Próba portretu samorządowca - Starosta

O staroście gryfińskim Wojciechu Konarskim krążą po okolicy różne niesłychane opowieści. Niektóre przypominają trochę historie barona Munchhausena. Wynika z nich, że ciastko można zjeść dwa razy, dwa razy dostać te same pieniądze, swoich przeciwników można zneutralizować ich własną bronią i działając niemal w pojedynkę wmanewrować w polityczne maliny największą partię w regionie. Jedni go nienawidzą, drudzy podziwiają. Jedni nazywają go "intrygantem", drudzy "człowiekiem o wielkich aspiracjach". Umie pociągnąć za sobą ludzi, ale i jednym ruchem stwarza sobie zawziętych wrogów. To jeden z takich ludzi lokalnej polityki, o których się mówi nie tylko u cioci na imieninach.
W ostatniej kampanii wyborczej jego przeciwnicy polityczni nazywali go "szkodnikiem samorządowym". Twierdzą oni, że w destrukcji, której ponoć dokonuje w powiecie od lat - nie ma sobie równych. Jego zwolennicy w gminie nazywani są obrazowo "talibami Konarskiego". Choć sam jest w sensie politycznym bardzo "mobilny", ma wiernych sojuszników. Zasłynął w okolicy z tego, że jako starosta odebrał tej gminie to, co dla niej wywalczył jako jej burmistrz. Zwolennicy twierdzą, że jest bardzo dobrym samorządowcem o wysokiej kulturze osobistej. Pracowity i sprawiedliwy. Wyborcy też mają swoje zdanie - wybierają Konarskiego.
O ile przeciwnicy Wojciecha Konarskiego wypowiadają się jawnie i bardzo zdecydowanie, jego zwolennicy unikają rozmowy. Do wyjątków należy Gabriela Kotowicz, przewodnicząca Rady Powiatu, obecnie sekretarz w Urzędzie Miasta i Gminy Mieszkowice. Jej zdaniem to sprawny i świetnie przygotowany merytorycznie samorządowiec o dużej wrażliwości społecznej. - Pracując w urzędzie pracy miałam kontakt z osobami bezrobotnymi z gminy Moryń. Nie pamiętam, by negatywnie wypowiadały się o panu Konarskim. Jako jeden z pierwszych samorządowców pozyskał środki zewnętrzne na budowę szkoły i sali gimnastycznej - podkreśla.
Jej zdaniem, jego sukcesem jest między innymi utworzenie spółki prowadzącej szpital powiatowy im. Jana Pawła II i inwestycje w Domu Pomocy Społecznej w Nowym Czarnowie, budowa Domu Dziecka w Chojnie, remonty szkół, utworzenie internatów, naprawa dróg i chodników przy drogach powiatowych.
Przymioty Wojciecha Konarskiego zauważają jednak także jego przeciwnicy. Nie przeczą, że ma wiedzę i ogładę. Potrafi być miły i współpracować. Do czasu.

Brudna polityka
Niepozorny, z urzędniczą teczką w ręku, wygląda jak skromny pracownik naukowy. Wydawać by się mogło, że określenie, które usłyszałem od jednego z jego byłych współpracowników - "refleksyjny melancholik" pasuje do niego jak ulał. Pozory? Jedni nazywają go aparatczykiem jakby żywcem wyjętym z czasów PRL-u (W. Długoborski), drudzy "wężem", który to - jak wiadomo - działa cicho, ale skutecznie (M. Szabałkin).
Zdaniem Roberta Ryssa, redaktora naczelnego "Gazety Chojeńskiej", obecne poglądy polityczne Wojciecha Konarskiego, które często ujawnia on w "Gazecie Skrzynkowej" rozchodzącej się w Chojnie - bliższe są PiS-u niż PO, do której jeszcze niedawno należał. Zanim jednak trafił do Platformy Obywatelskiej, a stało się to już kiedy sprawował urząd starosty, był głównie działaczem samorządowym, współtwórcą Chojeńskiej Inicjatywy Samorządowej. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych Konarski należał jednak do Unii Wolności. Kojarzy go z niej Maciej Szabałkin (PO), obecny z-ca burmistrza Gryfina. - Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Zdanie zmieniłem stosunkowo niedawno. Zadecydowały o tym wybory samorządowe, kiedy układaliśmy listy kandydatów. Uważałem, że najwyższy rangą samorządowiec w powiecie z PO - wystartuje z naszej listy. Stało się inaczej. Kiedy trzeba było działać razem i pomóc partii - zachował się nielojalnie.
Zdaniem M. Szabałkina, Konarski celowo próbował układać "słabe listy PO", by zmniejszyć jej szanse w wyborach. A na dodatek po interwencji Konarskiego - część kandydatów wycofała się tuż przed rejestracją listy. Za mało było więc czasu, by stworzyć nowe listy i zebrać pod nimi podpisy. Sprytne to było - twierdzi Szabałkin.
- To byłby kolejny majstersztyk pana starosty. Na szczęście mieliśmy w rezerwie ludzi i podpisy. Byłem przygotowany na fortel Konarskiego - chwali się M. Szabałkin.
Takie nagłe wolty - to typowe zachowanie dla starosty - twierdzi wielu z tych, z którymi rozmawiam. - Nie ma skrupułów, kiedy chodzi o władzę - usłyszałem od jego byłego współpracownika Piotra Paczkowskiego z PO, który w poprzedniej kadencji był szefem komisji rolnictwa w sejmiku zachodniopomorskim. Paczkowski jest rozgoryczony. Twierdzi, że starosta walcząc o miejsce w radzie powiatu poświęcił swoje relacje z kolegami i nie zawahał się rozpętać kampanii negatywnej przeciwko niemu, przez co wyeliminował go z sejmiku.
- Wmawiał ludziom, że PO porozumiała się z Samoobroną, czego ja niby miałem być przykładem będąc jakoby związanym z Samoobroną. To była nieprawda - dodał.
Tu jednak konieczna jest mała korekta. Paczkowski rzeczywiście formalnie w "Samoobronie" nie był, ale startował z jej listy do sejmiku.

Trupy wypadają z szaf
Inni uważają, że takich ludzi potrzebują nasze samorządy, a jeszcze inni, choćby Wojciech Długoborski, obecny z-ca burmistrza Chojny - że takich jak on samorządy powinny się szybko pozbyć. Nazywa go wprost - samorządowym szkodnikiem. Podobny stosunek do swojego poprzednika ma Adam Fedorowicz, burmistrz Chojny. - Na razie nie mam powodów, by chwalić pana starostę. Przez ostatnie cztery lata łapaliśmy wypadające z szaf kolejne "trupy" po kadencji niegdysiejszego już burmistrza Konarskiego - mówi A. Fedorowicz. - Rzecz dotyczy na przykład urolnienia terenów inwestycyjnych na lotnisku. Kuriozum w skali kraju - urolnić lotnisko! - Skutek był taki, że po latach procesowania się z nami kupił te tereny jeden z przedsiębiorców. Dziwna sprawa, bo wówczas niemal równolegle pojawił się wniosek "rolnika" (właściciel stacji paliw) o sprzedaż działek i wniosek burmistrza Konarskiego o urolnienie tych gruntów - wyjaśnia Fedorowicz. Zdaniem burmistrza na tym "urolnieniu" gmina mogła stracić kilka milionów.

Wycięty dąb
Sprawa dwóch wyciętych drzew wydaje się kuriozalna. Ciągnie się już zresztą od kilku lat do dziś. - Jako burmistrz Chojny Wojciech Konarski wyegzekwował od powiatu, konkretnie Powiatowego Zarządu Dróg, karę za niesłusznie wycięte drzewa. Później - jako starosta gryfiński - po likwidacji PZD wyegzekwował te pieniądze jako niesłusznie pobrane. Jedni byli oburzeni takim zachowaniem starosty, ale byli i tacy, którzy mówili - "to majstersztyk". Takich ludzi jak on potrzebujemy do samorządów - ironizuje A. Fedorowicz.
Starosta Konarski uważa tymczasem, że działał zgodnie z prawem - i jako burmistrz Chojny i później jako starosta gryfiński.
- Po interpelacji jednego z radnych w tej sprawie wszcząłem postępowanie. Okazało się, że wycięto nie te drzewa, co trzeba. PZD zapłacił karę gminie, ale odwołał się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Ostatecznie sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który uchylił decyzję. Byłem wtedy starostą. W takiej sytuacji PZD zażądał zwrotu tych pieniędzy od gminy. Ale gmina ich nie oddała, a w międzyczasie PZD został zlikwidowany. Ostatecznie zarząd powiatu podpisał z gminą porozumienie - 600 tys. złotych rozłożyliśmy na raty. Ale gmina do dziś prowadzi postępowanie - zakończył starosta. Żali się jednocześnie, że sprawę drzew wykorzystano, by "zdyskredytować jego osobę".

Pocałunek śmierci
Jest rok 1998. Wybory na burmistrza w Chojnie. Konarskiego wybiera Rada Miejska.
- Konarski zaproponował Grzegorzowi Sakowskiemu, by ten startował w konkursie na dyrektora gimnazjum. Sakowski konkurs wygrał, ale, by móc pełnić tę funkcję, musiał zrezygnować z mandatu radnego. Finał? Niedługo po wyborze Konarski odwołuje Sakowskiego z funkcji dyrektora szkoły - usłyszałem od pewnego działacza PO. Wersję tę potwierdza także Adam Fedorowicz. Zadzwoniłem do Grzegorza Sakowskiego. Ten jednak, kiedy usłyszał, jaki jest temat mojego reportażu, oznajmił mi, że już się "w politykę nie angażuje". Odłożył słuchawkę.
Starosta Konarski zupełnie inaczej widzi tę sprawę.
- W międzyczasie weszła reforma, która ustalała też stopnie awansu zawodowego. Żeby być dyrektorem, trzeba było być "nauczycielem mianowanym". Takiego stopnia Grzegorz wówczas nie miał - wyjaśnia starosta. Swoją optykę na sprawę ma jednak również Robert Ryss. - To był majstersztyk. Ruch w stylu machiavellicznym. Doskonały sposób na to, jak pozbyć się przeciwnika politycznego. Grzegorz Sakowski był bowiem wówczas w radzie Chojny liderem ugrupowania opozycyjnego.

"Talibowie" w Chojnie
W latach dziewięćdziesiątych Chojna stała się synonimem wiecznego samorządowego bałaganu i paraliżu, a miasto egzystowało właściwie na peryferiach ogromnego przygranicznego targowiska w Krajniku Dolnym i wielkiej szarej strefy ciągnącej się wzdłuż wschodniego brzegu Odry. Nowy burmistrz Wojciech Konarski na początku traktowany był w Chojnie jako mąż opatrznościowy.
- Czy był przywieziony w teczce? Niekoniecznie. Zarekomendował go radzie gminy Tadeusz Wójcik, ówczesny działacz Unii Wolności i dziennikarz. Talibowie? Wtedy mówiło się - "jastrzębie Konarskiego" albo "bulteriery Konarskiego". Ale panowie ci z czasem stracili wiarygodność. Bo kiedy radny zabiera głos i z góry wiadomo, co powie, to ludzie zaczynają wyciągać wnioski. W ostatnich wyborach wyborcy "wycięli jastrzębie" co do nogi. Do Rady Powiatu z listy Inicjatywy Samorządowej z Chojny nie dostał się nikt. To też o czymś świadczy - dodał R. Ryss.
- W 1998 był traktowany jako mąż opatrznościowy. Dopiero później wyszło, że znajomość przepisów i prawa samorządowego to nie wszystko. Pojawił się problem ludzi jakich dobierał, wokół niego zaczęło powstawać coś w rodzaju dworu - opowiada Ryss. - Dominowała zasada "kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam" - dodaje. Co robili "talibowie Konarskiego", gdy ten był już starostą gryfińskim? - pytam R. Ryssa.- Ówczesnemu burmistrzowi opozycja przewracała budżet do góry nogami - robiła co chciała. Dosłownie ubezwłasnowolniła go. Często utrącali pomysły nie przedstawiając lepszych propozycji.
"Talibowie" mają konkretne nazwiska - to Stanisław Kabat, Henryk Kłapouch i Marian Kozieł.
- Talibowie? To nie jest obraźliwe określenie, raczej komiczne. Dla mnie to próba skierowania uwagi gdzie indziej, to wynika z dyskredytowania przeciwników. A pretensje do nas ma tylko obecny burmistrz i jego zastępca - usłyszałem od byłego radnego i "taliba" - H. Kłapoucha, który bez konsultacji ze starostą nie chce się na jego temat wypowiadać.
- Moim zdaniem Konarski nie wyciągnął wniosków z porażki. - Gdy się jest starostą, powinno się przynajmniej robić wrażenie, że jest się starostą wszystkich mieszkańców. Jego felietony są dowodem na to, że jest stroną w polityce. Kolejny raz strzela sobie w stopę - uważa R. Ryss.

Uczeń Machiavellego?
Generalnie przesłanie Machiavellego jest zabójczo proste - polityka jest grą, której celem jest zdobycie i utrzymanie władzy. W. Konarski nie przyznaje się, że czytał "Księcia". Przyznaje się za to do Łysiaka.
Na szachownicy sytuacja może się zmienić szybko. Grzegorz Sakowski doświadczył tego. Podobnie zresztą jak wspomniany wyżej Piotr Paczkowski. Czy potrafi powiedzieć o staroście pozytywnie? Bez emocji? - Dobrze mi się z nim współpracowało do czasu wyborów samorządowych, ale postawił swoją karierę ponad wszystko, ponad przyjaźnie - twierdzi Paczkowski.
Oszukana czuje się gryfińska PO. Swojego oburzenia na Konarskiego nie krył ponoć nawet sam przewodniczący zarządu regionu PO Stanisław Gawłowski. Dzisiaj już wiemy, że przygoda Wojciecha Konarskiego z Platformą Obywatelską skończyła się. PO twierdzi, że Konarski jest nielojalny. Starosta, że bardziej się czuje samorządowcem niż działaczem partyjnym. A decyzję o opuszczeniu PO podjął zanim ta zechciała go skreślić. Starosta Konarski ma niezwykłą moc zamieniania porażek w zwycięstwa. Oto - jak opowiada Marek Suchomski (PO, Gryfino) - W. Konarski zgłasza swoją kandydaturę na burmistrza Gryfina w wewnętrznej przedwyborczej debacie w PO. Kiedy jednak jego kandydatura przepada w trakcie głosowania w zarządzie regionu, wysyła on pismo do tegoż zarządu, w którym informuje, że zrezygnował z kandydowania jeszcze przed głosowaniem! W partii - konsternacja. Przecież takiej rezygnacji nie było! Nie umie czy nie lubi przegrywać?
- Uważam, że jestem dobrym samorządowcem. Myślę, że tak mnie ludzie oceniają. Byłem burmistrzem w Mieszkowicach, potem sekretarzem w Moryniu. Ludzie z Chojny sami mnie poprosili o to, bym kandydował na burmistrza. W Mieszkowicach za mojej kadencji praktycznie rozpoczęto gazyfikację miasta jako jedyną w regionie, podobnie było w Chojnie. Dzisiaj mówi się o rewitalizacji starego miasta w Chojnie, ale proces ten zaczął się w czasach, kiedy ja byłem burmistrzem. Nie wszystkie moje decyzje były aprobowane przez wszystkich - jednym się podobały, innym nie. Nigdy nie byłem jednak burmistrzem "malowanym". Ludzie często przypisują mi sprawy, z którymi nie miałem nic wspólnego, jak choćby, że składałem zawiadomienie do urzędu skarbowego na jednego z mieszkańców. Pomijając absurd tego oskarżenia, to oczywisty efekt nienawiści, rozbudzonych niepotrzebnie emocji - dodał burmistrz.
Na koniec oddajmy głos wiernej sojuszniczce Wojciecha Konarskiego - Barbarze Raweckiej, obecnej sekretarz powiatu gryfińskiego, niegdyś dziennikarce z "Gazety Chojeńskiej".
- Pana Wojciecha Konarskiego cenię szczególnie za kulturę osobistą, wielki szacunek dla drugiego człowieka i pracowitość, niekiedy nawet trącającą pracoholizmem. Swoją wyjątkową pracowitość podpiera wiedzą merytoryczną. Głęboko analizuje wszystkie dokumenty, zanim podejmie jakąkolwiek decyzję. Jako pracodawca jest osobą wymagającą, ale wyjątkowo sprawiedliwą. Zawsze przyjmuje na siebie odpowiedzialność za wszelkie potknięcia swoich pracowników. (...) Czy jakieś działania pana starosty uważam za jego porażkę? Z pewnością porażką pana W. Konarskiego jest to, że czas tak szybko biegnie, a on chciałby wszystko wykonać jak najszybciej - dodała.

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 25.02.2011