Najpierw człowiek, a potem Polak

Witnica to małe miasteczko leżące w połowie drogi między Kostrzynem i Gorzowem Wielkopolskim, niegdysiejszym Landsbergiem. Chyba nikt nie zna tak dobrze tej miejscowości, która do 1945 roku nosiła nazwę Vietz i leżała przy dawnej szosie Reichsstraße 1 i linii Kolei Wschodniej – Ostbahn, jak historyk regionu Zbigniew Czarnuch.

Jesienią 45 roku znalazł się razem z rodziną w Witnicy. Ojciec został burmistrzem miasteczka. Było to już po wypędzeniu większości niemieckich mieszkańców. Ojciec i syn wierzyli w ideologiczną argumentację o odzyskaniu „prapolskich” ziem zachodnich. „Wtedy po raz pierwszy wpadłem w pułapkę historii” – mówi dzisiaj ten 76-letni historyk. Wówczas był harcerzem, drużynowym, i dostał od ojca zadanie usuwania śladów niemieckiej historii. Trzeba było zamalowywać je farbą albo odkuwać młotkiem. Młodziutki Zbigniew nie miał wówczas poczucia, że robi coś niestosownego. W końcu jego rodzina, pochodząca spod Częstochowy, przez sześć lat żyła w strachu przed Niemcami. Widziało się na własne oczy niejedną zbrodnię, jak choćby transport Żydów do obozu koncentracyjnego.

Pół wieku później ten sam Zbigniew Czarnuch zaczyna intensywnie poszukiwać śladów niemieckiej historii w Witnicy. Ten niewysoki siwowłosy mężczyzna o żywym spojrzeniu zapytany o motywy swojej działalności wskazuje najpierw na meble w swoim mieszkaniu. „Ten stół to niemiecki stół, na tym krześle siadywali Niemcy, a ten regał też był własnością niemieckiej rodziny”, mówi. W jakimś momencie, kiedy to sobie uświadomił, poczuł się nieswojo – opisuje własne odczucia.

Nad tym wszystkim zaczął się zastanawiać już w latach siedemdziesiątych, kiedy to dawni mieszkańcy zapukali do drzwi swego starego mieszkania – a nie byli to żądni zemsty Niemcy, jak przedstawiała ich propaganda, lecz przybyli nieśmiało, mając nadzieję, że uda się im obrachunek z bolesnymi wspomnieniami. Jedna pani chciała zajrzeć do ogrodu. Pochowała tam pospiesznie swą matkę, którą zabił sowiecki żołdak, kiedy nie chciała mu oddać gęsi.

Inna kobieta przywiozła walizkę, którą miała przy sobie, uciekając w 1945 roku przez Odrę. Walizka ta stoi dzisiaj obok dwóch innych w Izbie Regionalnej, prowadzonej przez Czarnucha. Druga to bogato malowany kufer, który na początku wojny towarzyszył Polakom z dawnych Kresów w czasie zsyłki na Syberię, a potem zawędrował z nimi do Witnicy, ponieważ ich strony rodzinne przypadły sowieckiej Ukrainie. Trzeci obiekt w tym zbiorze to polsko-niemiecka „walizka bajek”, pełna dziecięcych obrazków i opowieści. „Stworzyły ją wspólnie dzieciaki z przedszkoli w Witnicy i Münchebergu, zainspirowane opowiadaniem wychowawczyń o dwóch pozostałych walizkach” – opowiada Czarnuch. On sam aktywnie przyczynił się do partnerskiej współpracy obu miasteczek, które leżą mniej więcej w takiej samej odległości od granicy – Witnica po polskiej, a Müncheberg po niemieckiej stronie.

W Izbie Regionalnej można też znaleźć słoik marynowanych kurek. Grzyby te w charakterze rezerwy na czarną godzinę zakopali Niemcy w czasie wojny, a wiele lat później Polacy odnaleźli je w stanie nienaruszonym. Tego lata słoik można było podziwiać w berlińskim Kronprinzenpalais na wystawie Związku Wypędzonych, która w Polsce spotkała się z wieloma głosami krytyki. Rząd w Warszawie nakazał wszystkim państwowym instytucjom wycofanie swych eksponatów, ale Czarnuch pozostawił grzyby w Berlinie.

Na pytanie polskich dziennikarzy, dlaczego to robi, odpowiedział: „Bo nie chcę po raz drugi wpaść w pułapkę historii”. I jeszcze, że jest najpierw człowiekiem, a dopiero potem Polakiem. Czarnuch podpadał też nieraz w Peerelu, chociaż był nauczycielem i należał do partii. Nie ukrywa, że niechęcią napawa go jednowymiarowe widzenie historii. Zadaje sobie pytanie: „Dlaczego niektórzy z moich rodaków nie są w stanie zaakceptować, że dla wielu Niemców te ziemie są ich utraconą małą ojczyzną?” W jego spojrzeniu na historyczne postacie – zaborcę Polski Fryderyka Wielkiego czy jej gnębiciela Bismarcka – pojawiają się też zróżnicowane oceny. Bo za panowania króla pruskiego zagospodarowana została Nowa Marchia, ziemia, na której dzisiaj żyje wielu Polaków. A Bismarck wymyślił ubezpieczenie społeczne.

Wiele świadectw lokalnej historii znalazło się w Parku Drogowskazów i Kamieni Milowych Cywilizacji, założonym przez Czarnucha i ludzi o podobnym usposobieniu. Można tam obejrzeć na przykład maszynę niejakiego Ottona Dittnera, dzięki której w 1897 roku w Witnicy po raz pierwszy popłynął prąd elektryczny. Prezentowane są tu latarnie gazowe, czynne od 1906 aż do 1986 roku. Bodaj największe wrażenie robi „rozstrzelane” drzewo z tablicami z nazwami miejscowości – po polsku, niemiecku i rosyjsku. Mają one przypominać o ludziach, którzy w 1945 roku musieli opuścić Witnicę, ale też i o tych, którzy zginęli w walkach o Witnicę lub przybyli tutaj z odległego wschodu.

Czarnuch uparcie sprzeciwia się uproszczeniom. Denerwuje się na przykład, że w nowej publikacji o historii miasta w czasach nazizmu usunięto z jego herbu swastykę, którą naziści umieścili tam z okazji przyznania Witnicy praw miejskich. Rzecz jasna przekadzają mu nie tylko polskie, ale i niemieckie zafałszowania historii. Z przekonaniem twierdzi: „Niemcy i Polacy dopiero wtedy będą mogli się zrozumieć, jeśli zaakceptują istnienie różnic, ale i fakt, że to właśnie w nich tkwi sedno prawdziwego dialogu”. A że jednostronne przedstawianie historii może być niebezpieczne, nauczyło go jego własne życie.

Z niemieckiego przełożyła Ewa Czerwiakowski

Märkische Oderzeitung, 22 grudnia 2006