O co chodzi na górze Golm? Polemika z prof. Włodzimierzem Stępińskim

Wyjątkowo niesprawiedliwą ocenę książki poświęconej dramatowi Świnoujścia u schyłku drugiej wojny światowej, a wydanej kilka miesięcy temu w Niemczech, opublikował prof. Włodzimierz Stępiński w liście zamieszczonym w ubiegły piątek w „Kurierze"...
Książka ma tytuł (w tłumaczeniu na polski) „Golm i tragedia Świnoujścia. Wojenne groby jako przewodnik między przeszłością a przyszłością”. Wydana została w Kamminke, tuż za polsko-niemiecką granicą, obok Świnoujścia, staraniem Niemieckiego Związku Ludowego Opieki nad Grobami Wojennymi na wspólne zamówienie Krajowej Centrali Kształcenia Politycznego w Schwerinie i Fundacji „Pamięć i Pokój”.
Prof. Stępiński napisał o niej mocno, że jest „zaprzeczeniem rzetelności standardu naukowego i nie służy dialogowi polsko-niemieckiemu”, że w „centrum jej przesłania leży upamiętnienie cierpień Niemców i podtrzymywanie pamięci o skali barbarzyństwa Anglosasów i Armii Czerwonej”, że jest „manifestem niemieckiej niepamięci (...) jej autorów i protektorów”, „manifestem nielojalności i wobec polskich partnerów ze Świnoujścia, i z Polski”, że jest wreszcie „policzkiem wymierzonym dobrym intencjom i okazywanemu przez Polaków zaufaniu i tak powinna zostać w Świnoujściu i Szczecinie odebrana”.
Mieszkańcy Świnoujścia dobrze dziś znają górę Golm, która była kiedyś w granicach miasta, a od 1945 r. oddzielona jest od niego granicą i do 1990 r. mało kto o niej w polskim Świnoujściu wiedział. Jest z niej najpiękniejszy widok na miasto i jest też cmentarz, na którym podczas drugiej wojny światowej chowano żołnierzy niemieckich. Ale cmentarz znany jest przede wszystkim dlatego, że pochowano na nim tysiące ofiar nalotu dywanowego na Świnoujście przeprowadzonego 12 marca 1945 r. przez 661 bombowców amerykańskich. Miasto przepełnione było wówczas ludźmi uciekającymi przed Armią Czerwoną. Wśród ofiar byli uciekinierzy, mieszkańcy Świnoujścia, niemieccy żołnierze, naziści, robotnicy przymusowi: Polacy, Francuzi, Holendrzy, Rosjanie... Pochowano ich w masowych grobach na górze Golm i prawdopodobnie w lasach pod Przytorem.
O tych wydarzeniach mówi książka. W czasach PRL nie wolno było o nich w Polsce mówić. W NRD góra Golm była mauzoleum ofiar nazizmu, ale też władze debatowały o likwidacji cmentarza. Chronili go jednak mieszkańcy.
Po zjednoczeniu Niemiec zaczęto urządzać na górze Golm spotkania antywojenne. Ale zaczęli też zjawiać się na niej neonaziści, organizując manifestacje potępiające aliantów, gloryfikujące III Rzeszę, żądające rewizji powojennych granic. Władze RFN ostatecznie ich zakazały, uznając, że manifestacje neonazistów na cmentarzach i w miejscach pamięci są łamaniem prawa i konstytucji.
Od kilku lat co roku, w rocznicę nalotu 12 marca, na górze Golm, ale też na cmentarzu w Świnoujściu, gdzie również chowano ofiary, spotykają się Polacy i Niemcy, najwyżsi przedstawiciele władz Meklemburgii-Pomorza Przedniego, mieszkańcy niemieckiej części wyspy Uznam, przedstawiciele władz i mieszkańcy Świnoujścia. Chylą czoła przed cierpieniem ofiar wojny, ale też przypominają, co było jej przyczyną. Spotkania te są też manifestacjami sprzeciwu wobec neonazistów, są głosem mieszkańców wyspy Uznam na rzecz prawdy, pokoju i dobrego sąsiedztwa. Bywa, że biorą w nich też udział delegacje innych bombardowanych w czasie wojny miast i regionów, m.in. angielskiego Coventry.
Tym samym celom służy działający w Kamminke, u stóp góry Golm, Młodzieżowy Ośrodek Spotkań i Edukacji organizujący liczne polsko-niemieckie spotkania.
Czas wrócić do książki. Nie jest ona monografią, lecz zbiorem artykułów ponad dwudziestu autorów różnych pokoleń, wśród których jest dwóch historyków polskich, w tym dr Józef Pluciński, najwybitniejszy znawca dziejów Świnoujścia. Książka nie mówi tylko o nalocie 12 marca 1945 r., ale też o jego przyczynach i skutkach wojny. O nalocie piszą i historycy, i świadkowie, jest więc w niej pouczająca konfrontacja zobiektywizowanej wiedzy naukowej i jednostkowych wspomnień. Ma więc ona walor edukacyjny, bo stawia przed czytelnikiem problem: co wybierasz - prawdę nauki czy emocje pojedynczych świadków, wiedzę czy legendę?
Najpierw są dwa eseje o dziejach góry Golm. W artykule następnym Niels Köhler, szef ośrodka w Kamminke, pisze o przyczynach i charakterze drugiej wojny, a więc o czasach nazistowskich w Świnoujściu, tłumach entuzjastycznie witających Hitlera, masowym poparciu dla nazistów na Pomorzu. Podaje liczby robotników przymusowych pracujących w Świnoujściu w czasie wojny, pisze o czołowych przedstawicielach nazistowskiej władzy, także o zbrodniarzach wojennych, którzy po wojnie nie zostali w Niemczech osądzeni, a wprost przeciwnie – żyli spokojnie, jak burmistrz niemieckiego Swinemünde Walter Neum, odpowiedzialny za eksterminację Żydów, członek SS i zbrodniczej Kampfgruppe Jeckeln działającej m.in. na Wileńszczyźnie. Köhler pisze jednoznacznie: przyczyną wydarzeń z roku 1945 była agresywna wojna rozpoczęta przez hitlerowskie Niemcy, która wiosną 1945 r. nie nadciągnęła na Pomorze od wschodu, lecz na Pomorze wróciła. Pisząc o przejęciu Świnoujścia przez Polaków, Köhler zaznacza: „Pozostaje mocno podkreślić: pierwsi Polacy nie przybyli do Świnoujścia dopiero w 1945 roku, lecz od 1939 r. Niemcy przywozili ich tu przymusowo z ich ojczyzn. Niektórzy z nich po zakończeniu wojny nieoczekiwanie znaleźli tu swoją nową ojczyznę”.
Stanowisko autorów książki jest wyraźne: agresorami byli Niemcy, o wybuchu wojny decydowali ich przywódcy mający poparcie mas narodu. Köhler wymienia też Niemców – przeciwników nazizmu: duchownych protestanckich i księdza katolickiego Paula Adamusa, opiekuna Polaków, świetnie znającego język polski, który za pomoc Polakom w czasie wojny został wysłany do KZ Dachau.
Kolejny obszerny artykuł szczegółowo omawia dzieje gminy żydowskiej w Świnoujściu. Jego autorki, niemieckie studentki i wolontariuszki ośrodka w Kamminke, podkreśliły, że żaden ze świnoujskich Żydów deportowanych w 1940 r. do gett w pobliżu Lublina nie przeżył wojny.
Dopiero po tych artykułach są w książce artykuły o cmentarzu na górze Golm i nalocie na Świnoujście. Szczególnie ważne są szkice dwóch zawodowych historyków - prof. Rolfa-Dietera Müllera, autora m.in. opracowań o nazistowskiej wojnie totalnej i szefa komisji weryfikującej liczbę ofiar nalotów na Drezno w lutym 1945 r. (komisja ustaliła, że zginęło wówczas 20-25 tys. ludzi, a nie 200-500 tys., jak utrzymywano przez lata) oraz dr. Helmuta Schnatza, autora licznych opracowań na temat wojny lotniczej i masowych bombardowań, w tym naukowej monografii nalotu na Świnoujście (2005).
Rolf-Dieter Müller i Helmut Schnatz zajmują się szczegółami nalotu, ale nie po to, by udowadniać jego okrucieństwo (oni o tym w ogóle nie piszą), lecz by ustalić jego zasadność, cele, liczbę ofiar.
Z ustaleń wynika, że podawana przez lata liczba 20-28 tysięcy ofiar nie jest i nie może być prawdziwa, a zaczęła się pojawiać dopiero w połowie lat 60. Obaj historycy piszą, że w Świnoujściu mogło zginąć do 10 tysięcy osób. Nie można też nazywać Świnoujścia „drugim Dreznem”. Podkreślają, że nalot 12 marca był uzasadniony militarnie i nastąpił po dwukrotnej prośbie dowództwa radzieckiego, które uzyskało informacje o dużej koncentracji niemieckiej floty wojennej w świnoujskim porcie.
Z materiałów amerykańskich wynika, że bombardowany był przede wszystkim port, bo chodziło o zniszczenie floty wojennej. Niemieckie dowództwo dopuściło jednak do ogromnej koncentracji uciekinierów w Świnoujściu, zwłaszcza w okolicach przepraw przez Świnę. To była przyczyna tak wielu ofiar wśród ludności cywilnej.
Rolf-Dieter Müller i Helmut Schnatz z zimną konsekwencją naukowców opisują konteksty nalotu na Świnoujście. Zdecydowanie obalają legendy, obiektywizują relacje świadków. To niezwykle ważne, bo właśnie na legendach, na sugestywnych relacjach pojedynczych świadków opierają się m.in. niemieccy neonaziści dążący do rewizji historii drugiej wojny światowej i uczynienia z Niemców nie jej sprawców, lecz ofiary. Trudno więc zaiste zrozumieć prof. Włodzimierza Stępińskiego, przecież zawodowego historyka, wybitnego pomorzoznawcę, który przeciw tej książce protestuje, odsądzając jej autorów od czci i wiary.
W książce są również relacje świadków. Obszernie cytuje się m.in. wspomnienia Polaka Mieczysława Bonieckiego, robotnika przymusowego, który przeżył nalot i został skierowany do grzebania ofiar. Relacje te są wstrząsające, bo nie mogą być inne, skoro bomby spadły na statek pełen ludzi, na baraki robotników w porcie, na kobiety, dzieci i starców koczujących na kejach, na ludzi, którzy uciekli do parku, licząc, że nie będzie bombardowany, bo nie miał być. Lotnicy mieli jednak nadmiar bomb. Nie chcąc ich zrzucać na miasto, zrzucili je park. Nie spodziewali się, że właśnie tam ludzie będą się chronić. Na pewno jednak „nie polowali na ludzi”, jak głosi legenda.
Przerażająca tragedia, którą trzeba przypominać choćby przez ludzki szacunek dla cierpienia, pamiętając wszak o sprawcach. Obaj autorzy wyraźnie podkreślają, że bez wojny światowej, wywołanej przez Rzeszę, nie byłoby tragedii Świnoujścia. Winne jest też jej ówczesne dowództwo niemieckie, które spodziewało się nalotu, a mimo to dopuściło do panicznej koncentracji uciekinierów w mieście. Uciekali, bo któż nie ucieka przed frontem? Zwłaszcza że błyskawicznie roznosiły się szokujące opowieści o okrucieństwach żołnierzy Armii Czerwonej.
Jest też trzecia część książki mówiąca o latach powojennych: Bernd Aischman opisuje ustalanie nowej granicy polsko-niemieckiej, a dr Józef Pluciński – proces przekazywania miasta Polsce przez Rosjan i osadnictwa polskiego. Są też artykuły o powojennych losach Niemców w Świnoujściu, w tym artykuł dr. Pawła Skubisza ze szczecińskiego IPN o zamordowaniu dziewięciorga więźniów niemieckich i zagłodzeniu około trzydziestu przez funkcjonariuszy UB i MO zimą 1945/46. Sprawa ta kilka lat temu była szeroko opisywana m.in. przez szczecińską prasę, a Adam Zadworny, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, za artykuł jej poświęcony otrzymał w ubiegłym roku polsko-niemiecką nagrodę dziennikarską. W 1946 r. funkcjonariuszom wytoczono proces, otrzymali wyroki od trzech do pięciu lat więzienia, w większości później złagodzone.
Książkę kończą artykuły o powojennych losach cmentarza na górze Golm. Piszą o tym m.in. pastor Otto Simon z Kamminke i jego żona Ingeborg, którzy przez wiele lat opiekowali się cmentarzem. Są artykuły o górze Golm jako miejscu pamięci i prowadzonej tam pracy edukacyjnej z młodzieżą, głównie z Niemiec i Polski. W czasie różnych inicjatyw nie unika się trudnych pytań, bo nie unika się prawdy o drugiej wojnie światowej, jej sprawcach i jej ofiarach. Cel tej pracy jest jasny: chodzi o pokój, dobre sąsiedztwo Polaków i Niemców, o przyszłość, o przeciwdziałanie historycznym mitom i skrajnie prawicowym populistom głównie z NPD. Sytuacja społeczno-ekonomiczna we wschodnich landach Niemiec, a więc także na pograniczu z Polską, powoduje, że znajdują oni posłuch. Ośrodek w Kamminke zaangażowany jest w sieć działań zwróconych przeciwko nim. Umacnia go międzynarodowy charakter organizowanych tam spotkań, a zwłaszcza liczne inicjatywy z Polską, ze Świnoujściem. Zbieżnych inicjatyw na pograniczu polsko-niemieckim, w Niemczech i w Polsce, jest bardzo wiele. Krytykując działalność ośrodka na górze Golm, prof. Stępiński podobnie ocenia je wszystkie.
Tym niemniej warto górę Golm odwiedzić. Warto też przeczytać książkę, która tak nie podoba się prof. Stępińskiemu, mimo że jest wybitnym historykiem. Chodzi jednak o to, żeby czytać ją uważniej niż on.
Na pewno nie jest to książka doskonała. Jej podstawową wadą jest brak wersji polskiej, a choćby streszczeń po polsku.

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 22.03.2011