Czy bitwa pod Cedynią była pod Cedynią?

Ten tytuł jest mocno prowokujący, ale wśród historyków rzeczywiście istnieją na ten temat rozbieżności. O samej bitwie wiadomo tylko, że się odbyła, a jedyne źródła historyczne to zaledwie krótkie zdanie w kronice biskupa Thietmara (syna grafa Zygfryda, który u boku margrabiego Hodona zmierzył się z wojskami Polan) oraz jeszcze krótsze w dziele Brunona z Kwerfurtu. Poza tym mamy same niewiadome, począwszy od tak fundamentalnych kwestii, jak nazwa grodu i imiona bohaterów. Jak pisze prof. Jan M. Piskorski w „Pomorzu plemiennym” (Poznań - Szczecin 2002), walczył tam nie Czcibor, lecz Zdzibor, bo to bardziej pasuje do reguł transkrypcji łacińskiego zapisu Cidibor. Wydarzenie z 972 roku naukowiec ten określa nie jako bitwę, lecz potyczkę, którą „polska powojenna historiografia utożsamiła niemal na dobre z dzisiejszą Cedynią koło Chojny, mimo iż jest to tylko jedna z hipotez roboczych. Sidzina czy Siedzina względnie Szczytno lub Sitno, bo właściwie tylko tak odczytać można zapis Cidini, znajdowała się raczej, jak wynikałoby z kontekstu sytuacji politycznej na pograniczu polsko-lucicko-niemieckim w X w., gdzieś na środkowym Połabiu, w każdym razie bardziej ku południowi, na granicy polsko-łużycko-niemieckiej, może na ziemi Sprewian, gdzie państwo polańskie prowadziło od początku bardzo aktywną politykę” - pisze Piskorski. Poza tym Thietmar w swym opisie bitwy nie wspomniał w ogóle o rzece, a przecież wojowie Hodona i Zygfryda musieliby przekraczać ją dwukrotnie i miałaby ona dla przebiegu walk wielkie znaczenie strategiczne.
Według innych badaczy nasza Cedynia leży za bardzo na północy, a poza tym w okolicy było wówczas dużo słowiańskich wsi o nazwach Zithen lub Sithen. Z powodów językowych odrzuca utożsamianie Cidini z Cedynią słynny filolog i historyk Aleksander Brückner. „W sumie zatem nie bardzo widać możliwość powiązania Siedziny z 972 r. z dzisiejszą Cedynią” - podsumowuje prof. Piskorski.

Skąd więc te szczegółowe opisy przebiegu bitwy, skoro w źródłach historycznych istnieją o niej tylko dwa krótkie zdania? Cóż, reszta jest interpretacją, wyobrażeniem i fantazją, przemieszaną nierzadko z propagandą, która wrosła w naszą mentalność głębiej niż się wydawało. Jak sarkastycznie reasumuje Piskorski, „wątpliwości odnośnie do Cidini skończyły się wkrótce po 1945 r., kiedy w nowej powojennej rzeczywistości polskiej mit Cedyni, gdzie Mieszko I i jego brat bronili rzekomo Polski przed niemieckim Drang nach Osten, okazał się na tle użyteczny, że zaczął, jak to często bywa, żyć własnym życiem, odrywając się od podstawy źródłowej. Na pięknym wzgórzu pod Cedynią postawiono pomnik z orłem polskim patrzącym ku zachodowi, a sama Cedynia urosła do rangi symbolu, narodowego tabu, zwłaszcza że obok - w Siekierkach - znajduje się wielki cmentarz żołnierzy polskich, którzy forsowali Odrę, aby wraz z radzieckimi sojusznikami wziąć udział w szturmie Berlina w 1945 r.”.

Co na to cedynianie?

Czy cedynianie mają w związku z tym zapomnieć o bitwie? Oczywiście, że nie! W Polsce wszystkim Cedynia kojarzy się z tamtym wydarzeniem i niech tak zostanie. Rację mają ci, którzy uważają nawet, że bitwa może być świetnym „produktem promocyjnym”, reklamującym gminę na zewnątrz. Ale pod jednym warunkiem: że władze gminy, dom kultury, miejscowe szkoły i stowarzyszenia zaangażują się w oczyszczanie bitwy z dotychczasowych fałszów i naleciałości politycznych, propagandowych, ksenofobicznych. Konieczne jest wykorzystanie najnowszych wyników badań historycznych (a także sięgnięcie do starych, lecz przez kilkadziesiąt lat przemilczanych z powodów ideologicznych), a przede wszystkim zdrowy dystans bez narodowo-patriotycznego zadęcia. Bo dzisiaj tradycyjny, daleki od prawdy mit bitwy pod Cedynią jest nam zupełnie nieprzydatny do wzmacniania współczesnego patriotyzmu oraz dojrzałej tożsamości narodowej i regionalnej. Fałszywy mit może naszą tożsamość co najwyżej zniekształcić i osłabić.
Do tej pory Cedynia radzi sobie z tym różnie. Zdarzają się w ostatnich latach imprezy pod hasłami z zupełnie zamierzchłej przeszłości, np. „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem”. Innym kuriozum były marcowe obchody „odzyskania niepodległości przez gminę Cedynia”. Trudno także uznać za fortunne hasło z ostatnich Dni Cedyni: „Goreją wici wojenne na Wzgórzu Czcibora”. Miało się wrażenie, że jego autorem jest klan Giertychów albo Młodzież Wszechpolska. Zresztą kilka lat temu obchody rocznicy bitwy przyciągnęły już pod Górę Czcibora jedną z nacjonalistyczno-faszystowskich polskich organizacji. Przedstawiciele takiego politycznego folkloru bardzo cieszą się, gdy słyszą o „powrocie Polski na prastare ziemie piastowskie” albo o „powrocie Cedyni do macierzy”. Tylko czy jako gospodarze musimy sami dobrowolnie karmić ich tymi banialukami, robiąc przy okazji wodę z mózgu zwykłym mieszkańcom?

Gdzie Cedynia ma swoją szansę?

Przypomnę co pisałem w nr. 14 „GCh” z 2006 roku w tekście „Jak to z bitwą pod Cedynią było”: „Żadna ze stron nie broniła wówczas swych rdzennych ziem. Był to obszar ostrej rywalizacji - bardziej polsko-pomorskiej i niemiecko-pomorskiej niż polsko-niemieckiej. Głównym stereotypem historycznym, jakiemu ulegliśmy w PRL-u pod wpływem ówczesnej propagandy, jest mit o odwiecznej i nieustannej wrogości Polski i Niemiec, a bitwa pod Cedynią miała być koronnym dowodem na to. Stereotyp ten funkcjonuje do dziś. Tymczasem tak naprawdę cedyńska bitwa była wtedy bardziej wyjątkiem od reguły niż regułą. Pierwsi polscy władcy częściej i bardziej krwawo walczyli z bratnimi Słowianami (m.in. o Pomorze Zachodnie), nierzadko w przymierzu z Niemcami. Nie było w średniowieczu jednolitego i stałego frontu germańskiego skierowanego przeciw Słowianom, choćby dlatego, że zarówno Niemcy, jak i Słowianie byli wewnętrznie bardzo podzieleni i zwaśnieni. Wspólne interesy łączyły Piastów z panami saskimi. Sojusze te przejawiały się m.in. w polsko-niemieckich małżeństwach Piastów. Historyk Kazimierz Myśliński twierdzi nawet, że tylko dzięki swoim związkom z margrabiami udało się książętom obronić suwerenność państwa polskiego”.

Bitwa pod Cedynią - to dobry punkt wyjścia dla różnych interesujących przedsięwzięć i pomysł na autentyczną, nienaznaczoną zafałszowaniami kotwicę tożsamości regionalnej. Chodzi jednak o to, by zaprzestać doszukiwania się czystości etnicznej i prapolskości tych ziem (bo się tego nigdy nie znajdzie), lecz wręcz przeciwnie: skupić się na kresowości, a więc postrzeganiu tego regionu jako wieloetnicznego i wielokulturowego tygla. Średniowieczne dzieje Cedyni i okolic, jak i Pomorza były burzliwe, ale i bardzo ciekawe. Aktorami na historycznej scenie byli Pomorzanie, Polanie (fatalnym błędem jest utożsamianie obu tych grup), Wieleci (Lucice, Lutycy), margrabiowie niemieccy (choć tak naprawdę nie było wówczas jeszcze narodu niemieckiego), cesarstwo, Kościół, templariusze, Krzyżacy, joannici, Szwedzi, Duńczycy itd. Spróbujmy zrobić zaletę i dobrą markę z tego, co wcześniej było postrzegane jako słabość tych terenów i wstydliwie przemilczane lub zamazywane. Bo kresowość to różnorodność, wzajemne kulturowe wzbogacanie się (tak jak na dawnych polskich Kresach Wschodnich). Jest to doskonały temat na polsko-niemieckie konferencje, jak również na duże, międzynarodowe widowiska historyczne z rekonstrukcją bitwy włącznie.

Ale o przyciągnięciu lub zniechęceniu zagranicznych (i polskich) uczestników zdecydować może właśnie ideowy sztafaż: czy będzie on wielokulturowo-europejski, czy nacjonalistyczny i zaściankowo-ksenofobiczny?

"Gazeta Chojeńska" nr 32-33 z 7.08.2007