Co osłabia patriotyzm, a co go wzmacnia?


Zbliża się do końca dyskusja na łamach "Gazety Chojeńskiej", zapoczątkowana moim artykułem "Czy bitwa pod Cedynią była pod Cedynią?" (nr 32-33 z 7 sierpnia). Ciekawostką jest, że tekst ten czekał aż rok na publikację, bo stale wypychany był przez bieżące aktualności. Tymczasem okazało się, że bitwa pod Cedynią to temat również bardzo aktualny (przynajmniej dla niektórych), a dowodem jest najdłuższa debata w historii gazety. Cieszę się, że Sławomir Błęcki (mój główny polemista) zdecydował się na publiczną polemikę, zwłaszcza że jego riposta sprowokowała do napisania innych. Smuci mnie natomiast, że swą polemikę rozpowszechniał z histerycznym komentarzem, insynuując mi ciągoty cenzorskie (tak interpretował tygodniową zwłokę w publikacji jego bardzo długiego tekstu), a tezy mego artykułu łącząc ze... zjazdem niemieckich wypędzonych i ich roszczeniami wobec Polski.

Głównym wątkiem mojego pierwszego artykułu była następująca myśl: na zmitologizowanej historii, fałszywych symbolach i stereotypach nie da się budować ani dojrzałego patriotyzmu, ani zdrowej tożsamości narodowej i regionalnej. Jednym z takich symboli jest bitwa pod Cedynią. Podważając narosłe wokół niej stereotypy i odrzucając ewidentne fałszywe wyobrażenia, wcale nie czuję się gorszym Polakiem.
Jakby na poparcie moich tez, Janusz Tazbir we wstępie do książki "Polska na przestrzeni wieków" napisał: "Od paru już generacji naszym spojrzeniem na dzieje dawnej Polski rządzi wiek XIX, kiedy to pewnych rzeczy nie należało pisać, aby nie dawać zaborcom propagandowego oręża do ręki". Pisze też dalej, że naczelnym zadaniem polskiej humanistyki, a w szczególności historiografii, jest "burzenie mitów, troskliwie pielęgnowanych i bronionych przez cały wiek XIX".

Nie lokalizacja jest ważna

Jest faktem, że wśród badaczy nie ma jednomyślności w kwestii lokalizacji bitwy. W świeżutkiej "Historii Polski do 1586 r." H. Samsonowicz pisze, że "nie jest do końca pewne, czy grodem, pod którym została stoczona bitwa, była Cedynia", choć dodaje, że to najbardziej prawdopodobne. Z takimi wątpliwościami muszą nauczyć się żyć nie tylko cedynianie, ale wszyscy Polacy, podobnie jak z tym, że nie jest pewne, czy prastara Calisia to Kalisz. Ale dzięki takim niejasnościom można nabrać zdrowego dystansu do tego, co - wydawałoby się - stałe, niezmienne, odwieczne. I - jak już pisałem - taki zdrowy dystans bez narodowego zadęcia przydałby się podczas obchodów rocznicy bitwy pod Cedynią. Wybór formy tych obchodów to nadal wyzwanie dla gospodarzy Cedyni.

Ale odsuńmy na bok wątpliwości i przyjmijmy, że Mieszko walczył z Hodonem pod "tą" Cedynią. Chodzi mi przede wszystkim o język i wyłaniający się z niego obraz ówczesnego świata: przeciwstawianie naszych "odwiecznych" wrogów - Niemców z broniącymi przed nimi swych prastarych terenów Polakami. Tu idzie już nie o historię, ale o nas - współczesnych Polaków: jak chcemy postrzegać świat? Czy przez pryzmat dobrej współpracy z sąsiadami, czy raczej notorycznej rywalizacji, konfliktów i nienawiści? Co rusz, także ostatnio, stereotypy antyniemieckie wykorzystuje się z wielkim cynizmem do walki politycznej, bo tym nadal można zyskać wyborców. Czyni to spustoszenia w umysłach ludzi, którzy zamiast przyjęcia postawy otwartej, zaangażowanej w autentyczną, a nie wydumaną rzeczywistość dzisiejszej Europy i świata, okopują się i chowają za murem nieufności, podejrzliwości i lęku, zajmując się sprawami wyimaginowanymi. A lęk bierze się przede wszystkim z tego, co nieznane.

Zwycięstwo Mieszka nad Hodonem jest faktem, natomiast całokształt ówczesnych stosunków słowiańsko-polańsko-germańskich wyglądał zupełnie inaczej niż się potocznie uważa. Ta bitwa nie była niczym typowym między Piastami a Germanami, nie może więc funkcjonować jako symbol. A tak właśnie funkcjonuje - tyle że to symbol czegoś, czego nie było. Jak pisze angielski historyk - polonofil Norman Davies, "nieprawdziwa jest legenda o tysiącletniej niepohamowanej wrogości polsko-niemieckiej. O dominacji zdecydowanego wzajemnego konfliktu można mówić tylko w odniesieniu do jednego z dziesięciu stuleci historii. Na dekadach między rokiem 1870 a 1970 cieniem położył się ksenofobiczny nacjonalizm. Były one też świadkami jednych z najgorszych i najbardziej nieludzkich czynów w historii Europy. Nie można ich jednak uznać za typowe". Davies mówi też, podobnie jak wielu innych historyków, że polska granica zachodnia była najspokojniejszą z naszych granic w ponad 1000-letniej historii państwa polskiego, była też jedną z najspokojniejszych granic w całej Europie!
I właśnie o tym był mój tekst.

Z kim wojowali Piastowie

Mieszko I w 990 r. zdobył Śląsk, Wrocław, Opole i Kraków. Tak opisuje to Paweł Jasienica w "Polsce Piastów": "Uwagi i zadumy godne, że wojna o te kraje toczyła się tylko z Czechami, którym znowu przyszli na pomoc Wieleci, natomiast sprzymierzeńcami księcia polskiego byli Niemcy! I to nie jacyś pograniczni grafowie, działający na własną rękę, lecz cztery hufce ciężkozbrojnego rycerstwa wysłane przez cesarzową Teofano. O wszystkim tym zaświadczył Niemiec Thietmar, którego ojciec Zygfryd brał udział w owej wyprawie". A więc ten sam Zygfryd, którego Mieszko pobił pod Cedynią, potem pomagał mu w walce z Czechami!
Takich kłócących się z wyobrażeniami przykładów jest pełno. Mieszko I, zdobywając obecne nasze ziemie, walczył nie z Niemcami, lecz z mieszkającymi tu już Słowianami. W latach 967-72, gdy zbrojnie zajmował Pomorze Zachodnie, pokonał Wolinian i Redarów - też jak najbardziej Słowian. O Śląsk rywalizowaliśmy nie z Niemcami, a z Czechami, którzy go w XIV wieku w końcu przejęli. W latach 985-86 Mieszko bierze udział w wyprawach niemieckiego cesarza Ottona III przeciw Wieletom (czyli Słowianom połabskim). Potem Chrobry po 995 r. umacnia swe krótkie panowanie nad Pomorzem, współdziałając z Ottonem w bojach z Wieletami. 10 lat później Pomorzanie zrzucają piastowskie panowanie. W latach 1113-1122 Bolesław Krzywousty po krwawych walkach ponownie podbija Pomorze Zachodnie, rządzone przez słowiańskiego Warcisława, którego imieniem nazywamy dziś ulice, podobnie jak imieniem Krzywoustego. Kilka lat później Warcisław podejmuje próbę oderwania się od Polski i w porozumieniu z obodrzyckim słowiańskim księciem Henrykiem i niemieckim cesarzem Lotarem III najeżdża ziemie polskie. W 1181 r. Bogusław I złożył hołd cesarzowi Fryderykowi Barbarossie i od tego momentu jakakolwiek zwierzchność Polski nad Pomorzem Zachodnim skończyła się - aż do roku 1945.
Rzecz jasna rozmaite sojusze Piastów z Niemcami były przeplatane walkami i wojnami z nimi (tylko czy częstszymi niż z zachodnimi Słowianami?). Nierzadko było to na rękę dążącym do niezależności książętom pomorskim, którzy np. w 1005 r., wykorzystując walki Chrobrego z cesarzem Henrykiem II, oderwali Pomorze od państwa polskiego. Warto podkreślić: Polska straciła wtedy te ziemie nie dlatego, że odebrali je nam Niemcy, ale dlatego, że Pomorzanie zrzucili polską władzę. Widać więc wyraźnie, że nie było żadnego zwartego frontu słowiańskiego przeciw Germanom, bo obie strony były bardzo zwaśnione.

Historia i propaganda

Smutne, że dziś, w wolnej Polsce władza wróciła do manipulowania ustaleniami historyków, cenzurując szkolne podręczniki i odgrzebując dla doraźnych korzyści upiory przeszłości, siejąc paranoiczną nieufność do świata, która - co chyba najgorsze - z reguły idzie w parze z nieufnością do samych siebie. A takiej ufności i wiary w siebie nadal bardzo nam brakuje. Jak powiedział parę tygodni temu Norman Davies, "wasz stosunek do historii to dziwna mieszanina kompleksów, nieuzasadnionej dumy i pretensji do świata" i w efekcie Polska - zamiast być podziwiana - "staje się krajem śmiesznym".

Mocno nadinterpretując średniowieczne fakty, łatwo wejść w sferę faktów pozornych. Znamienny przykład występuje u Feliksa Konecznego, na którym opiera się Sławomir Błęcki. Koneczny pisze o księciu "Mieczysławie". Tak niektórzy odtworzyli podstawową formę zdrobnienia "Mieszko". "Mieczysław" wszedł nawet w XIX w. do polskiego kalendarza, ale później okazało się, że takiego imienia nigdy nie było, gdyż - jak pisze W. Kopaliński, jest to "potworek typologiczny i słowotwórczy, bo nie tworzono imion od nazw broni". Nie ma tu miejsca, by ciągnąć, w czym jeszcze mylił się Koneczny.

Historii niezbędny jest nowy duch

W "Tygodniku Powszechnym" 1 października ukazał się reportaż Michała Kuźmińskiego i Michała Olszewskiego o pograniczu. Jest też o Rejonie Pamięci Narodowej: "W Cedyni i okolicach widać jak na dłoni zmierzch dawnej narracji historycznej. Nie tylko Wzgórze Czcibora zarasta. W szpary pamiątkowego obelisku w Czelinie, tam, gdzie stanął w lutym 1945 r. pierwszy polski słup graniczny, wciskają się coraz grubsze trawy i chwasty. Na niedalekie muzea, upamiętniające krwawe forsowanie Odry pod koniec II wojny światowej, lepiej spuścić zasłonę milczenia. W Siekierkach i Gozdowicach można oglądać pomięte wycinki z gazet sprzed trzydziestu lat, pleśń, grzyb, spróchniałe ze starości dekoracje, pamiątkowe księgi zwalone na kupę i wystukane na maszynie napisy >>nie dotykać<<. Stare zdjęcia, wpisy wzruszonych turystów, pamiątki zlotów i marszobiegów, tarcze szkolne ułożone w kształt głowy orła albo w hasło: >>Nigdy więcej wojny<<. A przecież 50 km na południowy zachód, po drugiej stronie, w miejscowości Seelow, gdzie spoczywa kilka tysięcy żołnierzy radzieckich, pokazali, że można - bez zadęcia i nowocześnie, w budynku przypominającym wojskową ziemiankę. Odrobina dyskretnego oświetlenia, trochę odświeżonych zdjęć i odpowiednio eksponowanych mundurów, i historia znowu zaczyna mówić.
Cedynianki Sandra i Ola są w piątej klasie podstawówki, Patrycja w czwartej. Zapytane o bitwę pod Cedynią wertują pamięć, chwilę się spierają, czy rok dziewięćset, czy tysiąc dziewięćset. Ola ustala: 974 rok. Mieszko I. Ale z kim? Patrycja jest pewna, że ze Szwedami, i nie daje się zbić z tropu. Rozpaczliwie szukają w głowie wykutych na pamięć dat, faktów i formułek.
- Żeby bronić integralności ojczystych ziem - recytuje w pewnym momencie Ola. A były jeszcze jakieś inne działania wojenne w okolicy? Dziewczyny wiedzą, że w czasie II wojny światowej, że forsowanie Odry. A kto tę Odrę forsował? Konsternacja. I nieśmiała odpowiedź: - Niemcy..." - czytamy w "TP".

Epilog

Na koniec bardzo patriotyczna puenta, poważnie i bez ironii: Rewidowanie mitów i odfałszowywanie własnej historii nie tylko nie osłabiają świadomości narodowej, lecz wręcz przeciwnie: ogromnie ją wzmacniają! Dają też wewnętrzną siłę, która sprawdza się w praktyce, przy otwartych rozmowach z obcokrajowcami, a zwłaszcza z tak parzącymi naszą duszę nacjami, jak Niemcy i Żydzi. Dlatego tak ważne jest, byśmy likwidowali białe plamy własnej historii (jest ich nadal zaskakująco dużo). I znacznie lepiej, gdy robimy to samodzielnie, aniżeli gdy odkrywają je przed nami inni, nie zawsze życzliwi. Oparcie na faktach, bez podpierania się stereotypami, mitologią, legendami i ideologią, niezwykle zwiększa skuteczność polskich argumentów. Doświadczyłem tego wielokrotnie, dlatego gorąco polecam tę drogę innym.

„Gazeta Chojeńska” nr 45 z 06.11.2007