Między małą ojczyzną a Heimatem

Z dziejów tożsamości społecznej na polskich ziemiach zachodnich i północnych

W języku polskim niemieckie słowo Heimat nie ma odpowiednika. Nie znaczy to jednak, że kultura polska nie zna zjawisk, które można by nim opisać. Łatwo przecież wskazać zjawiska i teksty, związane z różnymi regionami, które wykraczają poza pole semantyczne słowa „region” (1). W dokumentach z pierwszych lat osadnictwa polskiego na ziemiach zachodnich i północnych po drugiej wojnie światowej znajduje się mnóstwo informacji o sporach między – dajmy na to – poznaniakami, lwowiakami i wilnianami, o krakowskich czy warszawskich „charakterach”, o tęsknocie osadników do „swoich stron”. Są to właśnie znaki rzeczywistości, do opisu których świetnie nadawałoby się słowo heimat i terminologia „ojczyźniana” (Heimatkultur), gdyby w języku polskim istniała.

W polszczyźnie jest określenie „mała ojczyzna”, od kilkunastu lat bardzo modne, utożsamiane z niemieckim Heimat. Zanim się pojawiło i zostało zaaprobowane, zwłaszcza w odniesieniu do ziem zachodnich i północnych, musiały zajść w Polsce głębokie zmiany polityczne i społeczne. Zaraz po wojnie na pewno pojawić by się nie mogło. Polscy osadnicy zamieszkiwali przecież ziemie do niedawna niemieckich, które nie były dla nich ojcowizną ani ziemiami rodzinnymi. Świadomość „bycia u siebie”, podstawowy warunek uznania jakiejś przestrzeni za małą ojczyznę, musiała dopiero powstać (2). Prześledźmy pobieżnie ten proces.

Rok 1945 – świadomość gotowa

Pierwsi polscy osadnicy nie znali tych ziem z własnego doświadczenia, nie przeżyli na nich dzieciństwa, kiedy to tworzą się szczególnie silne więzi emocjonalne z otoczeniem. Nie łączyła ich z tymi ziemiami żadna mitologia, oprócz odwiecznej – jak mówiono wtedy powszechnie – wrogości do Niemców i tego, co niemieckie. Władze postanowiły więc dać osadnikom świadomość niejako gotową. Im nie pozostawało nic innego, jak ją przyjąć i uznać za swoją. Sprzyjało to prowadzonej przez władze nowej Polski polityce faktów dokonanych, które na planowanej na rok 1949 konferencji pokojowej mogłaby rządowi z Warszawy dać podstawę do twierdzenia, że ziemie zachodnie i północne zostały całkowicie zintegrowane z państwem i narodem polskim. Nie było więc wówczas szans, aby ludność mogła budować swoją odrębność, lokalną czy regionalną tożsamość. Osadnicy musieli (ale i chcieli) umacniać związki z ojczyzną ideologiczną, nawet jeśli wobec nowych władz nowego państwa polskiego byli bardzo krytyczni.

Świadomość integracji z Macierzą (tak się wtedy mówiło) tworzono przy pomocy zabiegów językowych, inaczej mówiąc, metodami propagandy. Mówiono więc o tych ziemiach: „ziemie dawne”, „ziemie stare”, „ziemie nowe”, wreszcie „ziemie odzyskane” (powołano Ministerstwo Ziem Odzyskanych), które „wróciły do Macierzy”, albo Macierz wróciła do nich. Na całym ich obszarze aktualizowano tradycję piastowską, niezależnie od faktycznych związków historycznych tych ziem z Piastami. Tradycja Polski Piastów, zainteresowanej Słowiańszczyzną zachodnią i ekspansją na zachód, a więc Polski – jak rozumiano wtedy – antyniemieckiej, stała się czymś w rodzaju doktryny państwowej. Jedna z pierwszych książek wydanych po wojnie w Szczecinie miała tytuł „W piastowskich grodach Pomorza Zachodniego”, a napisał ją pierwszy powojenny szczeciński kurator oświaty, Stanisław Helsztyński (3). Polskę Piastów przeciwstawiano Polsce Jagiellonów, o której mówiono, że – mimo niewątpliwych sukcesów, jak choćby zwycięstwo pod Grunwaldem – odwróciła się od Zachodu w stronę Wschodu, a straciwszy zainteresowanie dla „piastowskich ziem nad Odrą i Bałtykiem”, bezsensownie konkurowała o prymat z Rosją. W orientacji wschodniej Jagiellonów, a więc w zmianie kierunku ekspansji państwa, widziano przyczyny jego upadku w wiekach późniejszych. Powrót do idei piastowskiej miał zapewnić Polsce, wspieranej przez sojusz z ZSRR, bezpieczną przyszłość.

„Swoje” strony

Pierwszym osadnikom dano więc wspólną mitologię, mówiąc im, że „wracają na swoje, czyli odwieczne ziemie Piastów, wywalczone i odzyskane skutkiem sprawiedliwego wyroku dziejów”. Dla niedawnych jeszcze mieszkańców Wilna, Krakowa, Poznania czy Lwowa „swoje” nie mogło przecież znaczyć „zachodniopomorskie” (nic by to im nie mówiło), ani tym bardziej rodzinne, lecz przede wszystkim polskie. „Swoje” i „rodzinne” zostawili tam, skąd przyjechali. Wierzyli więc w to, że osiedlają się na ziemi pradawnych przodków, mitycznych praojców Słowian, że po wiekach germanizowania przywracają tej ziemi jej prawdziwą kulturę. Słowiańską, co wtedy na tych ziemiach znaczyło polską. Gdy jednak opuszczali tak zmitologizowaną przestrzeń, jadąc w przestrzeń realną, na święta czy urlopy do miejscowości, z których przybyli, mówili, i to jeszcze wiele lat potem (trafia się to także dziś): „Jadę w swoje strony”, „Jadę do siebie”, „Jadę do Polski”. A kto pochodził z Kresów wschodnich, stwierdzał: „Ja w swoje strony pojechać nie mogę”.

Adaptacja w nowym miejscu zamieszkania nie była łatwa. Utożsamienie się z nim, z nową przestrzenią, nową społecznością, nie mogło pojawić się z dnia na dzień. Jeszcze dziś charakterystyczne są wyznania Ukraińców, którzy w wyniku akcji „Wisła” od 1947 roku mieszkają na ziemiach zachodnich i północnych (4). Wielu z nich po 1990 roku systematycznie jeździ do swoich rodzinnych miejsc, na ojcowiznę, niejeden na nią wrócił, jeśli miał do czego. Wasyl Bilo z Trzebiatowa, którego rodzinna wieś w Polsce południowo-wschodniej została zniszczona podczas działań roku 1947, mówi: „Marzę, aby wrócić w rodzinne strony. Drewniany domek, noc cieplutka, a ‘tu’ (w Trzebiatowie – B.T.) zimno. Każdy by chciał wrócić, ale trzeba mieć możliwości do powrotu. (…) Dzieci co roku wyjeżdżają na ‘Watrę’ łemkowską do Żdyni” (5). Zacytujmy jeszcze żonę Wasyla Bilo, Darię Walicką-Bilo: „Strasznie tęsknię za wyjazdem na Ukrainę. Nabieram wtedy siły, witalności” (6).

Repolonizacyjna misja

Jak rodziły się pierwsze związki osadników z nowymi ziemiami? Polacy osiedlali się na nich po wojnie z różnych powodów. Mniej więcej jedna trzecia z racji utraty ziem rodzinnych na Kresach, większość, pochodząca z centralnej Polski – z własnej woli albo wskutek nakazów pracy, czyli przymusu administracyjnego. Pierwsza faza osadnictwa była dobrowolna. To był „żywiołowy pęd na Ziemie Odzyskane” – jak pisano w jednym z dokumentów Polskiego Związku Zachodniego (7). Pierwsi osadnicy, zwłaszcza z Poznańskiego, jechali „na dawne ziemie Piastów” z poczuciem repolonizacyjnej misji, a miasta Wielkopolski obejmowały patronat nad miastami nowych ziem.

Dla osadników wojskowych ważny był motyw przelanej krwi w walce o te ziemie. Wdowa po żołnierzu, który zginął na froncie, tak uzasadniała w piśmie do władz wniosek o przyznanie jej gospodarstwa: „Mąż poszedł do Armii Polskiej 14.11.1944 roku, a został zabity 3 maja 1945 roku przy forsowaniu rzeki Elby (…) i moje pragnienie i dążenie jedynie było i jest, żeby osiedlić się na tych terenach, odzyskanych i przyłączonych do Polski, gdzie mój mąż walczył i zginął bohaterską śmiercią, by tu pracować dla dobra Narodu Polskiego i podniesienia na tych terenach Polskości” (8).

Żołnierze frontowi (osadnicy wojskowi), jak też osadnicy z Wielkopolski i Polski centralnej, zachowywali się często na tych ziemiach jak zdobywcy. Demonstracyjnie pokazywali, że działają w interesie państwa, w imieniu ojczyzny ideologicznej. Charakterystycznie pisał o tym żołnierz, osadnik spod dzisiejszych Boleszkowic (dawniej Fürstenfelde): „Było bardzo dziwnie, gdyśmy przyjechali na to osadnictwo, ale prędko oswoiliśmy się. Dostałem gospodarkę, w której była niemiecka rodzina, wydaliłem ją z gospodarstwa i zamieszkałem tam. Gdy wstaję rano, mam wszystko gotowe, po śniadaniu idę po niemców i biorę ich do roboty. (…) Wierzę, że już w krótkim czasie będę mógł żyć zamożnie i pracować dla siebie i naszej ukochanej Ojczyzny, żeby więcej Niemiec nie pluł nam w twarz” (9).

Nowe miejsce zamieszkania było „swoje” o tyle, o ile sakralizowała je walka z Niemcami, krew, rachunek krzywd i zwycięstwo – czy to w sferze mitów i symboli, po wiekach klęsk, czy też w rzeczywistości bardzo realnej, bo na frontach drugiej wojny światowej. Dobrowolni osadnicy i osadnicy wojskowi zaczynali na tych ziemiach swoje życie jako wykonawcy sprawiedliwego wyroku historii (tak wtedy mówiono), pogromcy Niemców. Pogląd taki jest wyraźny w dziennikach pierwszego prezydenta Szczecina, Piotra Zaremby. 5 lipca 1945 roku, w dniu przejmowania władzy w Szczecinie od niemieckiego zarządu miasta, Zaremba zanotował: „Po niemiecku zwracam się do Niemców, podając im tylko do wiadomości, że ci i ci panowie przejmą w dniu jutrzejszym te i te wydziały. Ponadto komunikuję, że kierujące osoby niemieckiego byłego Zarządu winne miasto opuścić, ale jedynie po uzyskaniu mojej imiennej zgody. Niemcy nie przemówili przez cały czas ani słowa. Chwila wymarzona, od lat pożądana. Zdaje mi się, że w całej Polsce nie ma miasta, gdzie Niemcy zdali władzę w tak zimny, wyrafinowany sposób – bo wszędzie byli tylko wypędzani” (10).

Semantyczne oswajanie przestrzeni

Zdarzało się, że gospodarstwa obejmowali rolnicy, którzy pracowali na nich podczas wojny u niemieckich gospodarzy. Jeden z takich rolników pisał do urzędu: „A co (…) się znajduje to jako będąc robotnikiem w niewoli na tej gospodarce utrzymałem i proszę o przyznanie mnie, jako ja na niej się męczyłem i pragnę mieć” (11). Inny przypadek to Herman W., stolarz urodzony w Berlinie, który w 1920 roku przyjechał (tu cytat z jego prośby o przyznanie obywatelstwa polskiego) „w województwo Nojmark do Kinigsbergu”. Chciał w dzisiejszej Chojnie pozostać. Nie mógł tego uczynić bez zgody władz, więc aby przekonać urzędników, pisał, że jest katolikiem, do żadnej partii niemieckiej nie należał, ze strony Niemców doznał dużo przykrości, a jego „dziadek z matki strony pochodził z Kongresówki” (12). O tym więc, czy będzie mógł zostać w Chojnie, nie decydowały jego wieloletnie związki z miastem, lecz to, czy spełnia kryteria przynależności do ojczyzny ideologicznej, ustalone przez władze centralne.

Ciekawe relacje między osadnikami a przestrzenią kulturową dokumentuje wydarzenie, w które zaangażowała się grupa ludzi, w tym przedstawiciele władz, w Dębnie (dawniej Neudamm) we wrześniu 1946 roku. Od listopada 1945 roku w tamtejszej składnicy złomu pracował głuchoniemy osadnik (wtedy mówiło się: repatriant), który – jak wynika z pism urzędowych – przyjechał z okolic Stanisławowa (dziś Iwanofrankiwsk na Ukrainie), a któremu w podróży skradziono dokumenty. Nie wiadomo więc było, ani kim jest, ani jak się nazywa. Pracownicy firmy, chcąc mu pomóc, napisali list do starosty: „Wyżej wymieniony głuchoniemy jest w dodatku analfabetą, tak że nie można stwierdzić jego nazwiska. Nie posiadając żadnych papierów osobistych, jest on często narażony na przykrości. Wobec tego upraszamy Starostwo Powiatowe o nadanie mu nazwiska. Zebranie wszystkich pracowników uchwaliło, aby nadać mu nazwisko ‘Repatryant’ i imię ‘Franciszek’” (13).

Całą sprawę można by potraktować jako jedną z wielu smutnych powojennych historii, gdyby nie propozycja nazwiska i imienia. Wszystko wskazuje bowiem na to, że w owym głuchoniemym analfabecie wnioskodawcy widzieli symbolicznego reprezentanta „repatriantów” (imię Franciszek było wtedy popularne), ikonę ludzi, którzy nie mają głosu, których po prostu trzeba nazwać.

Starosta nie mógł załatwić wniosku ze względu na kompetencje, dlatego przekazał ją do Urzędu Wojewódzkiego w Szczecinie. Ale i on potraktował tego człowieka jak ikonę. Zaproponował bowiem, aby nie nadawać mu nazwiska „Repatryant”, lecz „Zabugowski”, bo przyjechał zza rzeki Bug, albo „Dębski”, bo mieszka w Dębnie. Sprawa ciągnęła się ponad dwa lata. Ostatecznie 7 grudnia 1948 roku Urząd Wojewódzki wystawił dokumenty. Ustalono owemu mężczyźnie datę urodzenia: 7 grudnia 1912 roku, wymyślono rodziców: Antoniego i Marię, z domu Krzemińską, nadano imię Franciszek, nazwisko Zabużański, bo – jak słusznie argumentowano – Zabugowski mogłoby brzmieć ironicznie (14). To nadanie głuchoniememu analfabecie nazwiska tak semantycznie nacechowanego, symbolicznie ilustruje proces uświadamiania sobie przez osadników tego, kim są w nowym miejscu zamieszkania i nowej przestrzeni kulturowej. Tę przestrzeń chcieli semantycznie oswoić.

Spontanicznie nadawali nazwy miejscowościom. Dla przykładu: wieś pod Chojną nazwali Nadwodna od nazwiska pierwszego wójta gminy, którego bardzo cenili. Były wsie o nazwach Akowo, Kościuszki, Narvik, wskazujących na osobiste doświadczenia osadników, ale też takie, które włączały ziemie zachodnie w symbolikę ojczyzny ideologicznej: Piastów, Chrobryń, Wojciechowo, Gniazdowo, Jurandowo, Placówka. Liczne z tych nazw, nadawanych z autentycznej potrzeby oswojenia obcej przestrzeni, władze zastąpiły potem nazwami historycznymi, o językowym – jak mówiono – rdzeniu słowiańskim, odtworzonymi według metody ks. Stanisława Kozierowskiego (15). Wielu nazw starych i tradycyjnych odtwarzać zresztą nie trzeba było, wystarczyło je spolszczyć (zreslawizować), bo etymologicznie słowiańskie nazwy weszły z wiekami w obręb leksyki niemieckiej. Gdy po wojnie je spolszczano, były dobitną ilustracją tezy, że Polska, „zrywając wielowiekowy nalot niemczyzny”, wraca na swoje dawne ziemie. Jednak osadnikom, którzy zaczęli się na tych ziemiach zagospodarowywać, nazwy te często nic nie mówiły.

Również nazwy, jakie nadawano ulicom w miastach, podkreślać miały łączność tych miast z ojczyzną ideologiczną, włączać je w przestrzeń polskiej symboliki, nie zaś ułatwiać orientację w przestrzeni rzeczywistej. Dla przykładu: w Szczecinie nazwę ulicy prowadzącej na zachód, w kierunku Berlina, a więc Berliner Straße, zastąpiono nazwą ul. Mieszka I. Niemiecka nazwa odwoływała się do topografii, polska – do przestrzeni symbolicznej, narodowej mitologii, jakby miała upewniać mieszkańców Szczecina, że są u siebie, w swojej przestrzeni, że ze strony Niemców nic im nie grozi, bo przecież Mieszko I pokonał ich w bitwie pod nadodrzańską Cedynią.

Podobnie było w Trzebiatowie, choć można by wziąć pod uwagę każde inne miasto ziem zachodnich i północnych. Andrzej Chludziński podaje, że w czasach niemieckich aż 35 procent nazw tamtejszych ulic utworzono od lokalnych nazw topograficznych, miały one bowiem ułatwiać ludziom orientację. Dziś nazw polskich o takiej proweniencji w Trzebiatowie prawie nie ma (16). Nazwy nadawane po wojnie w nowej makroprzestrzeni Polski miały potwierdzać związek miasta z ojczyzną ideologiczną, bo Trzebiatów nie istniał jeszcze wtedy jako polska mała ojczyzna. Nowi mieszkańcy jeszcze jej tam nie mieli, albo inaczej – nie rozpoznali, nie utożsamili się z miejscem. Można powiedzieć, że w gruncie rzeczy obojętne im było, gdzie na ziemiach zachodnich i północnych mieszkają, byle to była Polska, a dokładniej – państwo polskie.

Ważnymi punktami waloryzującymi przestrzeń, obok kościołów i siedzib władz, były stacje i dworce kolejowe. Niejeden z osadników wybierał w pobliżu mieszkanie bądź dom, nawet jeśli były w nie najlepszym stanie, żeby w razie powrotu Niemców móc szybko uciec.

Osadnicy próbowali nowej przestrzeni nadawać cechy przestrzeni, którą znali, która dawniej była ich. Robili to przy pomocy nazw, szukali też miejsc i krajobrazów, które uznaliby za swoje, ojczyźniane. Katarzyna Suchodolska, świetna pisarka, pochodząca z Polesia, a mieszkająca po wojnie w Szczecinie, odnajdowała z mężem poleskie krajobrazy nad zachodniopomorską Drawą. Pisała o tym m.in. w książkach: Ciche trawy (1966), Jedenaście bajek o kwiatach (1984) Echo nad bindugą (1986). Oswajano przestrzeń za pomocą symboli religijnych i narodowych. Przesiedleńcy przywozili ze sobą pamiątki z ziem rodzinnych, m.in. przedmioty kultu, jak choćby obrazy Matki Boskiej Ostrobramskiej. Relikwie pozwalały im czuć się bezpieczniej w nowej przestrzeni. Sakralizowano ją, święcąc kościoły i cmentarze protestanckie w obrządku katolickim.

Zrywanie nalotu niemczyzny

Drugim aspektem oswajania przystrzeni było niszczenie śladów kultury i pamięci niemieckiej, wykorzenianie jej. Zrywano więc niemieckie symbole, napisy, szyldy, wyrzucano z bibliotek niemieckie książki, z muzeów, zwłaszcza z lokalnych izb pamięci – zabytki. Zniszczono bardzo wiele dokumentów. Były niemieckie, a więc w potocznym rozumieniu zbędne. Skutkiem tego przestały istnieć m.in. muzea w Trzebiatowie, Dębnie, Łobzie, a zbiory, które udało się uratować specjalnym ekipom, wywożono do Szczecina i placówek w centralnej Polsce. Pracownicy muzeum w Stargardzie znaleźli kilka lat temu liczne stargardzkie zabytki i książki w bibliotekach uniwersytetów w Łodzi i Toruniu, są także w Szczecinie i w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Było też i tak, że ze Szczecina (choć nie tylko) wywożono książki i dzieła kultury niemieckiej, a z muzeów i bibliotek centralnej Polski sprowadzano dzieła i księgozbiory polskie. Po latach zaczął się proces rewindykacji dzieł sztuki, który trwa do dziś.

Na ziemiach zachodnich i północnych zewsząd miały zniknąć napisy niemieckie, nawet z cmentarzy i obrazów w kościołach. Zupełnym unikatem jest więc kompletna droga krzyżowa z niemieckimi napisami, zachowana w malutkim XIV-wiecznym kościele we wsi Lubiesz (dawniej Lubsdorf) w powiecie wałeckim. Stało się tak zapewne z tego powodu, że jest to już historyczna Wielkopolska, przedwojenne pogranicze niemiecko-polskie, kościół zawsze był katolicki, a we wsi przed 1945 rokiem mieszkało wielu Polaków.

Jeszcze na początku czerwca 1948 roku, mimo wcześniejszych rygorystycznych zarządzeń, starosta gryfiński nakazywał usuwanie niemieckich napisów „z budynków, sklepów, popielniczek, cmentarzy, podstawek do piwa, jeśli nie są to przedmioty zabytkowe” (17). W sprawozdaniu Wydziału Społeczno-Politycznego UWS za drugi kwartał 1948 roku czytamy: „Na terenie Szczecina prawie że już nie ma śladów niemieckich, za wyjątkiem cmentarzy, z których to w najbliższym czasie wszelkie napisy niemieckie zostaną usunięte” (18). Trudno jednak było to wykonać, o czym świadczy sprawozdanie za pierwszy kwartał roku następnego: „Wyjątek stanowią cmentarze niemieckie, gdzie na nagrobkach widnieją jeszcze napisy niemieckie, a usunięcie których nie jest na razie możliwe z rozmaitych względów, między innymi na drażliwy charakter kultu religijnego” (19).

Tak zwana akcja repolonizacyjna była rygorystyczna, dotyczyła całej sfery języka. Cytowany już starosta gryfiński pisał: „Należy zwrócić uwagę na posługiwanie się językiem niemieckim w życiu prywatnym, a także w szkołach przez uczącą się młodzież. W przypadku ujawnienia używania przez młodzież mowy niemieckiej należy wzywać rodziców i wskazywać na niestosowność takiego stanu rzeczy (…). W stosunku do osób ujętych na gorszącym uczynku nieuzasadnionego demonstracyjnego posługiwania się językiem niemieckim, jak również wobec osób, które w inny sposób sabotują akcję repolonizacyjna, spisywać doniesienia karne (…) z art. 18 prawa o wykroczeniach. Wobec osób, które nie występują czynnie, ale w sposób bierny przejawiają tendencje do kultywowania niemczyzny, tolerują ją i nie przeciwdziałają, donosić mi osobiście” (20). Takie zarządzenia wydawano w ślad za odpowiednimi zarządzeniami władz centralnych.

Walka o pamięć

Opisane wyżej działania miały ułatwić kreowanie na tych ziemiach kultury polskiej. Zabraniano jednocześnie kultywowania pamięci o dawnych małych ojczyznach, zwłaszcza o Kresach, które starano się za wszelką cenę wykreślić ze społecznej pamięci (21). Uważano, że kultywowanie pamięci o dawnych stronach rodzinnych wpływałoby destrukcyjnie na proces tzw. repolonizacji ziem zachodnich i północnych. Świadomie więc niszczono tradycyjną kulturę pamięci.

Czym jest pamięć, mówił po latach Ryszard Kapuściński, który ojczyznę swojego dzieciństwa zostawił w białoruskim dziś Pińsku. Zacytujmy fragment wypowiedzi wygłoszonej podczas nadania Kapuścińskiemu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego. „Pamięć jest niezbędnym składnikiem małej ojczyzny. Pozwala nam zachować ją we wspomnieniu, nawet jeżeli utracimy z nią kontakt bezpośredni. Tak długo, jak żyjemy i gdziekolwiek jesteśmy, pozostaje ona cząstką naszej tożsamości, naszym znakiem identyfikacyjnym. Ma to szczególną wartość dziś, bowiem dla wielu ludzi ich miasto, ich region, ich mała ojczyzna stanowią tarczę, niszę, pożądaną osłonę przeciw gwałtownym postępom niwelującej wszystko globalizacji” (22).

Pamięć ojczyzn prywatnych przechowywano w domach. W życiu społecznym aż do końca lat osiemdziesiątych nie było mowy o jej manifestowaniu. Na ziemiach zachodnich i północnych chciano bowiem wykreować nowy typ obywatela, wolnego od związków z tym, co minione. W 1960 roku Feliks Fornalczyk, znany ówcześnie i poważany krytyk literacki z Poznania, mieszkający przez pewien czas w Szczecinie, pisał: „Pamiętajmy, że Ziemie Zachodnie są wylęgarnią nowego prężnego typu Polaka. Złożyło się na to szereg czynników, nie występujących w tej mierze w innych regionach kraju. Na Zachód udało się właśnie najwięcej młodego, odważnego i energicznego elementu, który miał tam wyjątkową szansę zabezpieczenia w krótkim czasie swojej pozycji materialnej i społecznej. (…) Za kilka czy kilkanaście lat będzie to miało niebywałe następstwa dla całego kraju. Z zachodnich krańców ruszy powrotną falą napływ młodych, energicznych, wykształconych i utalentowanych ludzi na centralne ziemie Polski. I będzie to zjawisko bardzo korzystne” (23).

Taka była oficjalna strategia polityki wewnętrznej PRL. Na ziemiach zachodnich i północnych stosunkowo łatwo było ją do pewnego czasu prowadzić, bowiem niewielu ich mieszkańców miało z nimi wcześniejsze pokoleniowe związki. Jedynie tzw. autochtoni, ludzie tu urodzeni, a tych poza Opolszczyzną, Kaszubami i Warmią, było niewielu. Mogli w powojennej Polsce pozostać pod warunkiem, że wypełnią deklarację wierności narodowi polskiemu i przejdą proces weryfikacji. Jeśli związków z polskością, ojczyzną ideologiczną, nie udowodnili, byli wysiedlani do Niemiec.

Postawa trwania

W pierwszych latach po wojnie osadnicy musieli adaptować się do nowych warunków. O tych, którzy tego nie potrafili, jest w dokumentach archiwalnych bardzo mało wzmianek, jakby nie istnieli. Jeden z osadników w skardze na swoich sąsiadów pisał: „Nadmieniam, że wspólnicy moi nic się nie interesują gospodarstwem, nic w nim nie robią (…), jednak mówiąc prawdę muszę powiedzieć, że (…) z gospodarstwa nic nie wywożą i nic nie sprzedają” (24). Nie wiadomo, ilu było takich ludzi, wiadomo jednak, że wielu mieszkańców tych ziem bardzo długo nie remontowało swoich domów i mieszkań. Miało to nie tylko przyczyny ekonomiczne.

W listach pierwszych osadników charakterystyczne jest dowartościowywanie czasu. Jeśli zwracali się do władz o pozytywne dla nich załatwienie jakiejś spornej sprawy, podkreślali dawność swoich związków z przestrzenią („jestem tu dawno”, „jestem pierwszym pionierem” (25), co miało być potwierdzeniem ich praw do ziemi, domu czy mieszkania. W kwietniu 1949 roku kilku gospodarzy z Morynia wystosowało list do miejscowych władz. Prosząc o przyznanie im ogrodu, argumentowali: „Z powodu że my miejscowi po pierwsze” (26).

W pierwszych latach urzędy lokalne często informowały w raportach, że ludzie uciekają z nowych ziem do Polski centralnej. Ale częste były również informacje, że ci, którzy zostawali (albo uciec nie mieli dokąd, bo ich gospodarstwa zostały „za Bugiem”), szybko zaczęli bronić swego. Jeden z osadników pisał: „Mając na uwadze, iż prośba moja zostanie załatwiona przychylnie, gdyż 4 ha obsiałem własnym inwentarzem i swoim nasieniem” (27). Osadnicy liczyli na opiekę państwa, a nawet więcej: żądali tej opieki. Bali się wojsk sowieckich i bywało, że uciekali z regionów, gdzie stacjonowały. Bardzo poważana sytuacja panowała w październiku 1947 roku w Trzebiatowie. Delegat Polskiego Związku Zachodniego pisał w raporcie, że z sześciu tysięcy zostały tam dwa tysiące mieszkańców. Podkreślał, że mieszkańcy miasta dają wyraz „twardej postawy pionierskiej trwania (…) w Trzebiatowie”, mimo że „żyją pod nieustannym strachem” (28), wywołanym samowolą wojsk radzieckich.

Był też strach przed powrotem Niemców i wybuchem trzeciej wojny światowej. W takich warunkach osadnicy oczekiwali więc, że państwo polskie będzie silne i że silna władza zapewni im bezpieczeństwo. W jednej ze skarg czytamy: „Jako repatriant… zostałem osiedlony… razem z rodziną, która wracając z niemiec sama się osiedliła” (29). Ludzie oczekiwali pomocy w sytuacjach rzeczywiście dramatycznych. Pewien osadnik pisał: „Pozostaję w ciężkich warunkach, gdyż moje własne gospodarstwo rolne (…) pozostało za granicą i nie mogę się do niego dostać” (30).

Łatwo więc było politykę państwa na tych ziemiach upowszechniać. Władze wykorzystywały to propagandowo, stosując „straszak antyniemiecki” (31). Znów zacytujmy Ryszarda Kapuścińskiego: „Zwykle człowiek, którego los rzucił w nowe, nieznane miejsce, długo czuje się w nim niepewnie i obco. Trzeba wielu lat, aby się z nim związał i zżył. Często zresztą ta symbioza nie następuje nigdy, poczucie obcości pozostaje dojmujące i trwałe; obcości, a nawet wrogości” (32). Na potwierdzenie tych słów przywołajmy opinię wiceprezydenta Stargardu w latach dziewięćdziesiątych, który w 1945 roku jako dwuletnie dziecko znalazł się w mieście z rodzicami, uciekającymi ze Zbaraża. Po latach pisał we wstępie do zbioru referatów z konferencji „Dawny Stargard. Miasto i jego mieszkańcy”: „Wiem, że w świadomości pokolenia mych rodziców osiedlenie się w tym mieście było naznaczone piętnem tymczasowości, pełne obaw i niepokoju. Bardzo długo, często do końca swych dni, nie czuli się na swoim. Trauma wygnania jest bardzo trwała. Stąd również Niemcy, którzy opuścili to miasto, nie mogli tego stanu rzeczy zaakceptować i długo kultywowali myśl o powrocie. Ten zaklęty krąg złamały dopiero następne pokolenia Niemców i Polaków. Powoli dojrzewały myśli o pamięci miejsc utraconych, o szacunku dla tej pamięci tych, którzy tu na stałe osiedli, o konieczności zachowania prawdy historycznej, o pułapkach nacjonalizmu. W sposób naturalny wypierały one zadawnione fobie, uprzedzenia, niechęć czy wręcz nienawiść” (33).

Pierwsze zmiany

Wojna skończyła się 62 lat temu. Wysiedlanie ludności niemieckiej i osiedlanie polskiej trwało, z różnym nasileniem, prawie do końca lat pięćdziesiątych. W 1958 roku przeprowadzono drugą fazę repatriacji z Kresów wschodnich, która objęła około 400 tys. osób. Nie wolno też zapominać o późniejszych wyjazdach Niemców, m.in. w ramach łączenia rodzin. Tymczasem związki nowych mieszkańców z nowymi ziemiami i więzi społeczne na tych ziemiach stawały się coraz silniejsze. W drugiej połowie lat pięćdziesiątych, na fali tzw. „odnowy popaździernikowej”, zaczęły powstawać regionalne towarzystwa kultury, podporządkowane jednak zarządom centralnym, które na ogół miały siedziby w Warszawie. Ruch regionalny zaczął się intensywnie rozwijać. Na ziemiach zachodnich i północnych jego podstawowym celem było wskazywanie na historyczne i współczesne związki tych ziem z Polską. Trwał proces ich repolonizacji.

Z przyczyn najzupełniej obiektywnych trzeba było dbać o materialne dziedzictwo kultury (nie nazywając go zresztą dziedzictwem). Odbudowywano budowle, np. zamek w Szczecinie, zabezpieczano dokumenty, biblioteki, zbiory muzealne, zaczęto odzyskiwać dzieła sztuki i archiwalia wywiezione po wojnie, nawet te, które znalazły się ZSRR (34). Przestrzeń publiczną nadal pozbawiano czytelnych śladów kultury niemieckiej. Zamurowywano więc albo stłukiwano napisy, niszczono nagrobki. Stopniowo jednak zmieniał się stosunek mieszkańców do zastanego dziedzictwa kultury. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych o zamku szczecińskim przestano mówić, że jest „piastowski”, lecz że należał do książąt zachodniopomorskich (35). Zaczęła też powstawać literatura, którą nazwać można by ojczyźnianą, opisująca sentymentalne związki z nowymi ziemiami. Już nie tylko w kontekście walki z Niemcami zaczęła też pojawiać się problematyka niemiecka, m.in. w powieści Ryszarda Liskowackiego Rachunek sumienia (postać osieroconego niemieckiego chłopca, który żyje w zrujnowanym Szczecinie), czy w wierszach Joanny Kulmowej.

W latach siedemdziesiątych na Pomorzu Zachodnim ukazało się dużo wydawnictw dotyczących historii regionu. Wciąż jednak dzieje do roku 1945 traktowano dość obcesowo, zdecydowanie więcej uwagi poświęcając czasom późniejszym. Narastała polska historia ziem zachodnich i północnych. Wydarzeniem przełomowym dla integracji i tożsamości społecznej był grudzień 1970 roku w Szczecinie i na całym Wybrzeżu.

Po roku 1945 roku osadnicy integrowali się najpierw w ramach społeczności ziomków, zwłaszcza tam, gdzie osiedlano całe wsie z Kresów albo ludzi z jednego miasta, np. lwowiaków we Wrocławiu. Rozbicie tych tradycyjnych więzi i powstanie nowych następowało wskutek przełomowych, pokoleniowych wydarzeń. Początkowo próbowała je organizować władza, czego przykładem był szczeciński zlot „Trzymamy straż nad Odrą” (1947) lub późniejsze „manifestacje patriotyczne”. Jednocześnie dochodziło do spontanicznych manifestacji społecznych, jak np. wystąpienia promikołajczykowskie w czasie zlotu „Trzymamy straż nad Odrą”, antyradzieckie rozruchy w Szczecinie w 1951 roku, potem bunty lat 1956, 1968, 1970 itd. W końcu powstał grunt do dyskusji o małych ojczyznach (ojczyznach prywatnych), a także ich stosunku do wielkiej ojczyzny ideologicznej (36), albo – jak pisze Jerzy Bartmiński – ojczyzny publicznej i zideologizowanej (propagandowej) (37).

Postawa budowania: mała ojczyzna – Heimat

Dziś w wielu wypowiedziach polski termin „mała ojczyzna” utożsamiany jest z niemieckim słowem Heimat (38). Inaczej mówiąc: Heimat znaczy dziś po polsku to samo co mała ojczyzna. Oba pojęcia utożsamia Leszek Szenborn z dolnośląskich Ziębic (dawniej Münsterberg). W artykule Do czego jest nam potrzebna znajomość historii miasta? pisze: „W języku niemieckim używa się dwóch pojęć na określenie ojczyzny. Vaterland (kraj ojców) – ‘wielka ojczyzna’ oraz Heimat – ‘mała ojczyzna’ jako miejsce urodzenia, a przede wszystkim dzieciństwa, jako miejsce, w którym czujemy się u siebie” (39). Pisze dalej: „W naszej małej ojczyźnie powinniśmy próbować zrozumieć, co z przeszłości uformowało naszą teraźniejszość. Dzisiejszych problemów naszego regionu nie można do końca zrozumieć bez dobrej i życzliwej znajomości historii. Musimy starać się zrozumieć, czym miasto było i jest dla tych wszystkich, którzy uznają je za swoją małą ojczyznę. Prawda o naszym mieście i zrozumienie różnorodności kultur są konieczne dla wypracowania mu właściwego miejsca w historii Śląska i Polski, zwłaszcza ze względu na postępujący proces integracji europejskiej” (40).

Muzeum w Stargardzie Szczecińskim opublikowało w 1999 roku polsko-niemiecki katalog wystawy dawnych widokówek, zatytułowany Mała Ojczyzna – Wczoraj i dziś. Kleine (sic!) Heimat – Gestern und heute. W słowie wstępnym ówczesny prezydent miasta Kazimierz Nowicki pisał, że projekt ten wnosi „realny wkład w proces naturalnej, sąsiedzkiej integracji Niemców i Polaków, związanych z Pomorzem historycznie, a często osobiście poprzez losy swoich rodzin. Budzenie nowej, wspólnej świadomości ‘pomorskiej’, wznoszenie się ponad stereotypy i uprzedzenia to zadanie naszego i następnych pokoleń ludzi żyjących po obu stronach Odry, w różnych krajach, ale w jednej historycznie i geograficznie krainie” (41). Autor tej wypowiedzi wyraźnie sugeruje, że stosunek do małej ojczyzny, do Heimatu łączy Niemców i Polaków, dawnych i obecnych mieszkańców Stargardu. I jedni, i drudzy traktują Stargard jak swoją ziemię.

Pojęcia Heimat i „mała ojczyzna” utożsamiane są nie tylko w odniesieniu do ziem zachodnich i północnych. Jolanta Wewiurska, prezentując program „Ziemia Sanocka – moja mała ojczyzna”, pisze: „Odpowiednikiem naszych terminów: ‘ojczyzna ideologiczna’ i ‘ojczyzna prywatna’ w języku niemieckim są Vaterland i Heimat (42). Podobnie mówił Marek S. Szczepański, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego, podczas Światowego Kongresu Częstochowian w 2003 roku: „Warto na marginesie przypomnieć, że upowszechnione przez Stanisława Ossowskiego pojęcia ‘ojczyzna prywatna’ (mała) i ‘ojczyzna ideologiczna’ (wielka) mają niemiecki rodowód. W tym właśnie języku istnieje terminologiczna diada Heimat oraz Vaterland, precyzyjnie referująca istotę obu ojczyzn. (…) Pojęcie ‘ojczyzna prywatna’ pochodzi najprawdopodobniej od starogermańskiego heimskepija, oznaczającego pierwotny związek między domem i wielkim kosmosem, cywilizacją planetarną” (43).

„Moja mała ojczyzna to moje miasto, moja wieś. To zarówno poparta badaniami historycznymi historia tych miejsc, jak i przekazywane z pokolenia na pokolenie zwyczaje, opowieści, podania i legendy” – pisze Małgorzata Wietecha w książce Legendy i podania w kształtowaniu więzi z małą ojczyzną, adresowanej do nauczycieli przedszkoli i klas młodszych na Śląsku Opolskim (44). Charakterystycznie odróżnia się tu małą i dużą ojczyznę: „Mam ojczyznę piękną, dużą/ I ojczyznę małą, swoją;// Pierwsza – to mój kraj rodzinny,/ Druga – to miasto rodzinne.// Pierwszą – Wisła przepasuje/ I w koronę Tatry stroją,// W drugiej Odra dumnie płynie/ I z zabytków miasto słynie” (45).

Owo powinowactwo „małej ojczyny” i niemieckiego Heimat budzą w Polsce opory wśród publicystów i działaczy konserwatywnych i prawicowych. Według nich w tradycji polskiej prymarna jest kategoria narodu, łącząca się z ideą wolności i narodowej solidarności. Zdzisław Krasnodębski w szkicu O czasach postpatriotycznych (46) pisał: „Patriotyzm jest miłością ojczyzny. Ale czym jest ojczyzna, patria? Terytorium? To w polskim przypadku zmieniało się nazbyt często. Ogółem ludzi mieszkających w kraju, w którym się urodziłem? Także nie. Trudno żywić patriotyczne uczucia względem populacji. Państwem w jego istniejącym kształcie? Tam bardziej nie, gdyż wtedy rzeczywiście należałoby pracować kiedyś na rzecz PRL, wyznając patriotyzm w rozumieniu Mieczysława Rakowskiego i innych tego typu ideologów. Niektórzy sądzą, że powinna to być mała ojczyzna, a nie ta duża, ideologiczna. Lecz dlaczego im ciaśniej, tym ma być lepiej? Nie podzielam zachwytu polskich intelektualistów nad pięknym słowem Heimat . Zupełnie wystarczają mi ‘strony rodzinne’. I jedną z nielicznych przewag Polski nad Niemcami widziałbym właśnie w tym braku sentymentalnej, ciasnej ideologii Heimat“ (47).

Przywołajmy też wypowiedź skrajną narodowo-katolickiego publicysty Krzysztofa Janiewicza. „W polskiej publicystyce coraz częściej daje się zauważyć lansowanie przez polskie media zbitki pojęciowej ‘mała ojczyzna’, ‘prywatna ojczyzna’ itd. Nie są to określenia polskiej myśli narodowej. Spotkałem się z nimi stosunkowo niedawno, jako określenia używane ze szczególnym zamiłowaniem przez euroentuzjastów, a także różnej maści globalistów. Są te ‘małe ojczyzny’ tłumaczeniem na polski (…) określenia pojęciowego, wziętego z języka i filozofii niemieckiej, które wyraża się słowem Heimat, ponieważ właśnie Niemcy, z przyczyn historycznych, mają te dwa pojęcia: Heimat i Vaterland. Polskie słowo Ojczyzna ma zupełnie inne znaczenie i ciężar gatunkowy niż Heimat, bliższe znaczeniu Vaterland. (…) Odpowiednikiem niemieckiego słowa Heimat w języku polskim jest rodzinne miasto, rodzinna wioska lub okolice rodzinne (...). To jest moje miejsce w Ojczyźnie, gdzie się urodziłem, do którego jestem szczególnie przywiązany z powodów emocjonalnych. Nie jest to żadna moja, tak ja chcą euroentuzjaści, jakaś tam ‘mała ojczyzna’. Urodziłem się i wychowałem w Krakowie, Kraków jest moim miastem rodzinnym, jednakże nie jest moją Ojczyzną. Symbolem mojej Ojczyzny jest Biały Orzeł, a nie herb Krakowa. Na zadawane mi na obczyźnie pytania, kim jestem, nie odpowiadam: krakowianinem, tylko: Polakiem. Kiedy używam określenia Ojczyzna w znaczeniu terytorialnym, nie mam na myśli ziemi krakowskiej, a ziemię polską, całą Polskę, a nie tylko jej część, którą jest Kraków” (48).

Mała ojczyzna – wolność

Pojęcie „mała ojczyzna” robi w Polsce wielką karierę. Jest to wynik przemian politycznych po 1989 roku, rozwoju samorządności lokalnej, działalności toruńskiej Fundacji Małych Ojczyzn, poszukiwania odpowiedzi na pytania o lokalną tożsamość, a na ziemiach zachodnich i północnych także wielu lat powojennej integracji i kontaktów polsko-niemieckich po 1990 roku, w tym z organizacjami byłych mieszkańców. Jest to też reakcja na procesy globalizacji.

Przemiany demokratyczne w Polsce po 1990 roku nałożyły się na początki politycznej i społecznej aktywności pokolenia Polaków, którzy na tych ziemiach się urodzili. Bartłomiej Sochański, prezydent Szczecina w latach 1994-1998, z zadowoleniem podkreślał, że jest pierwszym polskim prezydentem miasta, który w Szczecinie się urodził i może mówić: „To jest moje miasta rodzinne”. Sochański przyznawał, że ułatwiało mu to rozmowy z niemieckimi wypędzonymi.

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych w prasie szczecińskiej po raz pierwszy zaczęły się ukazywać zdjęcia niemieckiego Szczecina. Prawdziwy run na takie wydawnictwa zaczął się po 1989 roku. Zaczęło się powszechne odkrywanie niemieckiej historii tych ziem, co w kontekście ogólnopolskim jest wyróżnikiem ich inności. Ale też coraz pełniej dokumentuje się historię polską, w tym osadniczą. Przykładem może być Cmentarz Centralny w Szczecinie, na którym odnawia się ocalałe nagrobki niemieckie, ale są też pomniki Ofiar Katynia, Sybiraków, Armii Krajowej, żołnierzy polskich i radzieckich, którzy zginęli pod koniec drugiej wojny w walkach operacji berlińskiej, pomniki więźniów obozów koncentracyjnych. Są takie miejsca, gdzie mogą spotykać się wszyscy, jak kościół w Chojnie czy w Danowie pod Goleniowem, opisywany przez Joannę i Jana Kulmów („Ludzie mogą mieszkać coraz to inni, ale pewne miejsca muszą trwać” (49).

Małe ojczyzny mają coraz więcej znaków własnej tożsamości, jak np. znana Witnica (dawniej Vietz) w województwie lubuskim, o której powstała nawet rozprawa doktorska (50). Trwa w Polsce fascynujące zjawisko poszukiwania znaczeń „małej ojczyny”. Dotychczas było to związane głównie z odkrywaniem ich historii. Ostatnimi czasy, ze względu na dojście w Polsce do głosu partii konserwatywnonarodowych, społeczny ruch małych ojczyzn spychany jest w konteksty polityczne.

We wstępie do wydanej przed rokiem zbiorowej pracy Czym jest mała ojczyzna? czytamy: „To już nie tylko ‘najbardziej lokalne środowisko człowieka’, jak twierdził Stanisław Ossowski. Dziś mała ojczyzna jest przede wszystkim źródłem i zadaniem życia obywatelskiego, opartego na takich wartościach, jak wolność, państwo prawa, samorządność, wspólne dobro oraz dialog i wynikające stąd działanie dla ochrony i rozwoju tego, co najdroższe” (51).

18/19 listopada 2006, Collegium Polonicum (konferencja: Czym jest mała ojczyzna?)

 


(1) Stanisław Ossowski pisał, że region nie ma nic wspólnego z małą ojczyzną (ojczyzną prywatną), bo jest „typem ojczyzny ideologicznej”. S. Ossowski, Zagadnienie więzi regionalnej i więzi narodowej na Śląsku Opolskim, w: tenże: O ojczyźnie i narodzie, Warszawa 1984. s, 74.

(2) Por.: Grzegorz Odoj, Lokalność jako ojczyzna – w kręgu pojęć podstawowych, w: Dziedzictwo kulturowe Ziemi Suskiej i Podbabiogórza. Materiały z konferencji: Ochrona lokalnej i regionalnej tożsamości kulturowej a edukacja regionalna. Red. R. Lisowski, M. Peć, A. Peć, Kraków 2005.

(3) Książka ukazała się w 1946 roku nakładem komitetu organizującego ogólnopolską manifestację „Trzymamy straż nad Odrą”. Helsztyński był w Szczecinie zaledwie kilka miesięcy. Później przez lata pracował na uniwersytecie w Poznaniu. Był świetnym tłumaczem m.in. Szekspira.

(4) W 2007 roku mija 60-lecie akcji „Wisła”, w wyniku której z rejonu Bieszczad przymusowo wysiedlono około 150 tys. etnicznych Ukraińców, obywateli polskich, i osiedlono ich w Polsce północno-zachodniej, na ziemiach uzyskanych w wyniku drugiej wojny światowej. Oficjalnym uzasadnieniem deportacji był teza o tym, że ukraińskie podziemie, Ukraińską Powstańczą Armię, której celem była niepodległa Ukraina, trzeba pozbawić zaplecza i tym sposobem pokonać. W 1947 roku w rejonie Bieszczad toczyła się de facto polsko-ukraińska wojna, w jakimś sensie domowa, bo między obywatelami tego samego państwa.

(5) Renata Korek, O czym marzą Ukraińcy w Trzebiatowie, w: Trzebiatów – spotkania pomorskie, red. Janina Kochanowska, Wołczkowo 2006, s. 119. Żdynia (Zdynia), wieś w powiecie gorlickim (Beskid Wschodni), w której co roku organizowane są Łemkowskie Watry, zloty Łemków, ludności rusińskiej, związanej z Ukraińcami.

(6) Tamże.

(7) Instrukcja ramowa o osadnictwie i Ruchu Spółdzielczo-Parcelacyjnym, Poznań 1946, s. 11 (mps powielony).

(8) APSz. SPSz 82, rkps bez daty.

(9) „Osadnik Wojskowy” 1945 nr 3, egzemplarz czasopisma w: APSz, SPCh 28.

(10) Piotr Zaremba, Dziennik 1945. Szczecin 1996, s. 64.

(11) APSz, SPSz sygn 81, rkps 28.08.945 r.

(12) APSz, SPCh 93, p. 227.

(13) APSz SPCh 89, p. 305.

(14) Komplet dokumentów w tej sprawie: AP Sz SPCh 89, p. 305-337.

(15) Ks. Stanisław Kozierowski (1874-1949), prof. Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, historyk i językoznawca (onomasta), autor niedokończonego Atlasu nazw geograficznych Słowiańszczyzny Zachodniej (tom dotyczący Pomorza Zachodniego i Rugii ukazał się w 1934., wznowienie w 1945 r.), który posłużył do ustalania nazw miejscowości po drugiej wojnie światowej. Ks. Kozierowski był główną postacią I Zjazdu Onomastycznego w Szczecinie (11-13 IX 1945), podczas którego ustalano zasady tzw. repolonizacji nazw miejscowych. W Szczecinie ma swoją ulicę.

(16) Andrzej Chludziński, Nazwy ulic Trzebiatowa, w: Trzebiatów – spotkania pomorskie 2005, red. Janina Kochanowska, Wołczkowo 2006, s. 60.

(17) APSz GWŻ 5, bns.

(18) APSz, UWS 835, s. 57.

(19) APSz UWWS 835, s. 105. Napisów i nagrobków niemieckich nigdy w pełni z cmentarzy nie usunięto, mimo wielu jeszcze późniejszych akcji. Dziś na starych niemieckich cmentarzach powstają lapidaria. Porządkuje się również cmentarze ocalałe. Często są to samorzutne inicjatywy społeczności lokalnych.

(20) APSz GWŻ 5.

(21) Najbardziej dobitnym tego przykładem było wpisywanie kresowiakom w dowodach osobistych informacji, że urodzili się w ZSRR.

(22) Ryszard Kapuściński, Skąd pochodzimy? Kim jesteśmy? Do kogo możemy się odwołać? „Spotkania Wrocławskie” 2002 nr 1.

(23) Feliks Fornalczyk, Szansa Polski Zachodniej, „Tygodnik Zachodni” 1960, nr 4., s. 3.

(24) APSz PO PUR Białogard 1, npg, list z 26 lutego 1946.

(25) APSz UWS 3376 p. 434, list z 5 maja 1949.

(26) APSz GRN Moryń 6 npg rkps.

(27) List z 29 lipca 1946 r. APSz PO PUR Gryfice 7 bns.

(28) APSz PZZ 21. Ludzie prosili, żeby osiedlać ich w miejscowościach, gdzie nie zagrażały im wojska radzieckie (PO PUR Gryfice 7).

(29) APSz UWS 3373 list z 10 października 1947.

(30) List z 27 grudnia 1946; ASPSz SPSz 86 bns.

(31) Ilekroć jeszcze później dochodziło np. w Szczecinie do tzw. antypaństwowych i antysocjalistycznych wystąpień (1956, 1968, 1970, 1976), władze – żeby nastroje uspokoić – stosowały antyniemieckie straszaki. Mówiono o rewizjonistach, organizacjach ziomkowskich, odradzaniu się w zachodnich Niemczech tendencji rewizjonistycznych. W telewizji pokazywano filmy wojenne albo „Krzyżaków” według powieści Henryka Sienkiewicza. Tak było w zasadzie aż do końca lat osiemdziesiątych. Straszak antyniemiecki bywa zresztą przez niektóre ugrupowania polityczne stosowany do dziś.

(32) Ryszard Kapuściński, op. cit.

(33) Jan Szut, Szanowni Państwo, w: Dawny Stargard i jego mieszkańcy, Stargard 2000, s. 5.

(34) W 1956 roku ZSRR przekazał Polsce m.in. cenne rzeźby średniowieczne ze Szczecina i kolekcję rysunków słynnych artystów włoskich, braci Tieopolo, które pochodziły ze szczecińskiej kolekcji grafiki. I rzeźby, i rysunki są w szczecińskim Muzeum Narodowym.

(35) Termin książęta zachodniopomorscy, księstwo zachodniopomorskie to nie są nazwy historyczne. Zostały upowszechnione w polskiej historiografii powojennej, która akcentowała wspólnotę historyczną całego Pomorza.

(36) Terminy ojczyzna prywatna, osobista i ideologiczna zaproponował Stanisław Ossowski w klasycznej pracy O ojczyźnie i narodzie, Warszawa 1984.

(37) Jerzy Bartmiński: Polskie rozumienie Ojczyzny i jego warianty, w: Pojęcie ojczyzny we współczesnych językach europejskich, red. J. Bartmiński, Lublin 1993.

(38) Dzisiejsze rozumienie tych pojęć i stan dyskusji przedstawia Andrzej Denek w szkicu „Synteza naczelnych wartości”, w: Regionalizm pomorski. Społeczny ruch regionalny wobec wartości narodowych, t. II, red. Alicja Derbisz i inni, Szczecin 2000

(39) Patrz: www.ziebiceszenborn.republika.pl/historiamiasta.html

(40 )Ibidem

(41) Kazimierz Nowicki, Szanowni Goście, w: Mała Ojczyzna – Wczoraj i dziś. Kleine Heimat – Gestern und heute, opr. Jolanta Aniszewska, Sławomir Preiss, Muzeum w Stargardzie Szczecińskim 1999, s. V.

(42) Jolanta Wewiurska, Prezentacja programu „Ziemia Sanocka – moja mała ojczyzna” w: www.pcen.rzeszow.pl/gallery/albums/userpics/10002/Edukacja%20regionalna-referat.rtf

(43) Marek Szczepański, Powroty do mniejszego nieba. Mała Ojczyzna w oglądzie socjologicznym, w.: www.polonia,czestochowa.um.gov.pl

(44) Małgorzata Wietecha, Legendy i podania w kształtowaniu więzi z małą ojczyzną, Opole 2006

(45) Ibidem, s. 57.

(46) Ośrodek Myśli Politycznej, patrz: www.omp.org.pl/index.php

(47) Zdzisław Krasnodębski, O czasach postpatriotycznych, w: www.omp.org.pl/index.php

(48) Krzysztof Janiewicz, Małe Ojczyzny, www.naszawitryna.pl/europa_34

(49) Cyt. za: Urszula Chęcińska, Z Wielgoszyc do Danowa. Literackie stacje i leśne tropy Joanny Kulmowej, w: Dzieje wsi pomorskiej. I Międzynarodowa Konferencja Naukowa, Dygowo-Szczecin 2006.

(50) Maciej Dudziak, Mała ojczyzna w euroregionie: tożsamość kulturowa mieszkańców pogranicza polsko-niemieckiego (na przykładzie gminy Witnica), Poznań 2003.

(51) Mała Ojczyzna. Kultura, edukacja, rozwój lokalny, red. Wiesław Theiss, 2005.

Aktualności z polsko-niemieckiego pogranicza