Ostatnie dni Pommern - Kogo wyzwoliła Armia Czerwona? (cz. II)

DO początków 1945 r. Pomorze bezpośrednio nie odczuwało konsekwencji trwającej na odległych frontach wojny. Jej okropności doświadczyli jedynie mieszkańcy stolicy prowincji – Szczecina i pobliskich Polic, systematycznie niszczonych nalotami dywanowymi przez alianckie lotnictwo. Błyskawicznie zbliżająca się Robotniczo-Chłopska Armia Czerwona miała już wkrótce pokazać przerażające oblicze trwającej od 1939 r. wojny. 
Cień propagandy
„W cichych miasteczkach „Gau-Pommern” zawrzało, jak gdyby ktoś kopnął w mrowisko. Kaethy, Grety i Luizy potraciły głowy (…) spakowały więc czym prędzej, co wpadło pod rękę i załadowały na dziecinne wózki i saneczki, po czym, pocąc się straszliwie z udręczenia i strachu, ruszały w ślad za rozmaitymi „leiterami”, „führerami” itp. wszystkimi szosami za Odrę. Na szóstym kilometrze wywróciły się „Kinderwagen” – dziecięce wózki, na siódmym utknęły saneczki – trzeba było wszystko zostawić. Gorzej, bo na trzydziestym poczęły zamarzać same Kinder – ukochane dziateczki, przyszły „Hitlerjugend” i SS, i w ogóle panowie świata. Też trzeba było to zostawić. Cóż robić! Nie ma rady! Byle wiać!”* Tak opisywano wydarzenia związane z wkroczeniem Armii Czerwonej na Pomorze w propagandowej publikacji wydanej w 1962 r. Dziś, z bezpiecznej perspektywy można o nich pisać w sposób obiektywny, nie wartościując tragedii żadnego z narodów wplątanych w okrutną historię połowy XX w.
– Trzeba wyzbyć się dawnych propagandowych naleciałości charakterystycznych dla okresu PRL, które przechodzą z pokolenia na pokolenie. Powinniśmy o tych wydarzeniach mówić i pisać, żeby nie było takich sytuacji, kiedy raz obchodzimy wyzwolenie, innym zaś razem zdobycie i nie wiadomo pod jakim pomnikiem należy składać kwiaty i przede wszystkim kiedy – podkreśla Paweł Knap z Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Szczecinie. Z edukacją bywa niestety kiepsko, nadal powielane są schematy w efekcie czego w szkołach naszego regionu organizowane są uroczyste akademie z okazji zdobycia pt. „Powrót do Macierzy”, na których wspomina się „lata wojny, niewoli, wyzwolenia i odzyskania utraconych ziem”.
„Rosjanie są dobroduszni i nie tak surowi”
1 marca 1945 r. Armia Czerwona ruszyła do decydującego ataku na niemiecką armię „Wisła”, która broniła jeszcze części Pomorza. Mieszkańcy i uciekinierzy z Prus Wschodnich przebywający wówczas w miastach powiatu gryfickiego mieli zakaz ich opuszczania. Dworce kolejowe obstawione były przez uzbrojone posterunki policji. Wszyscy oczekiwali na ogłoszenie hasła alarmowego „Hagel” („Grad”) oznaczającego natychmiastową ewakuację. W nocy z 3 na 4 marca wojsko niemieckie pośpiesznie opuściło trzebiatowskie koszary, udając się w stronę Kołobrzegu. Miasto pozbawione zostało jakiejkolwiek obrony. Kiedy rankiem 4 marca na ulicach rozległy się krzyki „Rosjanie nadchodzą!” został ogłoszony alarm nakazujący ucieczkę. Tłumy uciekinierów skierowały się szosami w kierunku Kamienia i Niechorza, setki osób szukały ratunku na dworcu, gdzie stały jeszcze gotowe do odjazdu pociągi z ewakuowanym szpitalem wojskowym z Jaromina. Przy transportowaniu rannych do pociągów pomagał wówczas 16-letni Gustaw Baitz.
– Roznosiłem żołnierzom wodę i kawę – wspomina. - O g. 11 nadjechały pierwsze radzieckie czołgi, które ostrzelały dworzec i pociągi. Lokomotywy wybuchły. Rozpętało się piekło. Zginęło bardzo dużo osób. Pozostali rzucili się do ucieczki w kierunku Starego Miasta, szukając schronienia wśród gęstej zabudowy. Tak jak i w innych miastach rozpoczęła się grabież i gwałty. Żołnierze szukali przede wszystkim kobiet, wódki i kosztowności. Dopuszczali się drastycznych i zbiorowych morderstw. W Gryficach płonęło całe śródmieście, celowo podpalone przez czerwonoarmistów, podobnie jak i w Koszalinie, czy Słupsku. Wiele rodzin popełniało samobójstwa, byli wśród nich partyjni urzędnicy, którzy z wiadomych względów obawiali się zemsty, jak i przeciętni mieszkańcy przerażeni wkroczeniem Rosjan.
– Znam tragiczną historię naczelnego lekarza szpitala w Trzebiatowie dr. Bolle, który otruł całą swoją rodzinę. Przeżył tylko najmłodszy syn. Wypluł truciznę i to uratowało mu życie. Takich historii jest wiele – opowiada Kazimiera Galewska z Trzebiatowa. W Gryficach zarządca kościoła Mariackiego Buth starał się uspokoić mieszkańców mówiąc „Rosjanie są dobroduszni i nie tak surowi”. Dzień później został zastrzelony przez radzieckiego żołnierza.
„Frau komm!”
– Zapytałam kiedyś pewnej Niemki, czy rzeczywiście było tak strasznie. Nie chciała opowiadać, w końcu uległa. Miała wówczas 17 lat. Na wieść o Rosjanach wkraczających do miasta jej babcia dostała wylewu. Ponieważ nie można było uzyskać pomocy, wraz z koleżanką uciekły za miasto. W domu zostawiła matkę z umierającą babcią. Nie mogłam zrozumieć, jak mogła opuścić w takiej sytuacji najbliższe jej osoby. Odpowiedziała, że bała się Rosjan i gwałtu. Ale to jedna z tych lżejszych, jeśli można tak powiedzieć, historii – mówi Kazimiera Galewska. Gwałty były chyba najłatwiejszym sposobem na pokazanie swojej zwycięskiej pozycji i upokorzenie kobiet wroga. Nie wynikały tylko z chęci seksualnego zaspokojenia. Były też okrutną próbą odwetu. Drastyczne opowieści przewijają się niemal w każdych wspomnieniach. „Wcześniej przedostała się tutaj pani M. z Horst (Niechorze) z kilkoma kobietami z Greifenberg (Gryfice). W Horst nie mogły już wytrzymać. Jej córkę Christel (16 lat) stale brali Rosjanie. Wobec tego uciekły. Koło Plathe (Płoty) Christel skoczyła do jeziora, pani M. skoczyła za nią, jednak jakiś Rosjanin wyciągnął ją” – zapisała 16 marca 1945 roku w swym dzienniku Käthe von Norman z majątku Barkow (Barkowo) w powiecie gryfickim.

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 30.03.2010