ESEJ Nie tylko o chojeńskiej Terra Incognita

OD dwóch lat działa w Chojnie Stowarzyszenie Terra Incognita, czyli Ziemia Nieznana, albo (z większą estymą) Ląd Nieznany. Nazwa jest intrygująca, choć cele organizacji określono w statucie prosto: „Jesteśmy stowarzyszeniem, mającym na celu propagowanie historii i kultury regionu dawnej Ziemi Chojeńskiej. Obejmujemy swym zasięgiem gminy Banie, Chojna, Cedynia, Gryfino, Mieszkowice, Trzcińsko-Zdrój, Widuchowa”.
A jednak zastanawiają w tych dwóch zdaniach dwa czasowniki i ich liczba mnoga: „jesteśmy”, „obejmujemy”. Jakby je wyjęto z konstytucji albo też programowej deklaracji odkrywców, pionierów, opiekunów.
Zaginiona Nowa Marchia
W każdym razie „region dawnej Ziemi Chojeńskiej” to także część historycznej Nowej Marchii – krainy zaginionej w zawieruchach czasu, która istniała od XIII/XIV wieku, a w 1945 roku wsiąkła w przeszłość i zanikła. Jej zachodnia granica opierała się przez siedem wieków o Odrę, przekraczając ją bardziej na zachód tylko w stronę Cottbus, wschodnia sięgała Drawy, od północy miała Księstwo Pomorskie (Prowincję Pomorską), na południu Wartę i Noteć. Widać już z tego, że po drugiej wojnie światowej niemal w całości przypadła Polsce. Jako że w polskiej historiografii wcześniejszej nigdy nie opisywano jej chwalebnie, jako że była w państwie polskim czymś złym – zniknęła. Jeśli o niej mówiono – to w kontekstach bardzo nieciekawych, a jeśli trzeba było mówić inaczej, używano nazwy-wybiegu: Ziemia Torzymska.
Przez wiele powojennych lat nikt się w zasadzie Nową Marchią systematycznie nie zajmował: historycy polscy – bo uważali, że po co, skoro należy do historii Niemiec (Brandenburgii), a „państwowi” historycy niemieccy – bo uważali (zobligowani m.in. polityczną poprawnością), że skoro po 1945 r. została na wschodzie, po tamtej stronie Odry, to do historii Niemiec nie należy.
Przepadła więc Nowa Marchia po obu stronach Odry. W centrum Europy, w miejscu, w którym historia wciąż była gorąca, w którym uparcie powtarzano, jak ważne jest jej poznawanie - dla tożsamości, kultury, świadomości. Tak czy inaczej zapominanie Nowej Marchii powinny stać się tematem pasjonującego eseju.
Podobnie jak dzisiejsze jej odkrywanie. Na dobre zaczęła to w 2003 roku Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gorzowie, inaugurując trwający do dziś cykl spotkań: „Nowa Marchia – prowincja zapomniana – Ziemia Lubuska – wspólne korzenie”. Nazwa stowarzyszenia chojeńskiego – Terra Incognita – jest bliska gorzowskiemu hasłu, a jednocześnie przesłaniu. O sile związków stowarzyszenia z Nową Marchią – Lądem Zaginionym, Krainą Odkrywaną – świadczą artykuły w jego organie, „Roczniku Chojeńskim”, czy też apel prof. Radosława Gazińskiego, historyka ze Szczecina, badacza nowomarchijskiej gospodarki, który na jednym ze spotkań w Chojnie apelował o pisanie historii Nowej Marchii.
Opiekunowie dziedzictwa
Działalność Stowarzyszenia Terra Incognita, które gromadzi pasjonatów historii (także historyków zawodowych), jest dobrym przykładem współczesnej pasji odkrywania.
Oczywiście, że ujawnia się ona nie tylko w Chojnie i wśród ludzi z nią związanych. Nie jest to również signum lat ostatnich, chociaż dopiero po 1990 roku ruch ten, zwłaszcza na ziemiach, które Polska objęła po 1945 roku, stał się – by rzec grubiańsko – oddolny, co znaczy autentyczny i spontaniczny. Stał się prawdziwym odkrywaniem lądów, na których się mieszka, i zagadek losu.
Dzisiejsi odkrywcy niemal codziennie informują o swoich dokonaniach, o tym, gdzie są i co obejmują w swoje dziedzictwo. W wielu wypadkach, a już szczególnie tam, gdzie odkrycia nie są ulotne, inspirują się nimi i tworzą nowe jakości. Na przykład wynaleźli kiedyś w Barlinku, że mieszkał tam światowej sławy niemiecki szachista żydowskiego pochodzenia, przyjaciel Alberta Einsteina, Emanuel Lasker (1868-1941) – i ma teraz Barlinek znany Międzynarodowy Festiwal Szachowy jego imienia. Przed kilkunastoma laty Marianowo odkryło dla siebie Sydonię von Borck (a niedawno – idąc jej śladem – XIX-wiecznego pisarza, Theodora Fontane) i ma z tego coroczne imprezy, artystyczne plenery, ulicę Sydonii, książki, Stowarzyszenie Opieki nad Dziedzictwem Marianowa i wciąż niespełnione nadzieje. Wolin odkrywa Słowian i wikingów, Trzebiatów (och, Trzebiatów!) – Jana Bugenhagena i wielu innych, wśród nich wielkiego Lyonela Feinigera, Kamień Pomorski – prof. Ewalda Kleista (ale przecież nie tylko jego), Zielin – poetę Gottfrieda Benna (za sprawą poety, Wojciecha I. Strugały, chociaż obu się tam chyba zapomina).
Przykłady można by mnożyć, od całych regionów po większe i mniejsze ośrodki: Police, Stargard (wskutek tych odkryć już nie chce być Szczeciński), Choszczno, Drawno, Szczecin, Świnoujście, Koszalin, Darłowo, Szczecinek, Łobez, Złocieniec....
Ląd zagubiony i nieznany – terra incognita – Starostwo Drahimskie, odkryli kilkanaście lat temu pasjonaci z Tempelburga/Czaplinka i okolic. Dziś mają z tego m.in. bitwy rycerskie na starym zamku w Starym Drawsku/Drahimiu i Miody Drahimskie, eksportowy szlagier.
Odkrywanie fascynacji
Społeczna pasja odkrywania narasta. Całkiem niedawno jedna z takich notorycznych odkrywczyń, Joanna Kościelna, studentka US, wynalazła, że z Chojną i Trzcińskiem-Zdrojem związany był Paul Tillich (1886-1965), wielki dwudziestowieczny filozof i teolog. 20 sierpnia mija 125. rocznica jego urodzin. Na jesień Stowarzyszenie Terra Incognita przygotowuje raczej nie jednorazowe spotkanie mu poświęcone. Słusznie, bo pełno go w światowych encyklopediach, są także tłumaczenia na polski i opracowania po polsku oraz wyraźnie inspiracje w jego twórczości przemyśleniami chojeńskimi (nowomarchijskimi).
Spontaniczna pasja odkrywania ogarnia coraz bardziej także lata powojenne – to zjawisko dziś nowe. Czas i wydarzenia sprawiły, że lata te stały się historią, są intrygujące, warte odkrywania. Jeszcze do niedawna były na to zbyt niedawne.
Zaczynają ciekawe być miejsca, które były niedostępne, albo nie były odczuwane jako ciekawe, na przykład schrony pod dworcem Szczecin Główny, szczecińskie Niebuszewo i szczecińska moderna, zaułki Stargardu, gmach Urzędu Wojewódzkiego. Miejsc do odkrywania, intelektualnego ale i uczuciowego (sentymentalnego) zagospodarowania, wciąż przybywa.
Odkrywaniu towarzyszy zapominanie – normalna, druga strona tego samego medalu. Bo też nie wystarczy odkryć – trzeba zapisać, utrwalić w znakach i przedsięwzięciach, ponawiać, zadbać o dostępność wiedzy, obejmować codzienną opieką. Potrzebne są więc informatory, wydawnictwa, spotkania, a wreszcie archiwa, izby muzealne, muzea – placówki długiej ochrony pamięci i dziedzictwa.
Po co to wszystko? Bo znacznie lepiej mieszka się w miejscu, które chce się odkrywać i poznawać, w którym chce się być. Które jest ciekawe przede wszystkim dla mieszkańców i ten swój walor, ten skarb potrafi pomnażać. Warto pamiętać, że są gdzieś miasta, których mieszkańcy nie kwapią się nawet z wyjazdami na urlop, bo szkoda im z fascynacji własnym miastem cokolwiek utracić.
Kim jest odkrywca?
Im bardziej krytyczna jest pasja odkrywania, tym większa szansa, że nie wyczerpie się siła jej inspiracji. Dlaczego jednak tak bardzo angażuje? Bo w gruncie rzeczy cokolwiek się odkrywa – odkrywa się w sobie i dla siebie. Odkrywanie faktów, miejsc i postaci, zagubionych w historii i ludzkiej niepamięci, jest w zasadzie odkrywaniem w sobie białych przestrzeni niepoznania i dążeniem do ich wypełnienia.
Odkrywca to jest ktoś, kto istnienie nieznanych lądów odczuwa z taką wewnętrzną siłą i przymusem, że musi wyruszyć na ich odkrywanie – w czas, w przestrzeń swojej wyobraźni. Tam są prawdziwe lądy nieznane – Terra Incognita.
Jeśli wmyślić się w cytowane na wstępie słowa statutu stowarzyszenia z Chojny – „jesteśmy”, „obejmujemy” – w Chojnie muszą myśleć właśnie tak.
Ale nie tylko w Chojnie.

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 07.07.2011