolickiego do gwałtów wobec Żydów. Tylko jeden z hierarchów polskiego Kościoła zdobył się na powiedzenie wprost, iż „wszelkie twierdzenia o istnieniu mordu rytualnego są kłamstwem”, za co zresztą spadła na niego ostra reprymenda zwierzchników. Polski kler potępiał wprawdzie samo zabijanie, nie odnosząc się jednak do jego żydowskich ofiar bądź sugerując, iż one same ściągają na siebie nienawiść współobywateli. Fakt uzasadnionego skądinąd lęku kościelnych dostojników przed polityczną manipulacją ich wypowiedzi niczego nie może tu wyjaśnić ani usprawiedliwić.
Z książki wyłania się obraz przerażający. Polskie społeczeństwo, straszliwie pogruchotane wojną i wyzwolone spod deprawującej i niszczącej władzy niemieckiego okupanta, rozwija odruchy plemienne, kierując agresję przeciwko obcym (Żydom, ale też Ukraińcom i oczywiście Niemcom). Dokonuje się spontaniczna czystka etniczna w obronie własnego stanu posiadania.

Reakcje
Tytułowy „Strach” okazał się wcale niemetaforyczny, ten strach istnieje, aczkolwiek dzisiaj z innych źródeł wypływa. Świadczą o nim najdobitniej reakcje obronne, które tak wyraźnie pojawiły się w debacie po ukazaniu się książki. Jest to paniczny lęk przed zburzeniem „Polaków portretu własnego”, rozpiętego między heroizmem i martyrologią, a także przed utratą owej niemal transcendentnej wartości, jaką niesie przynależność do narodu wyjątkowego. Konieczna jest obrona: „Gross traktuje przestrzeń historyczną jedynie jako narzędzie do dokonania operacji na świadomości Polaków. (...) kategorycznie wymaga od Polaków heroizmu, (...) w sposób haniebny pomawia (...) Kościół katolicki (...). Jest to przejaw głębokiej fobii” – napisał Jan Żaryn z Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeczpospolitej, a na łamach tej samej gazety wtórował mu Paweł Lisicki: „Trudno chyba znaleźć inny przykład tak daleko posuniętej nienawiści i pogardy”. „Czuję się przez Grossa osobiście dotknięty”, „nigdzie nie wykazał, że ten antysemityzm był relatywny”, oświadczył Ryszard Bugaj, podkreślając, że książka będzie miała „poważny wpływ na wzmocnienie czarnego obrazu Polski”. Celnie kwituje te obawy Teresa Bogucka: „Jan Tomasz Gross, profesor uniwersytetów amerykańskich, znieważa nas przed światem. I już nie zastanawiamy się nad swą przeszłością, energia dyskusji idzie w obronę wizerunku”.
Odruch obronny pojawia się zresztą nie tylko wśród zdecydowanych przeciwników Grossa, którzy próbują go na rozmaite sposoby dezawuować (pomińmy tu zwyczajne obelgi), sięgając do najprzeróżniejszych argumentów (pseudonaukowość, fałszowanie historii, tworzenie „atmosfery konfrontacji i nienawiści”, żydowskie pochodzenie, obcy mocodawcy itp.), lecz również wśród poważnych krytyków („uporczywe próby generalizowania zbrodniczości Polaków”, „tendencyjny stosunek do źródeł”, budzący sprzeciw „język i porównania”, „łatwe generalizacje, skrajne sądy, chybione interpretacje”, uleganie „negatywnym emocjom”, „wysoce zgeneralizowane opinie”, zawyżone liczby, brak „szacunku dla cudzej wrażliwości”, brak historycznego kontekstu, „prowokacyjne uogólnienia obrażające ogół Polaków”). Funkcję tego odruchu zauważył i celnie opisał Andrzej Friszke w Gazecie Wyborczej: „Wykazywanie uchybień w tej książce, by podważyć cały wywód Grossa, odsłania postawę obronną – odmowę przyjęcia do wiadomości faktów, które burzą czarno-biały obraz tamtej rzeczywistości. Ta dyskusja wpisuje się w wytworzony w ostatnich latach zmitologizowany obraz polskich postaw i podziałów w latach czterdziestych. I w latach późniejszych”. I – dodajmy – wcześniejszych. Bowiem istotą problemu jest polska tożsamość i samoświadomość zbudowana na stosunku do historii własnego narodu. Teresa Bogucka również w Gazecie Wyborczej zauważyła trafnie: „W debacie tej nie tyle idzie o historię, ile o pytanie: kim dziś jesteśmy? Co z fundamentem naszej tożsamości? Co z mitem założycielskim, w którym jest bohaterstwo splecione z niezawinionym cierpieniem i status ofiary XX-wiecznych totalitaryzmów, będący długiem, jaki ma wobec nas wolny świat?”
Stosunek Polaków do narodowej przeszłości jest dość szczególny, a zasadza się on na jedynym w swoim rodzaju „prywatyzowaniu” historii. Wielka historia staje się elementem historii rodzinnej, jest przez nią wchłaniana, przyswajana i odciska na niej swoje piętno. Prywatne „czarne sukienki” noszone na znak żałoby narodowej to tylko jeden widomy znak tego procesu. Heroizacja przeszłości jako kompensacja porażek i klęsk, a także czczenie bohaterów na równi z ofiarami przenosi się w sferę prywatności, uszlachetniając ją i uświęcając zarazem. Miejsca na prawdziwe zmierzenie się z dramatycznym dziedzictwem już nie ma, bo każde idywidualne myślenie i ocenianie – jak słusznie podkreśla Hannah Arendt – odbywa się właśnie w sferze prywatności. Towarzyszy temu ucieczka przed codziennością i szczególny rodzaj przyzwolenia na podwójność życia tu i teraz, na schizofreniczny rozpad moralności. Brak elementarnej uczciwości na co dzień nie dotyka spraw wielkich i świętych. Odwrotnie – mogą one zawsze służyć za usprawiedliwienie, okoliczność łagodzącą, a w skrajnych przypadkach za radykalny instrument wypierania oczywistych win. Uświęcanie klęsk (Gloria victis!) wyklucza racjonalną analizę wydarzeń i własnych w nich zachowań, kreując niezwykle trwały i żywotny (bo sprywatyzowany) mit, który dla każdej jednostki staje się niewyczerpanym źródłem wartości. Samo stwierdzenie „jestem Polakiem” zastępuje wszelkie inne kryteria i jest oczywistym wyrazem wartości samej w sobie. „W polu semantycznym pojęcia ‘Polak’, szczególnie kiedy używamy go w kontekście okupacji, mieści się bycie ofiarą albo bohaterem (...)” – pisze Jan Tomasz Gross w podsumowaniu książki. I dalej stwierdza: „W polskim słowniku historycznym ‘Polacy’ to zbitka pojęciowa, w której założone jest a priori dobro i ofiarność (...)”. Trafia tutaj w sedno – właśnie ten rodzaj pojmowania siebie, zarówno w wymiarze zbiorowym, jak i indywidualnym, zdeterminował emocjonalny charakter reakcji na jego książkę.

Zjawisko znane
Teresa Bogucka w Gazecie Wyborczej odnotowała pewien schemat, wg którego odbywają się spotkania z Grossem: „Jedni oburzają się na autora, a inni – opowiadają wydarzenia pamiętane z dzieciństwa lub opowiedziane przez rodzinę – o rabowaniu, wydawaniu, zabijaniu – które spychali w pamięci do kategorii: historie straszne, ale wyjątkowe. A książka Grossa zmusiła ich do przyznania, że był to przejaw zjawiska znanego kiedyś wszystkim i wypartego ze świadomości.” Co charakterystyczne, przywoływane wspomnienia dotyczą głównie wydarzeń podczas okupacji, co wskazuje, że być może tu właśnie tkwi punkt ciężkości polskiej niepamięci i polskiej winy. Na czym polegało owo „zjawisko znane”? Ilustrują je „Strategie przetrwania”, praca Joanny Nalewajko-Kulikov, która zebrała i skategoryzowała wzory zachowań, jakie musieli sobie przyswoić Żydzi decydujący się na pozostawanie poza gettem. Uczyli się na przykład pacierza po polsku. Kogo i o czym miała przekonać polska zdrowaśka? „Zjawisko znane” to również lęk osób ukrywających Żydów. Nie przeprowadzono dotąd badań nad przyczynami ich wpadek. Feliks Tych utrzymuje, że w 90 procentach były to donosy polskich sąsiadów.
Gross dotyka spraw mniej lub bardziej znanych, tyle że przechowywanych w społecznej podświadomości, pod progiem pamięci. Rzadko kiedy pojawiały się one na płaszczyźnie języka, na płaszczyźnie języka publicznego prawie nigdy, choć nie można powiedzieć, że nigdy nie zostały wyrażone. Istnieją w niezliczonej ilości wspomnień żydowskich ocaleńców, ale i w relacjach Polaków (tu notabene często w zakamuflowanej formie: „został rozpoznany na ulicy”, „ktoś doniósł”, „wpadł przez przypadek”). Pisze się o nich w niskonakładowych opracowaniach naukowych lub w periodykach i pismach, których prawie nikt nie czyta. Do poziomu społecznej świadomości jeszcze się nie przebiły.
Opowieść Grossa zdaje się zresztą dotykać przysłowiowego wierzchołka góry lodowej, choć opisane w niej fakty są tak przerażające. Autor zrezygnował – jak zauważył Friszke – „z omawiania narastającej w dwudziestoleciu międzywojennym fali antysemityzmu, który wylewał się z prasy prawicowej (endeckiej) i pism kościelnych”. Wspomniał zaledwie ułamkowo o rozpowszechnionych postawach Polaków wobec Żydów podczas okupacji, o tym, że to właśnie Polacy byli najistotniejszym elementem zagrożenia dla tych, którzy zdecydowali się wyjść z getta lub w ogóle doń nie wchodzić. Pominął akty powojennej agresji wobec Żydów na Ziemiach Zachodnich, gdzie element strachu o pożydowskie mienie nie istniał, gdzie wszyscy byli przybyszami. Można by więc pokusić się o stwierdzenie, że w rzeczywistości było jeszcze gorzej.
Gross nie stawia sobie za cel całościowego opisu powojennej polskiej rzeczywistości – kompleksowej, wielowarstwowej i pełnej dramatycznych wyborów, kierując światło uwagi na miejsca spotkań Polaków i Żydów. Taki wybór tematu wywołał niemało protestów, że obraz jest niepełny, że brak pogłębionego kontekstu, że znikło historyczne zawikłanie chwili. Marcin Zaremba stwierdza wprost: „Główny problem ze ‘Strachem’ nie polega (...) na tym, co w tej książce jest, lecz czego w niej nie ma”. Natomiast Stanisław Obirek oponuje: „Brak dzisiaj głosów (...), które przypominałyby, że (...) zbrodnia jest zbrodnią i że nic, nawet najbardziej drobiazgowo odtworzony kontekst historyczny tej zbrodni nie usprawiedliwia”.

Mity
Książka Grossa burzy mity, i to te najbardziej święte, stanowiące wartość niezbywalną polskiego narodowego bytu. Po pierwsze każe zrzucić kostium bohatersko-ofiarny, bo Polacy byli też sprawcami i to bynajmniej nie tylko przez zaniechanie. „Przywoływanie jako przeciwwagi dla ‘Strachu’ heroicznych gestów Polaków ratujących Żydów uważam za chybione, gdyż ani gest heroiczny na tym nie zyskuje, ani zbrodnia nie staje się mniej odrażająca” – napisał Stanisław Obirek. Przywołał on również nieżyjącego już księdza Stanisława Musiała, który przypominał, że „bez chrześcijańskiego nauczania pogardy nie byłoby rasistowskiego i zbrodniczego antysemityzmu” – to samo rozpoznanie wynika z książki Grossa. Trzeba więc odrzucić kolejny mit tak głęboko zakorzeniony w katolickiej Polsce – mit niewinności chrześcijaństwa.
Inny z kolei mit dotyczy drugiej połowy lat czterdziestych, kiedy to nazistowską okupację zastąpiła władza niechciana, z sowieckiego nadania, już wkrótce sięgająca do terroru i brutalnych prześladowań przeciwników politycznych. Obraz tamtego czasu w zbiorowej pamięci przetrwał w formule biało-czarnej: po jednej stronie komunistyczny reżym, po drugiej zaś społeczeństwo stawiające niezłomny opór. Podziały zdawały się więc proste, niebudzące wątpliwości. Tymczasem Zygmunt Bauman, recenzując amerykańskie wydanie książki Grossa, podkreślił pewne skomplikowanie ówczesnej sytuacji: „Wiosną i latem 1946 roku mieszkańcy Kielc i okolicznych wiosek mieli wszystkie powody do frustracji, niepokoju i strachu. Polska zaczynała się dopiero podnosić ze zniszczeń wojennych i o życiu codziennym tamtych dni z pewnością nie można było powiedzieć, że było uporządkowane. Nazistowska okupacja zdruzgotała znane, nawykowe rutyny, a nowe nie zdążyły się jeszcze ukształtować. Przyszłość była mieszanką oszałamiających nadziei i paraliżujących obaw. Dla wielu Polaków, to co inni przyjmowali za wyzwolenie, było raczej początkiem kolejnej obcej okupacji (...). Nowy rząd zainstalowany pod ochronnym parasolem armii radzieckiej postrzegany był przez wielu dokładnie tak, jak sam się nazwał – jako ‘tymczasowy’. Czy jego uznanie należało uznać za akt patriotyzmu czy za kolaborację z wrogiem, było sprawą szeroko otwartą i przedmiotem gwałtownych starć”.
Inne niemieszczące się w micie skomplikowanie zauważa Gross: „władza ludowa” była bardziej ludowa, niż chcemy to zaakceptować (milicja, ubecja czy administracja nie wywodziła się z importowanych z Sowietów komunistów, a wręcz odwrotnie, w 90 procentach – jak stwierdza Friszke – była obsługiwana przez synów ludu). Społeczeństwo natomiast, chcąc nie chcąc, aranżowało się z nową władzą, nowym systemem, nowymi warunkami życia. Była jeszcze inteligencja, skażona „heglowskim ukąszeniem” i poddana „zniewoleniu umysłów”. Tymczasem cytowani przez Grossa, cieszący się do dzisiaj dużym autorytetem intelektualiści (Wyka, Kula, Ossowski, Jastrun), publikowali swoje głosy przerażenia pogromem kieleckim w Kuźnicy i Odrodzeniu, a więc w pismach założonych i ideologicznie wspieranych przez komunistyczny reżym (choć wówczas miały najwidoczniej jeszcze spory margines swobody). Wypowiedziom tym jednak nie można nic zarzucić, są absolutnie czyste, posługują się klarownym, jednoznacznym językiem i niezależnie od kontekstu pozostają głosami nielicznych sprawiedliwych, którzy potępili zbrodnię. Tymczasem w micie – jak zauważył Friszke – inaczej były rozdane role: „to lud walczył z komunizmem i nawet absurdalne argumenty o żydowskich mordach rytualnych miały walor przeciwstawiania się systemowi”.
Jeszcze inny podważony mit odnosi się do pojęcia samego narodu. Naród polski – jak pamiętamy choćby z konstytucji 3 maja – był szlachecki. Reszta doń nie przynależała. W Polsce międzywojennej funkcjonował postfeudalny sposób myślenia, na mocy którego tylko poszlachecka inteligencja (70 procent społeczeństwa stanowili chłopi) była wyłącznym dysponentem i strażnikiem narodowych tradycji, cnót i powinności; reszta skazana była na „kuchenne schody”, zauważa Gross. Teresa Bogucka rozszerza tę refleksję: „Słowo ‘Polacy’ miało desygnat nieoczywisty. Zabory sprawiły, że bycie Polakiem stanowiło kwestię wyboru, i to wyboru drogi nieprowadzącej do spokoju i dostatku. Taka decyzja była przywilejem ludzi z warstw wyższych, a długo nie była w ogóle propozycją dla chłopów pańszczyźnianych. Z poddaństwa nie Polacy ich uwolnili, ale cesarze. I po stronie cesarzy stali i stać chcieli, a nie po stronie polskich panów. Walka o polskość chłopa, o jego akces do narodowej wspólnoty i przyjęcie powinności z tym związanych trwała jeszcze w XX wieku i była wspólnym wysiłkiem poszlacheckich elit i pierwszych ludowców. Druga RP zszywała trzy zabory, ale przez szkołę, wojsko, państwowotwórczą politykę zszywała też chłopów z Polską. Ale ta Polska i polskość były zdefiniowane przez historię narodu szlacheckiego, przez powstańcze zrywy, przez obywatelski wysiłek. Przynależność do nich była równoznaczna z akceptowaniem norm poszlachecko-inteligenckich. (...) A ci, którzy tego nie czynili, byli narodem w potencji, terenem pracy, zadaniem. Ich odmienność była tak zasadnicza, że nie obejmował ich wstyd za zbrodnie”. Być może nie obejmowała ich również narodowa odpowiedzialność za zbrodnie.
A Żydzi tak czy inaczej do narodu nie przynależeli, nie mogli być więc użyteczni w kszałtowaniu mitu. Ich mordowanie nie dawało się żadną miarą wpisać w uświęconą martyrologią historię wojny i okupacji. „Żydzi polscy nigdy nie byli traktowali jako integralna część społeczeństwa” – zauważa Dariusz Libionka, analizując dokumenty władz podziemia. Na skutek wykluczenia ich na mocy nazistowskich praw i zarządzeń ze społeczności ludzi zostali również wykluczeni – jak sformułowała to Helen Fein, amerykańska socjolog i badaczka Holocaustu – z „uniwersum powszechnych zobowiązań”, a więc z obszaru obowiązywania zasad moralnych.

Język
Wielu krytyków zarzuciło Grossowi niestosowność języka, jakim się w książce posługuje. Pisano, że jest zbyt emocjonalny, niekiedy nawet brutalny, nieodpowiedni dla pracy naukowej. Ktoś w obronie Grossa słusznie zwrócił uwagę na inny styl pisania książek historycznych w Stanach Zjednoczonych, gdzie nie obowiązuje panujący w Polsce kanon „pracy naukowej”, tworzonej koniecznie językiem obiektywnym, pozbawionym ocen (nierzadko i wniosków), a nade wszystko emocji. Tymczasem za tym instyktownym zaniepokojeniem językiem Grossa prawdopodobnie kryje się coś więcej. Każdy mit opowiadany jest bowiem w języku, każdy mit jest współtworzony przez język i nieodłącznie z nim związany. To właśnie język wyznacza pewną normę, a odstępstwo od niej oznacza wkroczenie w sferę tabu. Język polskiego mitu wojennego ma swoje sztywne reguły. Gross pisze: „Zdanie ‘Polacy mordowali’ wywołuje głęboki niepokój (...) ponieważ łamie ustalone praktyką reguły używania pojęć i przyjęcie jego sensu do wiadomości pociągałoby za sobą rewizję całej dotychczasowej struktury narracyjnej na temat okupacji”. Na podobne zjawisko łamania językowego tabu zwrócił uwagę Michał Głowiński, zastanawiając się nad reakcją na opublikowany 20 lat temu tekst Jana Błońskiego „Biedny Polak patrzy na getto”, który był wówczas pierwszą, nieporównanie ostrożniejszą próbą rzeczywistego dotknięcia stosunków polsko-żydowskich w czasie okupacji. Głowiński pisze: „O niezwykle silnej negatywnej reakcji na tę publikację po jej ukazaniu się zdecydowało między innymi przyzwyczajenie do pewnego języka, uznawanego za kanoniczny, jakim się mówi o stosunku Polaków do Żydów, języka od lat obowiązującego w prasie oficjalnie wydawanej w Polsce Ludowej (...), języka, który (...) nie był zresztą oryginalnym wytworem komunistycznej propagandy, przejęto w nim bowiem to, co ukształtowało się i funkcjonowało wcześniej, a w pewnej mierze można go nawet uznać za epigońską kontynuację. (...) Komuniści od pewnego czasu zaczęli przejmować reguły dyskursu prawicowego, a wraz z nim – obowiązujące tam wzorce myślenia. (...) Kiedy patrzy się na rzecz z obecnej perspektywy, można stwierdzić, że istnieje tu niezwykła ciągłość, określająca trwanie dyskursu endeckiego (...) od wczesnych form poprzez radykalizmy lat trzydziestych, mutację komunistyczną aż po dzień dzisiejszy”. Nie ma wątpliwości, że ów endecki dyskurs, wzmocniony ostatnio przez zwolenników narodowej polityki historycznej, przetrwał i kształtuje do dzisiaj język narodowego mitu.

Nieobecna pamięć
Jan Tomasz Gross napisał swoją książkę o Polakach i Żydach w powojennej Polsce jako Polak. Niektórzy krytycy próbowali wyjaśniać ostrość jego sądów żydowskim pochodzeniem (jego ojciec pochodził z od dawien dawna zasymilowanej żydowskiej rodziny) i doświadczeniem autora (opuścił kraj po antysemickiej kampanii zainicjowanej przez partię w 1968 roku). Tymczasem w książce nigdze nie pojawiają się oskarżenia wyrażane w formie „wy”, jest natomiast wielki namysł nad polskim „my”. W jednym z niezliczonych wywiadów dla polskich mediów Gross opowiadał o swej drodze do tak zwanego tematu żydowskiego. Przypomniał on o istnieniu w Europie przez długie lata normy historiograficznej, która polegała na wydzieleniu problematyki żydowskiej jako tematu odrębnego, zarezerwowanego dla specjalistów. Podobne spostrzeżenie czyni Zygmunt Bauman w swej pracy „Nowoczesność i Zagłada”. Pisze on: „W zbiorowej świadomości Holocaust uznawany jest za tragedię Żydów i tylko Żydów”. Skutki takiego pojmowania widoczne są do dzisiaj, bo choć Holocaust jest wydarzeniem historycznym wyjątkowo dobrze udokumentowanym, zanalizowanym i opisanym, fakt ten nie znalazł żadnego przełożenia w nowych teoriach humanistyki – socjologii czy filozofii. Zawaliły się wszystkie dotychczasowe porządki, a świat zdaje się funkcjonować, jakby nic się nie stało. Zacytujmy raz jeszcze Baumana: „Holocaust (...) jest jak okno, przez które widać rzeczy normalnie niedostrzegane. A to, co się objawia, jest istotnie nie tylko dla sprawców, ofiar i świadków zbrodni, lecz ma ogromne znaczenie dla wszystkich, którzy żyją dzisiaj i żyć chcą w przyszłości”.
To problem o wymiarze ogólnoludzkim, gdy tymczasem Polska ma jeszcze sporo do nadrobienia. Sprawą najważniejszą jest odtworzenie nieobecnej pamięci. Jak mówi Joanna Tokarska-Bakir, „Polska pamięć jest przestrzenią, w której Żydzi nie istnieją. Nie istnieją Żydzi i nie istnieje ich Zagłada, nie ma ofiar i bohaterów, nie ma świadków, nie ma złoczyńców”. Żydzi znaleźli się poza „uniwersum polskich zobowiązań” i wykluczenie to do dzisiaj nie zostało odwołane.
Tymczasem właśnie Holocaust może stać się szansą dla polskiej świadomości – nie tylko w sferze wydobywania się z narodowych mitów. To szczególne zadanie wynika z historycznej geografii. Maria Czapska pisała już w latach pięćdziesiątych: „Najstraszniejsze w dziejach ludzkości ludobójstwo, masakra kilku milionów Żydów w Polsce obranej przez Hitlera jako plac straceń, krew i popioły tych ofiar, które wsiąkły w ziemię polską, stanowią istotną więź, która spoiła Polskę z narodem żydowskim i od której zwolnić się nie jest w naszej mocy. Polska jest obciążona jeśli nie odpowiedzialnością za zbrodnię, to odpowiedzialnością za jej zadośćuczynienie”. Dzisiaj wiemy, że odpowiedzialna jest za jeszcze więcej. Maria Janion przed paroma laty sformułowała polskie zadanie inaczej: „Auschwitz leży u nas i w Europie. Uczyńmy z tego faktu rdzeń empatycznej tragedii nowożytnej, która nie może jednak jak starożytna dokonać definitywnego oczyszczenia. Nie ma katharsis, jest nadmiar bólu i poczucie utraty. (...) Ta żałoba nigdy nie może się skończyć. Jako postawa etyczna określa ona uniwersalną świadomość europejską. Polska (...) nie może się od tej żałoby uchylić“.
Są to postulaty natury moralnej. Trzeba podjąć wysiłek, by przełożyć je na konkretne działania, urzeczywistnić. Poprzez sztukę? Edukację? Wychowanie? Lokalne inicjatywy badawcze? Chodzi bowiem o wykształcenie nowej wrażliwości, nowego sposobu myślenia, nowej pamięci. Przed pięcioma laty powstało pierwsze w Polsce Centrum Badań nad Zagładą Żydów, które już może poszczycić się sporym dorobkiem: siedem publikacji, trzy tomy rocznika Zagłada Żydów, liczne sesje i konferencje. Barbara Engelking, kierownik Centrum mówi: „To powinien być nasz, polski wielki temat do napisania: co to znaczyło wówczas i co znaczy teraz – być świadkiem Zagłady Żydów? Wówczas – w sensie historycznym, psychologicznym, socjologicznym, i dzisiaj – w sensie moralnym i metafizycznym. Nie mam wątpliwości, że to jest nasza rola, Polaków, którzy byli świadkami Zagłady – żeby ją opowiedzieć w imieniu ofiar”. Tylko – nie ma się co oszukiwać: krąg zainteresowanych jest wąski, a publikacje centrum (jak i innych wydawnictw) z trudem przebijają się na poziom recenzji w codziennej prasie, nie mogą więc stać się zaczynem narodowej debaty. Również dlatego książka Grossa jest tak ważna.

(*)Jan Tomasz Gross, Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści. Kraków 2008.

Vollständiger Text/ cały tekst: http://www.transodra-online.net/pl/debatte_angst
Veröffentlichung/ data publikacji: 30.03.2008