Polskie miasto Maczków - W niemieckim Haren...
Przez trzy lata niemieckie miasto Haren nazywało się Maczków. Miało polską administrację, administrację, szkoły, teatry. W zbiorowej pamięci wielu mieszkańców pozostał obraz ich krzywdy. Dokładnie zaś wytarto z niej obraz Polaków zwożonych tam wcześniej w bydlęcych wagonach i traktowanych jak podludzi.
Przez całą II wojnę światową ze wszystkich stron Europy jechały pociągi wypełnione ludźmi do Niemiec - do tzw. Emslandu (okręgi Haren, Lingen, Meppen, Aschendorf, Bentheim wzdłuż rzeki Ems), gdzie były przygotowane dla nich obozy. Wielu kierowano stamtąd do innych regionów - do niewolniczej pracy i obozów koncentracyjnych. Nawet gdy ze wschodu i zachodu zbliżał się już front. Zdecydowana większość zwożonych tam Polaków pochodziła z łapanek urządzanych na ulicach naszych miast. Pracowali dla III Rzeszy w rolnictwie, w zakładach przemysłowych, m.in. Kruppa, Bayera - dużo gorzej traktowani przez niemieckie wojsko i ludność cywilną niż niewolnicy pochodzący z Europy Zachodniej.
Kiedy wojska alianckie, razem z 1. Dywizją Pancerną i 1. Samodzielną Brygadą Spadochronową niebezpiecznie już zbliżały się do Emslandu, Niemcy zaczęli ewakuować robotników przymusowych i jeńców pędząc ich pieszo wiele kilometrów. Niektóre, jak pochód utworzony z 1600 więźniów obozu koncentracyjnego, były prawdziwymi marszami śmierci. Ludzie ginęli podczas nalotów, umierali z głodu i wycieńczenia albo od kul strażników.
* * *
W maju 1945 r. przebywało w Niemczech ponad siedem milionów robotników przymusowych, jeńców wojennych i więźniów obozów koncentracyjnych. Alianci utworzyli dla nich w zachodnich Niemczech setki obozów zbiorczych i szpitale, by potem zorganizować wszystkim powrót do ich krajów. Nazwali ich displaced persons (pop. dipisi). W Emslandzie przebywało po wyzwoleniu ok. 40 tysięcy dipisów, w większości Polaków. W połowie maja, 2. Korpus Kanadyjski postanowił uczynić tam polską enklawę za zgodą marszałka Montgomery,ego.
Kiedy do Emslandu zaczęli ściągać z różnych stron Polacy i zaczęło brakować dla nich miejsca, alianci postanowili wysiedlić ludność niemiecką. Z niektórych wiosek wyprowadzono wszystkich, z innych częściowo. Ewakuowano m.in. część osiedla Papenburg-Obenende, gdzie wprowadzono ok. 2500 naszych dipisów, mieszkańcom Obenende zaś pozwolono zamieszkać w oborach albo stajniach. Teraz oni musieli stawiać się w obozach dipisowskich do prac przymusowych, przy których pilnowali ich, do niedawna, ich niewolnicy. Zupełnie polskim miastem stało się z kolei Haren, nazwane Lwowem, potem Maczkowem - z administracją, urzędami, szkołami, teatrami, kościołem. Nawet ulice dostały tam nowe polskie nazwy. Niemcom nie wolno było przekraczać granic tego miasta.
Ale po jakimś czasie aliancki władze zaczęły się zastanawiać nad sensem tworzenia polskiej enklawy na terenie Niemiec, bo już rozmawiano z Moskwą w sprawie naszego kraju. Pojawiła się groźba powstania polskiej republiki w Niemczech z ok. 200 tysiącami mieszkańców, raczej wrogo nastawionych do komunizmu, chronionymi przez żołnierzy londyńskiego rządu emigracyjnego. I alianci wydali rozkaz wstrzymania następnych transportów Polaków do Emslandu...
* * *
O tym wszystkim pisze Andreas Lembeck, we współpracy z Klausem Wesselsem, w książce wydanej u nas w 2007 r., którą warto przypomnieć właśnie teraz.
„Wysiedlanie gmin emslandzkich, zajmowanie domów i mieszkań, wypędzenie które trwało kilka lat, nie mogło w oczach tamtejszych mieszkańców pozostawić dobrego wspomnienia. Ten fakt kształował i nadal kształtuje prawie całkowicie negatywny obraz displaced persons w oczach ludności emslandzkiej (...) W relacjach kronikarzy lokalnych często przejawia się sposób widzenia ukształtowany przez nazistowski wizerunek wschodnioeuropejskich „podludzi" i „barbarzyńców" - przypomina równie niemiecki autor.
Lembeck opisał nieznaną nam bliżej historię polskich dipisów, w oparciu o dokumenty archiwalne amerykańskie, angielskie i niemieckie. Przedstawił rzetelny opis wydarzeń rozgrywających się w okręgu emslandzkim, podważając m.in. prawdziwość odnotowywanych w tamtym czasie przez niemieckie służby czynów kryminalnych, jakich rzekomo dopuszczali się dipisi. Podkreśla, że „ obraz jaki się wyłania ze statystyk kryminalnych, sporządzonych przez urzędy landratowskie lub policję niemiecką, jest obrazem fałszywym". Tak naprawdę bowiem z różnych meldunków, sprawozdań, wyroków wojskowych sądów, wynika że poza kradzieżami żywności, nielegalnym handlem, rzadko dochodziło do aktów kryminalnych. Jednym z nielicznych udokumentowanych wypadków była próba linczu oficerów i żołnierzy na słynącym z okrucieństwa Gehringu, byłym komendancie obozu, czy podpalenie w powiecie Lingen domu nazisty Eilerta, z zemsty za śmierć polskiego jeńca.
To bardzo ciekawa lektura o ludziach, których wojna wyrzuciła na obce ziemie, którzy próbowali układać sobie normalne życie,stając się- nie z własnej przecież woli- na jakiś czas okupantami. Niemiecki autor ma nadzieję, że ta książka pozwoli jego rodakom spojrzeć inaczej na historię i ludzi, pozwoli przełamać stereotyp, umacniany do dzisiaj też przez intelektualne kręgi. To o dipisach Rudolf Augstein, wydawca opiniotwórczego „Der Spiegel" napisał we wstępie do wydania poświęconego latom powojennym w Niemczech, że byli ludźmi „zdziczałymi", przed którymi alianccy żołnierze bronili Niemców". Taki pogląd upowszechniają też niektóre prace naukowe. Wydaje się, że ten stereotyp niełatwo będzie przezwyciężyć. Nawet tak dobrej książce, jaką rzetelnie napisał Lembeck.
Delicious
Digg
Furl
Facebook
MySpace
Twitter
Google
Yahoo
Technorati