Jak ukradłem Hitlera - Myślibórz tuż po wojnie

Któregoś niedzielnego popołudnia, pod koniec września czterdzieści pięć, idę z Rodzicami w odwiedziny do niemieckiego pana aptekarza, który mieszka z rodziną przy ulicy Kostrzyńskiej 10. W mieście nadal piękna pogoda, towarzysząca nam nieprzerwanie od chwili przyjazdu. Wędrujemy z Rynku w stronę kolejowego dworca, a potem jeszcze piękną aleją kasztanowców do dzielnicy willowej. 

Dom niemieckiego pana aptekarza stoi na wzgórzu, ostatni po lewej stronie ulicy, jeśli jedzie się do Dębna. Wchodzi się tam po długich schodach, wyposażonych w dwie żelazne poręcze. Wejście do domu, już na wzgórzu, poprzedza niewysoki drewniany płot i kilka klombów z kwiatami. Na tej niewielkiej przestrzeni jest również sporo krzewów. Potem jeszcze kilka schodów i już drzwi na werandę. A w nich czeka gospodarz.

Znam pana aptekarza, bowiem odwiedziliśmy go z Ojcem w aptece Pod Białym Orłem, działającej przy głównej ulicy miasteczka. Zapamiętałem jej ciemne meble na tle jasnych ścian i zapach leków, których wiele przechowywano tam w brązowych słoiczkach. Ojciec zaoferował wtedy panu aptekarzowi kupno jego domu, co ten przyjął z oburzeniem. Rozmowie przysłuchiwały się dwie starsze Niemki, które przyszły tam wcześniej po jakieś lekarstwa. Wówczas Ojciec zaproponował panu aptekarzowi wyjście na krótki spacer, aby o ewentualnej transakcji porozmawiać spokojnie i bez świadków. Pan aptekarz jednak odrzekł, że żadnej transakcji nie będzie, gdyż on domu nie sprzeda. 

- Skoro tak – powiedział wtedy Ojciec – to najdalej za pół roku zostanie on panu odebrany przez kogoś innego, w stylu, w jakim wy to robiliście z nami! A wówczas nie dostanie pan od tego kogoś ani feniga! 

Pan aptekarz spojrzał w stronę swoich klientek, które starały się niczego nie uronić z tej rozmowy, po czym nieoczekiwanie zaprosił Ojca do swojego domu na obiad w najbliższą niedzielę. 
 No i właśnie teraz tam się pojawiamy. Panowie podają sobie dłonie, po czym następuje prezentacja, która mnie nie obejmuje. Cała ta ceremonia odbywa się na werandzie, na środku której stoi okrągły stół nakryty białym obrusem i przygotowany do posiłku. Trzy ściany werandy to w zasadzie tylko okna z krótkimi firankami, a na trzeciej widnieje coś na kształt plastycznego obrazu z różnymi wypukłościami, przedstawiającego potok w górskim pejzażu. 

Dorośli zasiadają za stołem i wówczas, dosyć nieoczekiwanie, wychodzą z wnętrza domu dwaj synowie pana aptekarza, ośmioletni i chyba pięcioletni. Wszelkie rozmowy toczą się po niemiecku, który to język moi Rodzice znają jeszcze z pruskiego dzieciństwa, a który ja trochę poznałem, bawiąc się z niemieckimi dziećmi na podwórku kamienicy przy ulicy Chwaliszewo w okupowanym Poznaniu. Teraz natychmiast nawiązuję kontakt, po czym wspólnie biegniemy do ogrodu, jaki znajduje się na tyłach domu. Ów ogród w połowie jest raczkującym sadem, bowiem pan aptekarz ma ambicje hodowania rzadkich odmian jabłek i gruszek. 

Szalejemy potem po całej okolicy. Od czasu do czasu podchodzimy pod werandę, gdzie pani aptekarzowa energicznie nas dokarmia. Niemieckie chłopaki uczą mnie skakać z dachu komórki, jaka jest przytulona do tylnej ściany domu, blisko kuchennego okna. Rewanżuję im się nauką podwórkowych gier poznańskich dzieci. W końcu dopada nas zmęczenie. Wracamy na werandę, przy czym chłopcy wędrują w głąb domu, a ja zapadam się w wiklinowym fotelu przy rodzicach. Długo nie wytrzymuję. Zasypiam. 

Kiedy otwieram oczy, słońce za otwartymi drzwiami werandy tonie już w obfitych koronach kasztanowców. Rozmowa przy stole nabrała tymczasem zdecydowanych kolorów; zauważam karafkę wódki. Pan aptekarz opowiada Rodzicom, jak budował swój dom, skąd sprowadzał drzewo na podłogi i urządzenia centralnego ogrzewania. Nie skończył jeszcze dopieszczać strychu, gdzie ma zamiar wyszykować dwa niewielkie pokoiki przeznaczone dla gości. Z kolei Ojciec rewanżuje się opowieścią o niemieckich pieniądzach, które w wyzwolonym Poznaniu traktowane są jak papier do rozpalania w piecach, a tymczasem w sowieckiej strefie okupacyjnej w Niemczech nadal są obowiązującym środkiem płatniczym. Nudzi mnie ta rozmowa. Zsuwam się z fotela i mówię Mamie, że idę się pobawić. - Ale nie oddalaj się daleko! Obiecuję. 

Wychodzę przed dom. Przed sobą mam schody na ulicę i wielkie stare drzewa. Mimo wczesnej jesieni, gorąco. Zbiegam na ulicę, a potem przyglądam się domom naprzeciwko. Wszystkie eleganckie, pochowane w zadbanej zieleni. Cisza aż kłuje w uszach. Nie zaszczeka pies, nie zagdacze kura. W złotym powietrzu buszują roje owadów. Oglądam się za siebie, zerkając w stronę otwartej werandy. Czy Rodzice na mnie patrzą? Nie patrzą. No to jazda. Błyskawicznie przebiegam na drugą stroną ulicy. A potem wchodzę na podwórze pierwszego domu z brzegu. To ten, w którym będą potem mieszkali najpierw państwo Schoen czy też Szejn, a później Bułhakowie. 

Furtka ustępuje bez kłopotów. Kiedy wchodzę, raz jeszcze odwracam się. Weranda znikła za rogiem. Ogarnia mnie uczucie Wielkiej Wolności. Próbuję wejść do domu, ale drzwi nie ustępują. Więc gnam na tyły, gdzie znajduję okno do kuchni. Usiłuję tam zajrzeć, ale jestem za niski. Ruszam więc do ogrodu, gdzie znajduję cegły. Potem pracowicie znoszę je pod kuchenne okno. Wreszcie widzę wnętrze kuchni. Nic nadzwyczajnego. Czysto, garnki uwieszone na skobelkach, naczynia na półce, makatka z niemiecką sentencją. Może tam wejść? Ale jak? Wybijam szybę kawałkiem cegły, co powoduje hałas, jak po armatnim wystrzale. Nasłuchuję. Lecz nic się nie dzieje, nikt się nie pojawia. 

Oto stoję już we wnętrzu. Przed sobą mam drzwi, które nie chciały mi ustąpić. Są też otwarte drzwi do pokoju; jego okna wychodzą na ulicę Kostrzyńską. W hallu są też schody na piętro, gdzie chowają się zapewne jakieś pokoje. Idę tam w pierwszej kolejności. Napotykam sypialnię, co wnioskuję z dwóch zasłanych łóżek. Jest tam spora szafa. Otwieram. Idealny porządek. Wiszą jakieś suknie, płaszcze, ubrania. Obok, na półkach, równe bloki wyprasowanej pościeli. Ogarnia mnie dziwne uczucie. Wtargnąłem w cudze życie. Czuję się mocno zawstydzony. Co ja robię? Dlaczego się tu wpakowałem? Nie zamykając szafy, zbiegam po schodach do hallu. Ale tam natychmiast zwabia mnie pokój od frontu. 

To gabinet niemieckiego pana domu. Szczytową ścianę zajmuje ciężka przeszklona biblioteka. Pierwszą półkę wypełnia w całości leksykon Meyersa, wydanie luksusowe. W ogóle większość książek to edycje ozdobne, starannie oprawione, ze złoceniami. U dołu połowę jednej z półek zajmują albumy! Rzucam się do odsuwania ciężkiej bibliotecznej szyby. Po chwili już przeglądam owe albumy. Przeważnie poświęcone są sztuce, architekturze, malarstwu, fotografii i podobnym tematom. W pewnej chwili z pożądania jaśnieją mi oczy. Jest kilka albumów o Adolfie Hitlerze! Nie mogę ukryć zachwytu. Wszystkie wydane niezwykle efektownie. Nie tylko twarde okładki, złote litery, jakieś wypukłości, ale jest nawet edycja oprawna w skórę! Poszczególne kartki przedziela pergamin! Czyste szaleństwo! 

Biegnę do kuchni po jakąś torbę. Pakuję do niej trzy albumy, jakie najbardziej mnie zachwyciły. I właśnie szykuję się do wyjścia, kiedy dolatuje z oddali moje imię. Podchodzę do okien na ulicę. Mama stoi u wylotu schodów przed domem pana aptekarza i bacznie spogląda na ulicę. - Piotrusiu! Łapię za torbę i błyskawicznie dopadam drzwi wejściowych. Nie mam bowiem zamiaru gramolić się przez kuchenne okno, gdzie przy wchodzeniu zadrapałem się do krwi resztkami szkła. Mama z pewnością zapyta o przyczynę tych zadrapań. I co wtedy? A jeśli zapyta o Hitlera? Skąd go mam? Ogarniają mnie czarne myśli. I znowu dolatuje wołanie – Piotrusiu! 

Z łatwością otwieram drzwi, po czym – już na ganku – zatrzaskuję je za sobą. Znowu są zamknięte. Nie znałem wcześniej takich zamków. Najwolniej, jak potrafię, pojawiam się w zasięgu wzroku Mamy. Staram się wyglądać, jak uosobienie niewinności, chociaż serce chce mi wyskoczyć z piersi. 
 - Gdzie się podziewasz? - pyta Mama z wyrzutem. - Miałeś się nie oddalać! Co to za torba?

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 08.09.2011