Miejsce urodzenia

Publikujemy pierwszy fragment wspomnień Olgi Alexandrovej, intelektualistki i historyka rosyjsko-żydowskiego pochodzenia, której po wielu latach starań i oczekiwań udało się w 1979 roku wyemigrować ze Związku Sowieckiego na Zachód. Jest to opowieść o powikłanych, sięgających XIX wieku dziejach jej rodziny, o politycznym dojrzewaniu w systemie komunistycznym, o kontaktach polsko-rosyjskich i wreszcie o szczególnym rodzaju wykorzenienia. Mieszkająca dzisiaj w Berlinie Olga Alexandrova opowiadała po polsku. Opowieści wysłuchała i przeniosła ją na papier Ewa Czerwiakowska. (red.)

Urodziłam się 27 października 1943 roku. W Nowym Jorku. Miałam dużo szczęścia, bo to miejsce urodzenia bardzo mi się później w życiu przydało. Moja matka nazywała się z domu Inna Wasiliewna Sobolewa, a po ślubie Aleksandrowa. Właśnie o rodzinie mamy wiem najwięcej i była ona zawsze dla mnie najbliższa, ponieważ z matką matki, tzn. moją ukochaną babcią, zamieszkaliśmy potem w Moskwie. Babcię ze strony ojca widywałam tylko pary razy do roku. Mieszkała w Rostowie i czasem przyjeżdżała do nas w odwiedziny, nie miałam więc z nią szczególnie bliskich związków.

Rodzina mojej mamy, żydowska rodzina, pochodziła spod Smoleńska, z małej miejscowości Lubawicze. Z moich pobieżnych ustaleń wynika, że najprawdopodobniej dziadek mojej babci, a więc mój prapradziadek, Szmul Schneersohn był czwartym cadykiem słynnej wspólnoty chasydzkiej Chabad Lubawicz. Szóstego rebego, Josefa Icchaka Schneersohna, komuniści aresztowali w latach dwudziestych i dali mu wyrok śmierci za zwalczanie ateizacji Żydów. W końcu jednak został zwolniony, a w 1927 roku wyrzucili go z kraju. W latach trzydziestych osiedlił się w Polsce i prowadził wspólnotę Chabad w Otwocku pod Warszawą. I potem zdarzyło się coś naprawdę niezwykłego. W 1940 roku, a więc już za niemieckiej okupacji, udało mu się wraz z grupką swych wyznawców wyemigrować z Polski do Stanów Zjednoczonych. Był to prawdopodobnie wynik poufnej międzynarodowej akcji dyplomatycznej. Ze szczątkowych opowieści babci, wynikało, że Josef Icchak Schneersohn był jej kuzynem w pierwszej linii. Za bolszewików siedział niecały rok. Biorąc pod uwagę późniejsze represje, można powiedzieć, że niedługo. A że go potem wypuścili? Komuniści od czasu do czasu wydalali z kraju niewygodnych i nieprawomyślnych. Słynna jest historia „statku filozofów” z 1922 roku. Niemiecki statek pasażerski „Oberbürgermeister Haken“ odbył dwa rejsy, przewożąc w sumie 120 rosyjskich intelektualistów, socjologów, filozofów i pisarzy z Piotrogrodu do niemieckiego Szczecina. Wśród nich znalazł się m.in. Nikołaj Bierdjajew.

W kolejnych pokoleniach Schneersohnów tradycyjnie najstarszy syn zostawał chasydzkim rebe, a młodsi zajmowali się zarabianiem pieniędzy, niezłych pieniędzy. Przed rewolucją do rodziny należała firma armatorska obsługująca żeglugę na Dnieprze. Moja babcia Ida, z domu Ginzburg, rocznik 1895, miała pięć sióstr i dwóch braci. Co ciekawe, wszyscy zdobyli wyższe wykształcenie, chociaż wiadomo, że sytuacja Żydów w Rosji nigdy nie była łatwa. Babcia studiowała medycynę na uniwersytecie w Kijowie. No i oczywiście zajmowała się rewolucją. Nie była najstarszą córką, lecz drugą z kolei, i uchodziła za pierwszą piękność w Smoleńsku. Chciała zostać aktorką, ale ojciec, który był rabinem Smoleńska, nie pozwolił. Na studia na szczęście się zgodził. Potem, kiedy wdała się w rewolucję, był to rodzinny skandal, ojciec nie chciał jej znać i wybaczył jej dopiero wtedy, kiedy przyszła na świat moja matka, a więc w 1922 roku. Babcia zerwała całkowicie z religią. Zmieniła imię – Jegudis na Ida. Od wczesnej młodości była niezwykle samodzielna. Jej matka zmarła bardzo wcześnie, kiedy ona miała 14 albo 15 lat, a ojciec w latach dwudziestych. Na początku XX stulecia, kiedy tak dużo się działo i zmieniało, młodego człowieka musiały krępować więzy religijne i rodzinne, było z nimi za ciasno. Ale babci parę rzeczy pozostało z wcześniejszych czasów. Na przykład nigdy nie jadła wieprzowiny, nawet w czasie wojny, kiedy panował straszny głód. Nie mogła – opowiadała – fizycznie nie mogła. Co czuła w głębi serca? Nie wiem.

Chyba jeszcze w gimnazjum w Smoleńsku babcia poznała dziadka. Od pierwszej chwili bardzo się pokochali. On chodził oczywiście do innego gimnazjum, bo wtedy szkoły dla dziewcząt i chłopców były oddzielne. Babcia wstąpiła do jednego z rozpowszechnionych w tym czasie kółek marksistowskich, zwanych marksistskije krużki, które były zalążkiem przyszłej partii komunistycznej. Działała w tych kółkach jeszcze na studiach w Kijowie. Ach, z pewnością układali płomienne proklamacje i marzyli o sprawiedliwości i równości. Ale potem babcia nigdy nie piastowała żadnego stanowiska w nomenklaturze partyjnej. Dziadek natomiast tak. Zaraz po rewolucji był członkiem albo smoleńskiego gorsowietu, rady miejskiej, albo komitetu partyjnego. W rodzinie babci tylko jej brat nie był rewolucjonistą, a wszystkie siostry robiły rewolucję – w taki czy inny sposób: Dwojra, która potem nazywała się Wiera, Fania, Cylia i Estera czyli Stella. To było odcinanie się od tradycji, od rodziny.

Jako młodzi ludzie babcia i grupka jej kolegów studentów byli nawet na zesłaniu, w mieście Orioł, Orzeł. Oczywiście nie była to prawdziwa zsyłka, bo tylko w obrębie centralnej Rosji. Niemniej jednak zostali zesłani – na kilka miesięcy, może na pół roku, z uniwersytetu w Kijowie. Natomiast mój dziadek jako rewolucjonista siedział za cara krótko w więzieniu, zachowała się nawet jego więzienna fotografia. Mam też wczesne zdjęcie babci i dziadka – prawdziwa rosyjska inteligencja z tamtych czasów, dwoje pięknych, zbuntowanych młodych ludzi, ubrani z dyskretną elegancją, babcia w zwiewnym szalu na głowie.

Cały straszny okres rewolucji i wojny domowej przeżyli w Kijowie. Władza zmieniała się tam siedemnaście albo dziewiętnaście razy. Wkraczali i biali, i czerwoni, i Petlura, Ukraińcy i Niemcy. To naprawdę cud, że przeżyli. W Kijowie wybuchło powstanie, babcia, studentka medycyny, i dziadek byli sanitariuszami. Zostali potem aresztowani, już nie wiem, czy przez białych, czy Ukraińców, i skazani na śmierć. Na szczęście czerwoni weszli do Kijowa i to ich uratowało.

Po rewolucji babcia i dziadek z moją mamą mieszkali przez jakiś czas w Smoleńsku. Później dziadek został służbowo wysłany do Moskwy i sprowadził tam żonę z córką. Z jego rodziny nie ma dzisiaj już nikogo. Wiem tylko, że wszyscy jego bracia byli adwokatami, on sam zresztą też. No i brał udział w rewolucji. Przed późniejszymi czystkami uratowała go przedwczesna śmierć, już w 1928 albo 1929 roku. Miał trzydzieści parę lat.

Dziadka ze strony mamy nigdy więc nie poznałam, ale moja babcia ponownie wyszła za mąż. I to był mój jedyny, przyszywany dziadek, którego zresztą uwielbiałam. On również działał w marksistowskich krużkach, ale potem nigdy nie był w nomenklaturze. Mężczyźni w tej rodzinie tradycyjnie kształcili się na lekarzy, dlatego on też studiował medycynę w Kijowie, gdzie poznał moją babcią, jeszcze zanim pierwszy raz wyszła za mąż. Była to jego wielka miłość i kiedy po kilku latach dowiedział się, że owdowiała, odnalazł ją w Moskwie. Zaczął opiekować się moją mamą, chodził z nią do lekarza, do szkoły, na koncerty. Aż w końcu babcia wyszła za niego za mąż. Z tym właśnie dziadkiem spędziłam dzieciństwo i jestem mu za wiele rzeczy ogromnie wdzięczna.

Historia rodziny ojca jest również ciekawa, bo mieszały się w niej różne narodowości. Mój ojciec urodził się w 1914 roku i nazywał się Aleksander Georgiejewicz Aleksandrow. Aleksandrow to czysto rosyjskie nazwisko, chociaż rodzice dziadka – nie jestem pewna, czy oboje, czy tylko matka – pochodzili z Finlandii i nazywali się Ingermanłandcy, po fińsku – Inger. Matka z pewnością była Finką. Nawet wiem, że pochodziła z dużej wyspy, która dzisiaj należy do Estonii. Niegdyś w Rosji żyło sporo Finów, a szczególnie liczne ich skupisko znajdowało się w okolicy Sankt Petersburga, bo to przecież już niedaleko Karelii. Rodzice dziadka mieli czworo dzieci. Dwaj starsi synowie nosili czysto rosyjskie, przybrane nazwisko Aleksandrow. Przyszli na świat, kiedy ich rodzice nie mieli jeszcze ślubu kościelnego, nie mogli więc otrzymać nazwiska ojca. Dwóch młodszych synów nazywało się już inaczej.

Dziadek Aleksandrow ożenił się z babcią, którą oczywiście znałam, a która była pół-Ukrainką i pół-Mołdawianką. Mieszkali na południu Rosji, na północnym Kaukazie, w okolicach Kubania. Nie była to bardzo bogata rodzina, ale stosunkowo zamożna. Dziadek pracował w dziale finansowym dużej firmy, która zarządzała kolejami na południu Rosji. Na Kubaniu mieli jakieś nieruchomości. W pierwszych dniach pierwszej wojny światowej, we wrześniu albo październiku 1914 roku dziadek zmarł od ran. Moja babcia jako 23-letnia wdowa pozostała z dwoma małymi synami, mój ojciec miał pół roku, a jego starszy brat około dwóch lat. Po rewolucji wszystko straciła. O losach pozostałych braci dziadka nic nie wiedziała. Przed wojną utrzymywała kontakt tylko z jednym, profesorem botaniki w instytucie genetyki w Leningradzie. W tym samym instytucie pracował słynny botanik i genetyk Nikołaj Wawiłow, twórca największej na świecie kolekcji nasion i zdecydowany krytyk partyjnego biologa Łysenki. W 1940 roku został aresztowany i skazany na karę śmierci. Dzisiaj ten sam instytut nosi jego imię. Brat dziadka też więc gromadził nasiona, a jego rodzina zmarła z głodu w czasie blokady Leningradu.

Babcia mieszkała w tym czasie w Rostowie. Do rewolucji, do wojny domowej jakoś sobie radziła. Wynajmowała domy na Kubaniu, które potem skonfiskowano. Miała więc niełatwe życie, dopóki dzieci nie dorosły. Przeniosła się do Rostowa, bo w dużym mieście łatwiej było o pracę. Znalazła tam zatrudnienie bodaj jako księgowa.

Moi rodzice poznali się w 1942 roku na tak zwanej ewakuacji. W Moskwie zaczynało się robić niebezpiecznie i cały uniwersytet, studentów i wykładowców, przeniesiono już w 1941 roku do Swierdłowska, dzisiejszego Jekaterynburga. Oboje byli na studiach. Mama studiowała historię, a z ojcem wyglądało to jeszcze inaczej. W zasadzie powinien był pójść do wojska, ale nie został powołany, bo w już 1939 roku jako lotnik brał udział w krótkiej wojnie sowiecko-japońskiej. Jego samolot został zestrzelony i spłonął, a ojciec z ciężkimi poparzeniami znalazł się w szpitalu, gdzie spędził cały rok. Miał wielkie szczęście, ponieważ trafił na dobrych chirurgów. Trzeba było implantować całe płaty skóry, na twarzy, na głowie. Na szczęście nie pozostały żadne ślady. Jeszcze przed wojną ukończył politechnikę, a potem zaczął studiować na uniwersytecie, na nowo utworzonym fakultecie dziennikarstwa. Po studiach wzięli go do TASS-u, tzn. Tielegrafnoje Agenstwo Sowietskogo Sojuza, i przez pół roku pracował w Moskwie. A potem został służbowo skierowany do Nowego Jorku, dokąd mógł zabrać żonę. Było lato 1943 roku, pod Kurskiem toczyła się wielka bitwa. Ojciec poleciał samolotem do Rostowa pożegnać się przed wyjazdem ze swoją matką i opowiadał, że przelatywali nad linią frontu. Nie wiem, czy rodzice tak to zaplanowali, czy też nie, w każdym razie tak wyszło, że przyszłam na świat w Nowym Jorku. Wyjechali latem, a ja urodziłam się w październiku.

Kiedy ojca wysłali do Stanów, w Związku Sowieckim wszędzie brakowało ludzi, wszyscy poszli przecież na na wojnę. A on był zwolniony od służby w wojsku i świetnie znał angielski. Pamiętam, że później, już w latach pięćdziesiątych opracowywał słowniki rosyjsko-angielskie i bardzo dużo tłumaczył. Oczywiście należał do partii. Myślę, że musiał też mieć kontakty z KGB. W tych latach i na tym stanowisku! Na ile intensywne, nie wiem. Nigdy nic nie mówił na ten temat. Zmarł za wcześnie, może kiedyś zacząłby ze mną rozmawiać. Żałuję do dzisiaj, że nie zdążyłam go zapytać o tyle rzeczy! Ojciec miał przecież starszego brata, który był na wojnie. W pierwszych miesiącach dostał się do plienu, do niewoli niemieckiej. Udało mu się zbiec i wrócić do sowieckiego wojska. Za karę posłano go do tak zwanego sztrafnego batalionu, batalionu karnego. Wkrótce zginął. To był wielki minus w biografii mojego ojca – że miał brata, który dał się wziąć do niemieckiej niewoli. Ale ja o nic nie pytałam. Była to oczywiście głupota, ale miałam co innego w głowie. Młodość, wiadomo. Moje stosunki z ojcem były z jednej strony niełatwe, z drugiej zaś bardzo dobre. Byliśmy do siebie bardzo podobni, nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie.

Ojciec nie był przekonanym komunistą, cechował go duży sceptycyzm. Należał do partii, bo musiał, chcąc pracować na tym stanowisku. Nigdy na ten temat z nim nie rozmawiałam, ale podejrzewam, że jego postawa wynikała raczej z oportunizmu czy może pragmatyzmu. Poza tym był uroczym, przemiłym i powszechnie lubianym człowiekiem. Lubił dobrze się ubierać i zawsze wyglądał jak angielski gentleman. Jestem przekonana, że wszyskie moje koleżanki z klasy po cichu w nim się podkochiwały. Matka natomiast nie należała do partii, była niezwykle romantycznym człowiekiem i pielęgnowała romantyczno-sentymentalne wspomnienia o swoim ojcu, który zmarł, kiedy ona miała sześć lat. Myślę, że na swój sposób wierzyła w komunistyczną ideologię. Była to raczej wiara i jej romantyczna natura niż intelektualne przekonanie.

Z Nowego Jorku niewiele zapamiętałam, chyba dlatego, że mój mały świat był dość ograniczony. Pamiętam nasze mieszkanie, skromne, trzypokojowe. W latach dziewięćdziesiątych pojechałam do Nowego Jorku i odnalazłam ten dom. Niepotrzebnie, nie należało tego robić, bo oczywiście niczego nie poznałam, wszystko wyglądało inaczej. Wówczas mama też dostała posadę w TASS-ie, jako stenotypistka czy coś podobnego, żeby dodatkowo zarobić parę groszy. Miała 21 lat, a studia skończyła dopiero po powrocie do Moskwy. Ponieważ mama pracowała, zatrudniono nianię, która mną się opiekowała i mieszkała razem ze mną w jednym pokoju. Pochodziła z Irlandii i z pewnością była głęboko wierzącą katoliczką. Czasem, w jakieś święta, może na świętego Patryka, zabierała mnie do kościoła irlandzkiego. Ale robiła to po cichu, ukradkiem. Moi rodzice nic nie wiedzieli, opowiadałam im o tym o wiele później. Pamiętam też, jak wiewiórka ugryzła mnie w rękę, a potem dostałam czternaście zastrzyków... Został mi w pamięci jedynie taki ograniczony świat dziecka.

Moim pierwszym językiem był angielski. Kiedy przywieźli mnie do Moskwy, prawie w ogóle nie mówiłam po rosyjsku. W domu w Nowym Jorku rodzice rozmawiali ze mną po angielsku. Po rosyjsku na pewno też, bo trochę rozumiałam, ale mówić nie umiałam. Umiałam natomiast czytać po rosyjsku. Zaczęłam czytać, kiedy miałam pięć lat. Rodzice pokazali mi litery, a reszty nauczyłam się sama. Ale w Nowym Jorku miałam niewiele książek rosyjskich, przeważały angielskie.

W 1950 roku ojca odwołali z Nowego Jorku, po siedmiu latach, a więc po dość długim czasie. Myślę, że odbyło się to w ramach normalnej rotacji. W każdym razie nie miał po powrocie żadnych kłopotów politycznych. Te przyszły trochę później. Natomiast początkowo zrobił wielką karierę. Został szefem całej służby zagranicznej TASS-u jako bardzo młody człowiek, nie miał jeszcze czterdziestki. Dopiero w 1954 roku musiało coś się wydarzyć. Może powiedział coś, czego nie wolno było mówić? Przez półtora roku, jeszcze przed destalinizacją, pracował w redakcji niewielkiego, wydawanego po angielsku czasopisma. Niechętnie wspominał ten okres, nie wiem, co się wtedy stało. Potem nie wrócił już do TASS-u, tylko zaczął pracować w radiu i został redaktorem naczelnym rozgłośni radia Moskwa nadającej w języku angielskim. Potem, kiedy w 1959 roku zachorował na serce, zrezygnował z tego obciążającego go stanowiska i pracował już do końca jako zwykły dziennikarz, komentator.

Z Nowego Jorku przyjechaliśmy więc latem 1950 roku. Ojciec leciał samolotem, a my płynęłyśmy do Europy statkiem, bo moja matka strasznie się bała lotów. Na statku mama cały tydzień spędziła w łóżku, nie mogła w ogóle wstawać, strasznie dokuczała jej choroba morska.

W Moskwie zamieszkaliśmy w domu o interesującej historii, przy ulicy, która do rewolucji nazywała się Woroncowe Pole, dzisiaj przywrócono tę nazwę. Nasz dom należał do kompleksu starych budynków wybudowanych w XIX wieku po Napoleonie, po pożarze Moskwy. Do rewolucji była to własność grafa Woroncowa. Po rosyjsku nazywa się to gorodskaja usad’ba, miejska posiadłość – duży dom otoczony budynkami gospodarczymi. W naszym domu mieściły się niegdyś stajnie, dlatego też mieliśmy wyjątkowo wysokie pokoje. Większość mieszkańców domu była to grupa dość szczególna – niedobitki Kominternu, ci, których nie rozstrzelano w czasach Wielkiej Czystki, ale i rodziny zamordowanych, Rosjanie, Węgrzy, Bułgarzy. To miejsce wspomina w swojej książce „Die Revolution entlässt ihre Kinder” („Rewolucja odprawia swoje dzieci”) Wolfgang Leonhard. Tutaj, w jednym z budynków miało swoją siedzibę założone w czasie wojny przez niemieckich komunistów i antyfaszystów Radio Freies Deutschland, w którym on przez jakiś czas pracował.

Za moich czasów mieszkała w tym domu moja najlepsza koleżanka z pierwszego okresu mojego moskiewskiego życia, Tania, z którą często się bawiłam i spędzałam dużo czasu. Jej ojciec był Rosjaninem, chociaż miał ukraińskie nazwisko Szewczenko, a matka pochodziła z Węgier. Dziadek Tani pracował w Kominternie i został rozstrzelany pod koniec lat trzydziestych. W tej rodzinie były dwie siostry, matka mojej koleżanki, i jej ciotka, której mąż był Węgrem i też został rozstrzelany. Mieli jednego syna, do dzisiaj pamiętam, że na imię miał Laszlo. W 1955 roku ciotka z synem wyjechała na Węgry. Było im bardzo ciężko, szczególnie w 56 roku, bo przyjechali jako komuniści ze Związku Sowieckiego. Ale za moich czasów wszyscy jeszcze tłoczyli się w jednym mieszkaniu, zgodnie z moskiewską normą. Nie na darmo w pewnych kręgach przywoływało się potem Wolanda z „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa: moskwiczanie obyknowiennyje ludi, w obszcziem, napominajut preżnich, kwartirnyj wopros tol’ko isportił ich, „ludzie jak ludzie, w zasadzie są, jacy byli, tylko problem mieszkaniowy ma na nich zgubny wpływ”.

W Moskwie czekała na nas oczywiście babcia i mój przyszywany dziadek z córką, to znaczy moją przyrodnią ciotką. Po krótkim pobycie w Swierdłowsku wrócili do Moskwy i zostali tam już na stałe. Dziadek poszedł jako dobrowolec, na ochotnika, na wojnę, miał wtedy już 45, 46 lat. Wkrótce jednak został ranny, dzięki Bogu niezbyt ciężko, i na tym skończyła się jego wojenna kariera. Babcia za moich czasów nie pracowała, była zawsze w domu. W rodzinie panował prawdziwy matriarchat i babcia była jego głową. My też mieszkaliśmy wszyscy razem, w jednym, niezbyt dużym mieszkaniu – moi rodzice i ja, babcia, dziadek, ciotka, czyli siostra przyrodnia mamy, później też jej mąż i dzieci. I babcia gotowała dla całej tej gromady. Cały dom był na jej głowie. Obiadów wspólnych oczywiście nie było, bo dorośli albo pracowali, albo studiowali jak moja mama czy ciotka. Ojca widywałam tylko w niedzielę. A ze świąt u nas w domu obchodziło się przede wszystkim Nowy Rok, a poza tym 7 listopada, czyli rocznicę rewolucji, i czasami urodziny. Nie było więc żadnych religijnych świąt. Babcia opowiadała, że jeszcze w gimnazjum miała przyjaciółkę, Rosjankę, córkę jakiegoś bogatego człowieka w Smoleńsku. U nich na Wielkanoc przez cały tydzień dom był otwarty, na stołach stały różne smakołyki, znajomi przychodzili, kosztowali. U nas nigdy czegoś takiego nie urządzaliśmy. Ale Nowy Rok był naprawdę hucznym świętem i jako dziecko bardzo je lubiłam. Gotowanie przejmował wtedy ojciec i zawsze przygotowywał smakowitą gęś. Przy dużym stole zasiadały wszystkie ciotki, kuzynki, cała rodzina.

Babcia była wspaniałym człowiekiem o silnym charakterze, dużej osobowości i niezwykle rozwiniętym poczuciu sprawiedliwości. Właśnie dlatego za młodu wdała się w te kółka marksistowskie. Zresztą w kręgach żydowskich było to dość rozpowszechnione. Skończyła studia medyczne, początkowo wykładała na kursach dla pielęgniarek, ale nigdy nie pracowała jako lekarz. Wszystkie dzieci mówiły do niej „mama Ida”, wszystkie ją bardzo kochały, ja też. Mój mąż, Kola poznał ją już jako starszą kobietę, ale darzył ją wielkim szacunkiem i może nawet kochał jako człowieka. Krótko przed śmiercią w 1991 roku babcia zniszczyła całe swoje archiwum. Nie chciała, żeby obcy ludzie czytali jej papiery, listy mojej matki. Była niesłychanie uparta i nie dawała sobie nic powiedzieć. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych moja kuzynka wyemigrowała do Izraela, nie miała w związku z tym żadnych dokumentów, a historię rodziny znała tylko z opowieści ciotki. W Ministerstwie Imigracji i Absorpcji oznajmiła jednak z dużą pewnością siebie, że przysługuje jej obywatelstwo izraelskie, bo pochodzi z rodziny Schneersohnów. Wymieniła tylko parę nazwisk, parę imion. Istotnie, nie musiała niczego udawadniać i trzy dni później miała obywatelstwo w kieszeni. A ja po przełomie nie zdążyłam już zobaczyć się z babcią, przyjechałam do Moskwy kilka miesięcy po jej śmierci. I do dzisiaj mnie to boli, bo ona była dla mnie drugą matką. Ja też ją nazywałam mama, mama Ida.

Naszą przeprowadzkę z Nowego Jorku do Moskwy przyjęłam zupełnie normalnie, nie był to dla mnie psychiczny wstrząs. Przeżyłam natomiast inny szok – klimatyczny. Przez ponad rok bezustannie chorowałam, czepiały się mnie straszne anginy i grypy, przeszłam wszystkie choroby dziecięce ze szkarlatyną włącznie. Ale pomijając tę zdrowotną nadwrażliwość, w pierwszych lata w Moskwie miałam też inne niemiłe przeżycia. Był to już okres zimnej wojny. Wyświetlali wtedy w kinach film, którego ja sama nie widziałam, ale wszędzie wisiały plakaty: Yankee. Dzieci, z którymi się bawiłam, przezywały mnie Yankee, Yankee! Nie miałam pojęcia, o co chodzi. Od tych dzieci na podwórzu dowiedziałam się zresztą wielu innych rzeczy. Kiedyś na przykład zapytały mnie, czy wiem, że moja mama, babcia i ciotka to Żydówki. Nie widziałam zupełnie, co to znaczy, ale pomyślałam sobie, że na pewno coś strasznego. Przybiegłam zapłakana do domu – „Czy to prawda, czy to prawda?” Były jakieś rozmowy, których już dokładnie nie pamiętam, coś mi wyjaśniano. W każdym razie na tyle skutecznie, że na jakiś czas przestało mnie to zajmować.

Poza tym w domu w ogóle mało się rozmawiało, ani na żydowskie tematy, ani na inne, bo dorośli bardzo się bali. Aresztowania, wyroki, znikanie ludzie – to wszystko musiało należeć do codzienności. Tę rodzinną historię z Lubawiczami poznałam fragmentarycznie dopiero w latach siedemdziesiątych, ale i wtedy musiałam długo i uporczywie wypytywać babcię, żeby czegokolwiek się dowiedzieć. Najwidoczniej strach zakorzenił się w niej bardzo głęboko, a chodziło przecież o jej żydowską, religijną rodzinę, a więc szczególne tabu. Moja mama była ateistką, ojciec był chyba areligijny. Temat religii czy Boga w domu ogóle nie istniał. Wiedzę o judaizmie zdobywałam sama, już o wiele później. Może tylko zostały mi w pamięci jakieś niewielkie okruchy, jakieś parę zdań ciotki, siostry babci, jakieś opowiadania o dzieciństwie. To było wszystko.

Ważną osobą w moim dzieciństwie był mój przyszywany dziadek. Chorował na serce, ale dopóki jeszcze miał siły, co niedzielę zabierał mnie na wycieczki po Moskwie. Chodziliśmy po muzeach, wszystko mi pokazywał, objaśniał, opowiadał. Byliśmy oczywiście w słynnej Galerii Tretriakowskiej, ale nie tylko tam. W 1955 roku odwiedziliśmy Muzeum Sztuk Pięknych im. Puszkina, gdzie właśnie pokazywano wystawę ze zbiorów Galerii Drezdeńskiej. Zobaczyłam wtedy „Madonnę Sykstyńską” i inne wspaniałe obrazy. Wszystko to robiło na mnie niesłychane wrażenie.

Ale i samo muzeum ma swoją osobną historię. Jego założycielem w 1912 roku był ojciec Mariny Cwietajewej. Początkowo wystawiano tam repliki rzeźb antycznych i włoskiego renesansu, potem zgromadzono wspaniałe zbiory sztuki zachodniej, między innymi impresjonistów, zbiory wzbogacone oczywiście o zrabowane po rewolucji prywatne kolekcje, a potem o dzieła wywiezione po wojnie z Niemiec. Pod koniec lat czterdziestych w ramach „walki z kosmopolityzmem” stałą ekspozycję zlikwidowano i w tych pomieszczeniach urządzono „muzeum podarunków dla Stalina” na jego 70 urodziny. Był to skrajny wyraz kultu jednostki w iście bizantyjskim stylu – zgromadzono niezliczoną ilość portretów Stalina w oleju na płótnie, na papierze, a nawet gobelinów i innych podobnych przedmiotów. Dopiero po jego śmierci powróciły tam zbiory malarstwa i wtedy też chodziłam tam z dziadkiem. Kiedy byłam trochę starsza, brałam udział w seminariach, które w tym właśnie muzeum dla młodych ludzi zainteresowanych malarstwem i rzeźbą organizował i prowadził historyk sztuki Igor Gołomsztok. I jak to życie się plecie! Wiele lat później już na Zachodzie przeczytałam jego książkę na temat sztuki w systemach totalitarnych. Porównuje w niej twórczość artystyczną w państwach Stalina, Hitlera, Mao i Mussoliniego. To niezwykle interesująca analiza.

W tamtych dawnych czasach zwiedzałam z dziadkiem jeszcze muzeum Tołstoja, muzeum Czechowa i wiele innych. Te dydaktyczne wycieczki trwały chyba aż do momentu, kiedy skończyłam 14, 15 lat, może nawet trochę dłużej. Wszystkie niedziele spędzaliśmy we dwoje, tylko on i ja. Byłam jego pierwszą wnuczką – chociaż nie rodzoną – ale jednak pierwszą. Kiedy urodziła się moja kuzynka, a potem kuzyn, dziadek był już schorowany. A ja zawdzięczam mu wspaniałe chwile moich wczesnych lat, które z pewnością mocno mnie ukształtowały.

Innym bardzo ważnym elementem mojego dzieciństwa, a także mojego późniejszego życia w Rosji była nasza dacza. Kupili ją dziadkowie w 1936 roku w miejscowości Stancja Czeluskinskaja, 25 kilometrów od Moskwy. Nie była to prywatna własność, ale kooperatywa, coś w rodzaju spółdzielni, jak wszystkie inne dacze. Ich prywatyzacja nastąpiła dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Konkretni ludzie nie byli więc właścicielami samego gruntu, czasem komuś udało się sprzedać jakiś lepszy dom, ale i wtedy kupujący musiał stać się członkiem spółdzielni. Była to taka własność i nie-własność jednocześnie. Wszystko to brzmi dość skomplikowanie, ale dacza należy do rosyjskiego życia jak wódka.

Nasza dacza to był po prostu kawałek lasu z malutkim drewnianym domkiem – trzy małe pokoiki, cieniutkie ściany i jeden mały piecyk. Zimą w ogóle nie można tam było przebywać, ale za to latem zjeżdżały się wszystkie dzieci, również dzieci sióstr mojej babci. Wszyscy wyrośliśmy na tej daczy. Miałam wówczas bardzo bliską koleżankę, Olę Karpową, z którą przyjaźniłam się aż do skończenia szkoły. Dzisiaj mieszka w Anglii i niezbyt dobrze się jej powodzi, żyje z pomocy socjalnej, a jej starsza córka wstąpiła tam do prawosławnego klasztoru. W latach pięćdziesiątych rokrocznie całe lato spędzałyśmy na naszej daczy. Przeżyłam tam wspaniałe, niezapomniane chwile. Dzisiaj na naszej daczy mieszka moja ciotka, która odnajęła swoje mieszkanie w Moskwie i przeniosła się za miasto. Mieszka oczywiście w nowym domu. Tamtego starego, małego domku dawno już nie ma.

Do szkoły w Moskwie zaczęłam chodzić dopiero w niecały rok po przyjeździe, mając prawie osiem lat. W pierwszych klasach wszystkich przedmiotów uczyła nas jedna nauczycielka, która mnie bardzo lubiła i okropnie martwiła się, że mówię po rosyjsku z angielskim akcentem. Wysyłała mnie nawet do logopedów. Dzieci na podwórku też mnie trochę przedrzeźniały. Ale minęło to bardzo szybko. Moja szkoła była normalna, zupełnie przeciętna. Od pierwszego do ostatniego dnia, aż do matury, chodziłam do tej samej szkoły i tej samej klasy. Poziom był dość wysoki i wyrównany, mieliśmy paru bardzo dobrych nauczycieli. Jednym z nich był Georgij Izrailewicz Goder, niezwykle zasłużony i znany nauczyciel historii, znakomity pedagog i metodyk. Zobaczyłam się z nim jeszcze raz o wiele później, kiedy w latach dziewięćdziesiątych odwiedziłam Moskwę. Moje dawne koleżanki szkolne spotykają się z nim do dzisiaj, chociaż jest już starym człowiekiem. Bardzo go wszystkie lubiłyśmy. Z początku moja szkoła była przeznaczona tylko dla dziewcząt, wspólne szkoły dla dziewcząt i chłopców stworzono dopiero po śmierci Stalina. Przed wojną, po liberalnych reformach wszystkie szkoły były koedukacyjne. To interesujące – rosyjscy despoci, czy to Stalin, czy Putin, mają szczególne upodobanie do porządków jak za cara.

W Związku Sowieckim dzieciom od najmłodszych lat wpajano ideologię. Za moich czasów trzeba było na przykład deklamować wyuczone na pamięć wierszyki na cześć Stalina. Działała organizacja pionierów, do których zresztą ja sama chciałam należeć. Dzisiaj wiem, że to prosty mechanizm psychologiczny, bo żadne dziecko nie chce pozostawać z boku, na marginesie. A ja miałam dziewięć lat, kiedy przystąpiłam do pionierów. Pamiętam jeszcze przyrzeczenie: Ja, junnyj pionier Sojuza Sowietskich Socjalisticzieskich Respublik, piered licom swoich towariszczej torżestwienno obieszczaju... stojat’ za dieło Lenina, Stalina. Później, mając 14 lat, zostałam przyjęta do Komsomołu. Na tym jednak skończył się mój romans z organizacjami w tym państwie, chociaż moja dojrzałość polityczna miała nadejść nieco później.

W szkole nie miałam żadnych kłopotów, byłam bardzo dobrą uczennicą i zdałam maturę ze złotym medalem. Niewiele mogę powiedzieć o tym dla mnie spokojnym i raczej beztroskim okresie. Nawet jeśli nie wspominam dzieciństwa jako szczególnie szczęśliwego okresu, to przecież było ono – mówiąc po niemiecku – behütet, prawie jak w cieplarni. Ale kilka szczególnych wydarzeń zapadło mi w pamięć. Chodziłam do pierwszej klasy, była wiosna 1952 roku. Potem okazało się, że właśnie wtedy Stalin ostatni raz pojawił się na paradzie na Placu Czerwonym. Jak zwykle wysłano tam mnóstwo dzieci, które partyjnym prominentom wręczały kwiaty. Wybierano je ze wszystkich moskiewskich szkół – dziecko musiało nieźle wyglądać i dobrze się uczyć. I ja też zostałam wybrana do tej zaszczytnej grupy. Niestety zachorowałam, znowu przyplątała się jakaś grypa czy angina. I w ten sposób nie udało mi się być tą ostatnią, która wręczała kwiaty Stalinowi.

Mam jeszcze jedno wspomnienie z czasów stalinowskich – musiał to być 1952, a może 1953 rok. Mój ojciec wybierał się na lotnisko przywitać jakąś zagraniczną delegację i wziął mnie z sobą. Dla mnie było to duże przeżycie – przejechać się samochodem na lotnisko i zobaczyć to wszystko. Jechaliśmy jedną z wielkich moskiewskich ulic, nie w samym centrum, tylko nieco na uboczu. Do dzisiaj nazywa się ona Leninskij Prospekt. W tym czasie powstawał tam kompleks budynków, który potem stał się bardzo znany, i cała magistrala była jednym wielkim placem budowy. Kiedy wiele lat później, już w latach sześćdziesiątych, przeczytałam powieść Sołżenicyna „W krugie pierwom, czyli „Krąg pierwszy”, w której jest mowa o zekach pracujących na tej budowie, zrobiło mi się strasznie wstyd. Pomyślałam sobie, że być może w tym samym czasie, kiedy Sołżenicyn tam ciężko harował, ja jechałam sobie z ojcem samochodem na lotnisko.

Pamiętam też śmierć Stalina. Było strasznie zimno, początek marca. Jego zwłoki wystawiono publicznie, tak żeby wszyscy mogli go zobaczyć i pożegnać. Przyjechało mnóstwo ludzi z prowincji. Naszą ulicą, która prowadziła bezpośrednio od jednego z moskiewskich dworców do centrum, ciągnęły niezliczone tłumy, ludzie szli i szli, bez końca. To właśnie najbardziej utkwiło mi w pamięci – ciemność, zimno i tłumy tych ludzi, którzy szli pożegnać Stalina. Oczywiście było mi trochę smutno, bo odnosiłam wrażenie, że wszyscy dookoła byli smutni. Dzieci miały chyba cały tydzień wolny, szkoły były pozamykane. Z domu nie pamiętam żadnych komentarzy rodziców. Myślę, że oni po prostu się bali.

Jako dziecko musiałam chyba wyczuwać wszechobecność strachu. Mówiono mi na przykład, że nikomu i nigdzie nie wolno powtarzać tego, co usłyszę w domu. Ten powszechny lęk tworzył szczególną atmosferę, coś wisiało w powietrzu, zarazem był czymś oczywistym i przynależącym do porządku świata. Pamiętam, pewnego letniego dnia na stacji kolejowej tej podmoskiewskiej miejscowości, gdzie mieliśmy daczę, zobaczyłam pociąg ze „stołypinowskimi” wagonami, w których transportowani byli więźniowie. Moje pytania dorośli zbyli jakąś nieistotną odpowiedzią. Ale ten obraz utkwił mi w pamięci, chociaż o wiele później dowiedziałam się, co się za tym kryło. Dopiero kiedy zaczęłam samodzielnie myśleć, zrozumiałam, że w latach pięćdziesiątych, latach stalinowskiego terroru, dorośli strasznie się bali. Ojciec może najmniej. Chyba dlatego był nieostrożny i miał potem nieprzyjemności, wyrzucono go z pracy. Na szczęście wtedy już nie wszystkich wsadzali do więzienia, było to po śmierci Stalina.

Nastał rok 1956, który przyniósł tak zwaną destalinizację, zaczęły się rehabilitacje. Jeden mały epizod zrobił na mnie wtedy niesłychane wrażenie, do dzisiaj niezwykle żywo to pamiętam. Moja matka miała szkolnego kolegę, który w 42 albo 43 roku został aresztowany. Chodziło o tak zwany testament Lenina, słynny list z charakterystyką wszystkich członków biura politycznego partii. W późniejszych latach ten dokument zawierający ostrą krytykę Stalina zniknął, oficjalnie przestał istnieć, ale krążył w odpisach i wpadł w ręce koledze mojej mamy. Ów człowiek przeczytał list i opowiedział o nim swojemu najlepszemu przyjacielowi. Kilka dni potem został aresztowany i dostał bodaj dziesięć lat łagru, bo taki był wtedy najniższy wyrok. O tym wszystkim dowiedziałam się zresztą o wiele później. Wówczas w latach pięćdziesiątych przyszłam właśnie ze szkoły do domu, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłam. Na progu stał jakiś nieznany mi człowiek, którego nigdy w życiu nie widziałam. I zapytał, czy Inna Wasiliewna, moja matka jest w domu. Odpowiedziałam, że jej nie ma. A Ida Gienrichowna, moja babcia? Babcia właśnie podeszła. Spojrzałam na nią i przeraził mnie wyraz jej twarzy. Tak musiały chyba wyglądać kobiety opisane w ewangelii, kiedy spostrzegły, że grób Jezusa jest pusty. Zmartwychwstanie. Babcia ujrzała kogoś, kto właściwie nie powinien już żyć. I to zdumienie pomieszane z przerażeniem malowało się na jej twarzy. Nigdy tego nie zapomnę. Wówczas człowiek ten przyjechał w odwiedziny. Nigdy już nie wrócił do Moskwy, po zwolnieniu został na Syberii, gdzie podjął pracę jako geolog. A pod koniec lat osiemdziesiątych był jednym z założycieli „Memoriału” na Syberii.

Tak, miałam poczucie, że jesteśmy uprzywilejowani. Niektóre koleżanki ze szkoły pochodziły z naprawdę biednych rodzin i to było widać. Ponieważ byłam dobrą uczennicą, nauczycielka poleciła mi pomagać koleżance w odrabianiu lekcji. Babcia wtedy powiedziała: „Dobrze, ale musisz przyprowadzić ją do nas do domu”. A ja myślałam, że tego mi robić nie wolno. Dopiero później zrozumiałam, dlaczego babcia ją zapraszała – u nas przynajmniej mogła zjeść razem z nami obiad. W tym sensie oczywiście wiedziałam, że lepiej się nam powodzi. Ponadto wiele, chyba nawet większość koleżanek z mojej klasy nie miała ojców, bo zginęli na wojnie. Ja miałam. Nie mieszkaliśmy w tak zwanym komunalnym mieszkaniu, w którym musieli cisnąć się zupełnie obcy sobie ludzie. U nas mieszkała tylko nasza rodzina. Wprawdzie mieszkanie nie było zbyt duże, ale czuliśmy się u siebie.

Kiedy dzisiaj wspominam szkołę, często zastanawiam się, dlaczego tam w ogóle nie pojawiał się antysemityzm. I właściwie nie znajduję odpowiedzi. Nasza klasa była bardzo mała, to był najmniej liczny rocznik, chodziło do niej 32 uczniów, a siedmioro albo ośmioro z nich było pochodzenia żydowskiego. Nigdy, przez wszystkie te lata w szkole ani razu nie usłyszałam żadnej antysemickiej uwagi. Może ktoś inny coś takiego przeżył, ale ja – nie. Przy tym była to zupełnie normalna, zwykła szkoła. Dzieci z podwórka, które mi wyjawiły, że mama jest Żydówką, mieszkały w tym samym domu, gdzie te niedobitki z Kominternu. Ale, o ile sobie przypominam, było to powiedziane raczej w formie informacji, uświadomienia, bez jakichkolwiek antysemickich podtekstów. W tym domu mieszkali jednak też inni ludzie, jakieś sprzątaczki z Kominternu. Podobno wcześniej dochodziło tam do różnych niemiłych scen. Babcia opowiadała, że w październiku 1941 roku, kiedy Niemcy stali pod Moskwą, jakaś kobieta im powiedziała: „Jeszcze parę dni i będziecie wisieć na drzewie. Niemcy się już tym zajmą”. A potem, po wojnie codziennie spotykały się na tym samym podwórku.

Zresztą również w dorosłym życiu nigdy nie zetknęłam się z antysemityzmem skierowanym przeciwko mnie. Widać miałam „dobry wygląd i dobre nazwisko” – jak mawiała pani Gomułkowa, którą ostatnio przywołał Jan Tomasz Gross. Ale już moja ciotka, niewiele ode mnie starsza, opowiadała, że kiedy szukała pracy, niejednokrotnie słyszała wprost: „Przyjmujemy tylko blondynki”. Zdawałam więc sobie sprawę, że antysemityzm istnieje. Pamiętam też jeden wypadek. Miałam może 16 lat, jechałam tramwajem. Jakiś człowiek zaczął wykrzykiwać antysemickie uwagi o starszym panu, który też siedział w tramwaju. Wtedy wtrąciłam się w obronie. Tamten nie mógł odpowiedzieć mi typowo rosyjską obelgą: „Ty żydowska mordo!”, bo ja tak nie wyglądałam. Ten drugi człowiek też nic nie mógł wiedzieć. Powiedział tylko uprzejmie: „Dziękuję pani!”

Co do mojej żydowskości w jakimś momencie sytuacja stała się naprawdę schizofreniczna. Kiedy skończyłam 16 lat, musiałam jak wszyscy moi rówieśnicy złożyć wniosek o dowód osobisty. W sowieckich dokumentach tożsamości figurowała rubryka „narodowość”, wprowadzona w 1926 roku i określana jako słynny „piąty punkt”. W języku obiegowym „piąty punkt” oznaczał tak naprawdę żydowskie pochodzenie. Nie mówiło się, że ktoś jest Żydem, wystarczało nadmienić: „Piąty punkt”. Rubryka ta oczywiście ułatwiała antysemickie represje władz. Ja byłam pół-Rosjanką, bo mój ojciec był Rosjaninem. Ale kiedy miałam już dostać dowód osobisty, oznajmiłam w domu, że w rubryce „narodowość” zamierzam wpisać – „żydowska”. To była prawdziwa katastrofa. Przez wiele dni rodzice wyjaśniali mi, o co chodzi, i przekonywali, że nie należy tego robić. A mnie właśnie wówczas zaczęło interesować żydowskie pochodzenie. Rodzice byli jednak twardzi i w końcu postawili na swoim.

Inne problemy wiązały się z moim miejscem urodzenia. Rodzice powiedzieli mi o tym wprost – bali się, że będę miała w życiu nieprzyjemności, a może i poważne kłopoty, bo urodziłam się w Stanach Zjednoczonych, a to może wydać się komuś bardzo podejrzane. Mój ojciec wykorzystał wtedy swoje dawne znajomości. Kiedy pracował w Nowym Jorku, sowieckim ambasadorem w Ameryce był Andriej Gromyko, który potem został ambasadorem przy ONZ. W każdym razie ojciec znał go z tamtych czasów. Pod koniec lat pięćdziesiątych, kiedy miałam dostać dowód osobisty, Gromyko był już ministrem spraw zagranicznych, który to urząd pełnił zresztą przez 28 lat. Ojciec skontaktował się z nim i w majestacie jego przyzwolenia wydano mi nowiutką metrykę, a zniszczono starą, z „niewłaściwym” miejscem urodzenia. Wydało mi się to dość zabawne, bo data wydania metryki była tylko o parę dni wcześniejsza od daty wystawienia dowodu. Po latach, kiedy już wylądowaliśmy w Wiedniu i poszłam do ambasady amerykańskiej, żeby zalegalizować moje nabyte przez urodzenie obywatelstwo, trzeba było najpierw sprowadzać autentyczną metrykę z Nowego Jorku. W tej nowej, sfałszowanej wpisano mi miejsce urodzenia – Moskwa. Pierwszy sowiecki dowód osobisty dostałam więc jako urodzona w Moskwie Rosjanka. Pod każdym względem wszystko było w jak najlepszym porządku.

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 30.06.2008