Kilka uwag na marginesie sporu o fundację „Ucieczka, wypędzenie, pojednanie”

O poszukiwaniu jedynej prawdy w przeszłości.

(Niniejszy tekst ukaże się w najbliższym numerze wydawanego w Olsztynie kwartalnika „Borussia. Kultura-hisoria-literatura”)

Zapisany jeszcze w umowie koalicyjnej CDU i SPD „widoczny znak“ zaistniał pod koniec 2009 r. w niemieckiej przestrzeni publicznej w postaci niesamodzielnej fundacji „Ucieczka, wypędzenie, pojednanie”. Okazją do zaprezentowania działań fundacji szerszej publiczności była zorganizowana 26.01.2010 w Berlinie prezentacja niemieckiego wydania atlasu „Wysiedlenia, wypędzenia i ucieczki 1939-1959. Polacy, Żydzi, Niemcy, Ukraińcy“ (pod red. Małgorzaty Ruchniewicz i Grzegorza Hryciuka). Dyskusja wokół samego atlasu, a przede wszystkim zakończony niedawno spór na temat uczestnictwa Eriki Steinbach w radzie wspomnianej fundacji i wskazanie przez BdV jako jej nowych członków Arnolda Tölga i Hartmuta Saengera, skrytykowanych osatnio za swoje „osobliwe” poglądy na temat historii w niedawnym artykule Franziski Augstein pt. „Versöhnen oder verhöhnen“ („Süddeutsche Zeitung” z 1.08.2010), obnażają istniejącą w dalszym ciągu powierzchowność i asymetryczność polsko- jak i niemiecko-niemieckiego dialogu na temat wypędzeń. Przy okazji powtarzane są ciągle te same i znane już od lat argumenty. Dzieje się tak mimo bogatej literatury na temat „kompleksu wypędzenia”, istniejącej od początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i będącej efektem wspólnych polsko-niemieckich projektów badawczych. Przyczyną jest fakt, iż publiczna debata na temat miejsca przymusowych wysiedleń w niemieckiej pamięci dwadzieścia lat po zjednoczeniu nie została jeszcze tak naprawdę zakończona, a kontrowersje wokół powstającej w Berlinie placówki są jedynie jej kolejną odsłoną. W debacie tej zaszła jednak pewna istotna zmiana jakościowa: Erika Steinbach stała się elementem sporu wewnątrzniemieckiego. Jej nieustępliwa postawa i wysuwane wobec koalicji CDU/FDP coraz to nowe żądania dotyczące kształtu fundacji pokazały, że spór ten jest otwartym konfliktem między partykularną pamięcią Związku Wypędzonych (Bund der Vertriebenen, BdV) a normami niemieckiej pamięci narodowej. Z kolei na płaszczyźnie polsko-niemieckiej widać zbyt silną tendencję do traktowania obu społeczeństw jako monolitów. Innymi słowy: polscy uczestnicy debaty zbyt słabo różnicują jej niemieckie strony, zaś niemiecka jej strona zawęża ten spór do kilku stereotypowych argumentów. Zadziwiające jest jednak, że wspomniane uproszczenia można spotkać zarówno w mediach, jak i aspirującym skądinąd do rzeczowości i obiektywizmu dyskursie naukowym.

„Wypędzeni” a „inni wypędzeni”

Już od jakiegoś czasu baczni obserwatorzy niemieckiej pamięci zbiorowej konstatują w niej przesunięcie akcentów w stronę społeczeństwa ofiar. Jednym z głównych elementów tego zjawiska jest „powrót wypędzonych” do niemieckiego dyskursu publicznego po latach marginalizacji zapoczątkowanej „Ostpolitik” Willego Brandta. Temat ten jest obecny w mediach, swój przyczynek wniosła do niego również literatura i film, wystarczy wspomnieć choćby książkę Güntera Grassa „Idąc rakiem” (2002) czy takie filmy jak „Ucieczka” (2007) i „Gustloff” (2008).
Wszystko to zbiegło się z dążeniami grupy interesu, jaką jest Związek Wypędzonych, do osadzenia na stałe „ucieczki i wypędzenia” w niemieckiej pamięci narodowej. Planowane pierwotnie przez Związek „Centrum przeciw Wypędzeniom” przyjęło, po fazie dość mglistej egzystencji jako „widoczny znak”, konkretną formę niesamodzielnej fundacji „Ucieczka, wypędzenie, pojednanie”, działającej pod egidą Niemieckiego Muzeum Historycznego. Powstaniu fundacji od samego początku towarzyszył szereg kontrowersji. Przykładem może być spór o udział w jej radzie przewodniczącej Związku Wypędzonych Eriki Steinbach czy rezygnacja polskiego członka rady naukowej, prof. Tomasza Szaroty. Konflikt wokół osoby Eriki Steinbach został zażegnany kompromisem zawartym 11.02.2010. W zamian za rezygnację Steinbach koalicja CDU/FDP przystała na warunki Związku Wypędzonych, zwiększając liczbę jego przedstawicieli w radzie fundacji do sześciu osób oraz godząc się na poszerzenie powierzchni wystawowej planowanej wystawy do 3000 m2. O składzie rady będzie w przyszłości ponadto decydował Bundestag, a nie jak dotychczas rząd niemiecki.
Opisane powyżej przykłady ukazują słabe strony niemieckiego dyskursu na temat wypędzeń. W tym kontekście trzeba przyznać rację Tomaszowi Szarocie, który w wywiadzie z 19.01.2010 dla „Die Tageszeitung” stwierdził, że Niemcy muszą przede wszystkim sami uporać się z tym problemem. Wspomniany dyskurs jest bowiem kontynuacją w nowej odsłonie powojennego (zachodnio)niemieckiego sporu uwidaczniającego antagonizm pomiędzy zorganizowanymi a tzw. „innymi wypędzonymi”. Pamięć pierwszych oparta była na zawartym w anachronicznej z dzisiejszego punktu widzenia „Karcie niemieckich wypędzonych” i rozumianym głównie materialnie „prawie do stron ojczystych”. Podkreślała ona przede wszystkim niemiecki wkład w kulturę utraconego „Wschodu”, wykluczając przy tym inne zamieszkujące go etnie. Wybiórczość tej pamięci to także kwestia przemilczania przyczyn utraty stron rodzinnych. Fakt, iż doprowadziła do nich rozpętana przez III Rzeszę wojna, przyjmowano do wiadomości niechętnie, tak jak w ogóle unikano rozrachunku z niemiecką winą za wywołanie wojny i nazistowską przeszłością niektórych członków Związku. Zamiast tego prasa ziomkowska publikowała (i publikuje nadal) artykuły poddające w wątpliwość fakt, że to Niemcy ponoszą wyłączną winę za wywołanie światowego konfliktu w 1939 r. Autorzy tych pseudohistorycznych opracowań idą dalej, wskazując na wyjątkową wojowniczość Polski po 1918 r., której skutkiem była wybuch wojny. Przykładem może być tutaj choćby następujący wyimek z tekstu Hartmuta Saengera pt. „Historyczny kontekst”, opublikowanego 5.09.2009 z okazji siedemdziesiątej rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej w „Preußische Allgemeine Zeitung“, organie prasowym Ziomkostwa Wschodniopruskiego: „Historyczny kontekst lata 1939 r. wykazuje zadziwiającą gotowość do wojny u wszystkich europejskich mocarstw w celu przeforsowania celów państwowych lub obrony zagrożeń przez sojusze. Szczególnie wojowniczo zachowywała się Polska. Państwo to, odzyskawszy w 1918 r. niepodległość, zdążyło w krótkim czasie do 1921 r. poprzez militarne aneksje i wojny popaść w ciągły konflikt z czterema sąsiadami. W Rzeszy Niemieckiej zajęto Poznań i Prusy Zachodnie, na Górnym Śląsku uknuto trzy powstania w celu wpłynięcia na wyniki plebiscytów. Wobec Związku Radzieckiego odrzucono proponowaną przez Ligę Narodów i uzasadnioną względami etnicznymi linię Curzona i prowadzono wojnę o tereny białoruskie i ukraińskie. Anektując te tereny państwo polskie zyskało oprócz wrogości Rosji sowieckiej ogromny problem z mniejszościami narodowymi. Oprócz tych konfliktów z dużymi sąsiadami na wschodzie i zachodzie, pozwoliła sobie Polska jeszcze na zajęcie Wilna i okolic, a zajmując Zaolzie przyczyniła się także do upadku Czechosłowacji.”
„Inni wypędzeni” z kolei dostrzegali w przeciwieństwie do pamięci zorganizowanych wypędzonych w kulturze i historii „niemieckiego Wschodu” także wkład pozostałych kultur, a utratę swojej małej ojczyzny widzieli konsekwentnie jako skutek rozpętanej przez Niemcy wojny. Jako przykłady wymienić tu można nazwiska takich pisarzy jak Siegfried Lenz, Günter Grass, Johannes Bobrowski czy Marion Gräfin Dönhoff. Pamięć tą cechował ponadto swoisty realizm polityczny, czyli pogodzenie się z faktem utraty stron ojczystych przy jednoczesnym zachowaniu niematerialnego prawa do pamięci o nich. W wydanej w 1978 r. w RFN powieści „Muzeum ziemi ojczystej” Siegfried Lenz, sam pochodzący z mazurskiego Ełku, wyraził to w sposób następujący: „Dziesiątki tysięcy Polaków urodziły się już na Mazurach, ludzie, którzy traktują ten kraj jako swoją ojczyznę, muszą go tak traktować: czy mamy im tę ojczyznę odebrać, wracając tam przemocą?” Takie postawienie sprawy nie mogło zyskać akceptacji zorganizowanych wypędzonych. Pisarzowi zarzucano zdradę, od wielu osób otrzymywał listy z czarnymio obwódkami.

Normy niemieckiej pamięci narodowej a pamięć „ucieczki i wypędzenia”

Wspomniana próba osadzenia „ucieczki i wypędzenia” w niemieckiej pamięci narodowej skazana jest na konflikt między jej oficjalnymi normami, a partykularną pamięcią Związku Wypędzonych. Jako ramy tej pierwszej pamięci wskazywane są przez badaczy Holocaust oraz odpowiedzialność za zbrodnie nazistowskie. Nadrzędność tych norm domaga się, aby podporządkowały się im wspomnienia o wypędzeniu, które na niższych poziomach pamięci społecznej mogą istnieć obok wspomnień cierpienia, winy oraz ruchu oporu przeciwko dyktaturze narodowego socjalizmu. Ich integracja w ramach normatywnej pamięci narodowej ma przyczynić się do tego, że zostaną one rozpoznane jako część „bezwzględnie rozpętanej przez Niemców zbrodniczej wojny” (Aleida Assmann). Przekładając powyższe rozważania na przypadek fundacji mającej upamiętniać wypędzenia, mamy do czynienia z jednej strony z zapisanymi w ustawie regulującej jej funkcjonowanie normami pamięci oficjalnej i scharakteryzowaną powyżej pamięcią zorganizowanych wypędzonych. Problem tkwi zatem przede wszystkim w niekompatybilności tych dwóch pamięci. Dostosowanie się do wymogów niemieckiej pamięci narodowej wymagałoby bowiem od Związku Wypędzonych głębokiej wiwisekcji własnej pamięci, która na razie wydaje się niemożliwa. I nie mają racji ci spośród obserwatorów przemian pamięci zbiorowej w Niemczech, którzy twierdzą, że w łonie Związku Wypędzonych nastąpiły głębokie przemiany, na których potwierdzenie przytaczają działania Eriki Steinbach. Nie chcę na tym miejscu przytaczać znanych stronom sporu argumentów o „fałszywej wypędzonej”. Koronnym dowodem jest tutaj przede wszystkim postrzeganie historii przymusowych wysiedleń i relacji polsko-niemieckich przez Erikę Steinbach. Krótko rzecz ujmując, jest to zbitek historycznych stereotypów i uprzedzeń, z których wynika, że Polacy od zawsze chcieli wypędzić Niemców (słynny cytat: Hitler otworzył puszkę Pandory z nieludzkim okrucieństwem.). Przykłady tego typu można mnożyć. Żeby jednak nie sprowadzać całości tylko i wyłącznie do osoby Steinbach, wystarczy choćby sięgnąć do prasy zorganizowanych w Związku Wypędzonych ziomkostw. Przytoczony powyżej przykład publikowanych tam artykułów o drugiej wojnie światowej jest kolejnym dowodem na fasadowość przemian tej organizacji.
Istnieje jednak także inne, o wiele poważniejsze niebezpieczeństwo, polegające na holokaustyzacji dyskursu o wypędzeniu. Polega ono na zrównaniu losów wypędzonych Niemców z żydowskimi ofiarami Holocaustu. Najbardziej dobitnie paralelę tą ujęła Erika Steinbach na łamach „Leipziger Volkszeitung” w 2000 r., stwierdzając, iż tematy wypędzonych i Żydów wzajemnie się uzupełniają, a ich przyczyną jest odczłowieczone szaleństwo rasowe. Czy nie mamy tutaj do czynienia z wątpliwą moralnie próbą kolportażu tylnymi drzwiami ideologii, która w innych przypadkach budzi natychmiastowy sprzeciw niemieckiej opinii publicznej?

Wypędzenia – prawdziwe czy rzekome tabu stosunków polsko-niemieckich?

Na poziomie relacji polsko-niemieckich dyskurs wokół wypędzeń równueż obfituje w niedostatki. Jego słabości obnażyła wspomniana na początku pierwsza prezentacja niemieckiego wydania atlasu przymusowych wysiedleń. Otwierający spotkanie prezes fundacji Manfred Kittel podkreślił wagę użycia w polskim tytule atlasu słowa „wypędzenie”, to samo uczynił zresztą we wstępie do niemieckiego wydania Stefan Troebst profesor Uniwersytetu w Lipsku. Jednak czy rzeczywiście jest to takie novum? Stawiając tego typu tezy zapomina się o żywo toczonych w latach dziewięćdziesiątych na łamach prasy polskiej debatach na temat przymusowych wysiedleń Niemców po 1945 r. W owych dyskusjach pojawiły się także wątki polskiej winy i odpowiedzialności za wypędzenie. Wiele do myślenia daje tytuł wydanej w 1997 r. przez krakowski „Znak” książki dokumentującej tą debatę: „Przeprosić za wypędzenie?”. Wskazać tutaj trzeba także wyniki wspólnych polsko-niemieckich badań. Ich pokłosiem jest wydana w 1998 r. przez Włodzimierza Borodzieja i Artura Hajnicza książka pt. „Kompleks wypędzenia”, nie stroniąca bynajmniej od moralnej oceny przymusowych wysiedleń. Niemieckiego słowa „Vertreibung” użyli wreszcie polscy biskupi w Orędziu do „ich niemieckich braci w Chrystusowym urzędzie pasterskim” z 1965 r. Przykładów jest wiele:, wydana w 2000 r. przez olsztyńską „Borussię” po polsku i niemiecku książka „Wypędzeni ze Wschodu. Wspomnienia Polaków i Niemców” czy wreszcie dokumentacja „Pamięć wypędzonych. Grass, Beneš i środkowoeuropejskie rozrachunki” pod redakcją Piotra Burasa i Piotra M. Majewskiego (2003). Nie wspominając o tych faktach tworzy się wrażenie rzekomego tabu, jakie istniało w Polsce w odniesieniu do tematu wypędzeń. Atmosferę tą podsyca ponadto przekaz medialny. Nadana 25.01.2010 w telewizji 3sat relacja z prezentacji wspomnianego atlasu wypędzeń nosiła wiele mówiący tytuł: „Cierpienie Niemców: jak młodzi polscy historycy zmieniają tabu”. O wiele bardziej obiektywnie potraktowano książkę w audycji rozgłośni Deutschlandfunk. Podkreślano, że jest to niezmiernie rzeczowy wkład w dyskusję o wypędzeniach w obu krajach oraz bardzo potrzebna próba całościowego ukazania ich w kontekście sprawczym drugiej wojny światowej. Lecz i tutaj recenzujący pozycję Martin Sander użył zbyt daleko idącego uproszczenia, stawiając tezę, że wypędzenie było w Polsce „nie-słowem” („Unwort”) w ostatnich dziesięcioleciach. Z tezą tą można się zgodzić jedynie w odniesieniu do okresu PRL, choć i wtedy, jak to zostało pokazane wcześniej, podejmowano próby wyłomu w oficjalnym dyskursie.

Czy Polakom brak empatii wobec niemieckich wypędzonych?

Sam fakt ukazania się atlasu w Niemczech należy oczywiście ocenić pozytywnie. Jest on pewną propozycją interpretacyjną, obok której niemieccy uczestnicy sporu wokół wypędzenia nie mogą przejść obojętnie. Chodzi tutaj przede wszystkim o zróżnicowanie terminologiczne, jakim posługuje się Małgorzata Ruchniewicz do opisu zjawiska przymusowych migracji Niemców po 1945 r. Charakteryzując jego poszczególne etapy jako wypędzenia, deportacje, przymusowe wysiedlenia oraz transfery ludności, autorka sięga jednak do pojęć, które są wynikiem Zaleceń Wspólnej Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej z 1976 r. Stąd też nie wydaje się uprawnione twierdzenie, że mamy do czynienia z terminologią stricte polską, a takie wrażenie mógł mieć uczestnik berlińskiej debaty na temat atlasu. Faktem pozostaje jednak, iż do wspomnianych zaleceń stosują się bardziej historycy polscy niż niemieccy. Na marginesie dodajmy na tym miejscu, że treść „Zaleceń” wzbudziła w RFN ostry sprzeciw zorganizowanych wypędzonych, którzy w opublikowanych w 1979 r. „Zaleceniach alternatywnych” szczególnie ostro atakowali treść zapisu dotyczącego powojennych ruchów migracyjnych.
Jeszcze jednym dowodem na swoistą „nieprzemakalność” niemieckiego dyskursu wokół wypędzeń są wspomniane reakcje części mediów, streszczające się w tezie o przełamaniu rzekomego tabu wokół wypędzeń w Polsce. Na oczywisty fakt krytycznego zmierzenia się z ciemnymi kartami własnej historii przez społeczeństwo polskie najbardziej zamknięty jest właśnie Związek Wypędzonych. I nie byłoby w tym może nic szczególnego, gdyby nie to, iż owa organizacja ustami swojej przewodniczącej wielokrotnie domagała się od Polaków empatii dla losu niemieckich wypędzonych, nie dostrzegając, że empatia taka miała miejsce przez długi czas tuż po przełomie roku 1989.

Społeczeństwa to nie monolity

Przedstawione powyżej kontrowersje są jednakże moim zdaniem częścią szerszego zjawiska w omawianym sporze: zbyt często mówiąc o „Niemcach” i „Polakach” traktuje się w nim oba społeczeństwa jako pozbawione wewnętrznego zróżnicowania monolity. Konsekwencją tego są pełne uproszczeń przekazy medialne. A przecież inaczej patrzy na wypędzenie postmigracyjne społeczeństwo Polski północno-zachodniej, na codzień konfrontowane z niemieckim dziedzictwem kulturowym i byłymi mieszkańcami tych terenów, a inaczej mieszkaniec terenów Polski, nie dotkniętych przez wysiedlenia po 1945 r. Różnice te można mnożyć biorąc pod uwagę takie kategorie jak choćby preferencje wyborcze. Po przeanalizowaniu geografii poparcia dla dwóch głównych rozgrywających polskiej sceny politycznej, czyli PO i PiS, w wyborach parlamentarnych w latach 2005 i 2007, zaznacza się w obu przypadkach wyraźna granica poparcia: dla PO na północy i zachodzie kraju (40-50%), zaś dla PiS w województwach wschodnich i południowych (40-50%). To, że obie partie zasadniczo różnią się w kwestii polityki wobec zachodniego sąsiada Polski, dodawać w tym miejscu nie trzeba.
Tak samo Związek Wypędzonych nie posiada w Niemczech monopolu na pamięć wypędzenia, choć bardzo umiejętnie wykorzystuje do swoich celów jej medialną koniunkturę. Uwidoczniły to choćby ostatnie spory wokół ilości jego członków, a co za tym idzie, reprezentatywności jako organizacji wypędzonych. Oficjalnie Związek określa liczbę swoich członków na ok. 2.000.000. Jednakże przeprowadzona przez agencję prasową ddp wśród przedstawicielstw Związku w poszczególnych krajach związkowych telefoniczna ankieta wykazała, że skupia on jako organizacja dachowa „tylko” 550.000 członków. Do BdV mogą ponadto należeć nie tylko przymusowo wysiedleni, ale także członkowie ich rodzin. Dane te są kolejnym dowodem na to, że środowiska niemieckich wypędzonych nie są grupą jednolitą społecznie. Ważne są tutaj także różnice w regionach pochodzenia poszczególnych grup. I tak np. katoliccy Warmiacy pozostają poza strukturą organizacyjną BdV, ich zasługą jest ponadto wczesne nawiązanie kontaktów z mieszkającymi na terenie dzisiejszych Warmii i Mazur Polakami.
W polskich relacjach z niemieckich sporów zbyt słabo dostrzega się także wkład wspomnianych „innych wypędzonych” do krytycznego przenicowania (zachodnio)niemieckiej mitologii wypędzeń. Pamięć ta znakomicie streszcza się w formule zaproponowanej przez Marion Gräfin Dönhoff, iż można kochać utracone strony ojczyste nie posiadając ich materialnie. Postrzeganie tego zjawiska wydaje się być w dzisiejszych Niemczech nieco zagłuszone przez dążący do hegemonizacji dyskursu Związek Wypędzonych. Pozytywną stroną sporu wokół uczestnictwa Eriki Steinbach w radzie fundacji „Ucieczka, wypędzenie, pojednanie” jest jednak fakt, że przynajmniej część mediów niemieckich zaczyna krytycznie traktować tą organizację i jej przeszłość. Tym niemniej, bez stworzonego przez „innych wypędzonych” podglebia, taka postawa byłaby moim zdaniem niemożliwa. Wreszcie nie można pominąć milczeniem wpływu, jaki ten „otwarty” model pojmowania dziejów utraconych przez Niemców terenów wschodnich wywarł na sposób patrzenia na ich przeszłość przez dzisiejszych polskich mieszkańców. Nie bez przesady można zaryzykować tezę, że przezwyciężenie zamkniętego narodowo mitu „Ziem Odzyskanych” poprzez sformułowanie takich alternatywnych propozycji tożsamościowych jak olsztyńska Wspólnota Kulturowa „Borussia” nie byłoby możliwe bez nawiązania do kontrapamięci „innych wypędzonych”.

***
W usta jednego z bohaterów „Muzeum ziemi ojczystej” Siegfried Lenz wkłada następująe słowa: „W każdym okresie [...] ludziom odbierano ich ojczyznę; nie ma epoki, w której nie byłoby wygnanych, wypędzonych, uchodźców, zawsze we wszystkich stronach świata zmuszano ludzi, by ratowali się ucieczką na obczyznę; mogli przetrwać tylko wtedy, kiedy zrezygnowali z szukania jedynej prawdy w przeszłości. Po biblijnych tajfunach, po ślepych atakach gniewu i wściekłości historii dla wielu, których los rozproszył i rozmiótł, nie było już powrotu; wszyscy respektowali ich żal po tym, co stracili, ale też każdy oczekiwał od nich gotowości do nowej wspólnoty w obcym kraju.” Myślę, że rezygnacja z poszukiwania jedynej prawdy w przeszłości jest znakomitą receptą na urzeczowienie i pogłębienie asymetrycznego dyskursu polsko-niemieckiego na temat wydarzeń niedawnej przeszłości. Takie konfliktogenne zagrożenie niesie ze sobą wizja historii reprezentowana przez funkcjonariuszy Związku Wypędzonych. I dopóki opinia publiczna i klasa polityczna w obu krajach ulegać będzie tej toksycznej wizji wspólnych dziejów, dopóty będziemy poruszać się w zaklętym kręgu stereotypowych i rzekomo pozostających tabu tematów historii wzajemnych oddziaływań. Warunkiem przemiany debaty jest jednak pełne i dogłębne poznanie zarówno polskich jak i niemieckich dyskursów pamięci przymusowych wysiedleń po 1945 r. Optymistycznie nastraja fakt, że w obu krajach istnieją krytyczne szkoły patrzenia narodowe mitologie i motywowany nimi stosunek do sąsiadów.

Rafał Żytyniec (zytyniec@panberlin.de) jest pracownikiem naukowym Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 05.08.2010