Jak żyje się Polakowi w dawnej Nowej Marchii?

Uważam siebie za praktyka pedagogiki społecznej, który działa w obrębie historii stosowanej i śledzi przejawy aktywności wąskiego, ale dość wpływowego środowiska ludzi poszukujących swego „tu i teraz” osadzonego w „tu i wtedy”, środowiska ludzi, których zwykliśmy nazywać regionalistami. Szczególnie interesuje mnie coraz powszechniejsza potrzeba zakorzeniania w miejscu zamieszkania i związane z nią przemiany postaw wobec świata wartości, zwłaszcza przewartościowujących kategorię patriotyzmu. Dlatego pozwoliłem sobie zmodyfikować pytanie mojego wystąpienia i nieco egocentrycznie nadać mu brzmienie: „Jak żyje się w dawnej niemieckiej Nowej Marchii będącej częścią polskiej Ziemi Lubuskiej jej mieszkańcowi, nauczycielowi historii, Zbigniewowi Czarnuchowi?”

I na to pytanie odpowiem wprost: żyje mi się znakomicie. Mimo że przed ponad półwieczem region ten wraz z innymi ziemiami Zachodniej i Północnej Polski plasował się w cywilizacyjnej czołówce kraju, a teraz w krajowych statystykach zajmuje zazwyczaj miejsca poniżej średniej. Mimo że mam status nauczyciela-emeryta z małego miasteczka, ze wszystkimi nie zawsze radosnymi tego faktu konsekwencjami. Mimo że zgodnie z dzisiejszą nowomową jestem uważany za „postkomucha”, „wykształciucha” i reprezentanta „łże-elit”. Mimo to żyje mi się znakomicie i – jak mówi poeta – „każdy dzień mi niesie dar bogatszy”.

Dlaczego? Ano dlatego, że przyszło mi żyć na ziemi, która mimo niegdysiejszej złej sławy marchijskich piasków, bagien i lasów jest tak bogata w zawiłości historii. We wczesnym średniowieczu były to zmagania żywiołu słowiańskiego z dziedzictwem plemion germańskich, a po wiekach – walka niemczyzny z tym, co słowiańskie i polskie. W czasach niedawnych przejawiało się to w powojennej polonizacji tych ziem, w programie oswajania krajobrazu, a zatem zacierania i przemilczania niemieckiej przeszłości. Dzisiaj pokolenia Lubuszan tu urodzonych, a także tych przybyłych z daleka, odkrywają jej zawiłą przeszłość w sposób przypominający balansowanie na linie. Stąd czasem zarzuty niemieckiej strony o podkradanie dziedzictwa, a z polskiej strony lęk przed utratą narodowej tożsamości.

Chcąc zakorzenić się na tej ziemi i znaleźć swą kulturową tożsamość, nie można odwoływać się do pojęcia dziedzictwa narodowego lansowanego przez centra w Toruniu czy Warszawie. Kategoria ta zgrzyta tu jak dysonans, pobrzmiewa intelektualnym fałszem. Podobnie zresztą jak poszukiwanie jednolitej regionalnej tożsamości kulturowej Lubuszanina. Bo Nowomarchijczyk czy mieszkaniec ziemi torzymskiej odwołuje się do innych kulturowych korzeni niż mieszkańcy dawnych terenów „inkorporowanych”, czyli Krosna, Gubina, Sulechowa i Świebodzina. Jeszcze inaczej rzecz ma się z mieszkańcami Zielonej Góry, Nowej Soli, dla których ważnym punktem odniesienia jest Dolny Śląsk. Odrębną sprawą jest stosunek międzyrzeczan i skwierzynian do Wielkopolski. Nie można tu pominąć czegoś, co antyczni określali pojęciem genius loci.

Opowiadano mi kiedyś, jak to do pewnego pomorskiego pegeeru zjechał pan hrabia – dawny właściciel majątku, podejmowany gościnnie przez towarzysza dyrektora. W pewnej chwili hrabia pyta: „A jak się panu układają stosunki z mieszkańcami sąsiedniej wsi?”. „Kiepsko” – odparł dyrektor. Na to hrabia: „No tak, oni zawsze tacy byli”.

Mimo wymiany ludności egzystencjalne problemy codzienności w tych samych realiach przyrodniczych i geograficznych bywają ciągle jeszcze podobne. Zarówno dawni, jak i obecni mieszkańcy tej ziemi mieli i mają te same kłopoty z klimatem, jakością gleby, nadmiarem czy niedoborem wód, odległością czy bliskością lokalnych centrów handlowych i administracyjnych. Świadomość tych faktów przesuwa akcenty z tego, co dzieli, na to, co łączy. Wspólny jest los człowieka szukającego sposobów oswojenia natury, by zbudować dom, zagrodę, uprawiać ziemię, założyć warsztat oraz pospołu z innymi wznosić obiekty służące ogółowi.

Genius loci tej ziemi polega również i na tym, że my, ci jej mieszkańcy, którzy swe „tu i teraz” postrzegają przez „tu i wtedy”, w laboratoryjnych wręcz warunkach możemy obserwować dokonujący się w nas samych proces przemiany tradycyjnego pojmowania paradygmatu ojczyzny, w wyniku którego powstają warunki do obalania murów odgraniczających nas od obcych.

Zaangażowanie w życie społeczne lokalnych społeczności ukazuje różne aspekty przeszłości. Trwała pozostaje troska o dom, zagrodę, wieś, miasto, kościół, szkołę, drogę, wał chroniący przed powodzią. I jest to troska o ten sam dom czy szkołę, którą zbudowali Niemcy, a dzisiaj użytkują Polacy. Zwykła ludzka przyzwoitość nakazuje uszanować pamięć kogoś, który owe obiekty zbudował. Pytania o jego narodowość, poglądy polityczne, wyznanie, przynależność grupową czy życie prywatne stają się mniej istotne. Tak ważny przełomowy rok 1945 z jego narodową symboliką, wymiana ludności, a co za tym idzie – zamiana niemieckiej kultury na polską, traci na znaczeniu w wymiarze życia jednostki. Symbolizuje on dramatyczne wydarzenia z przeszłości, ważne w rocznicowych obchodach. Romantyczne bohaterstwo żołnierzy, którzy walczyli o te ziemie i potem na nich zamieszkali, godne jest pamięci, ale ważniejsze są ich konkretne dokonania w latach pokoju na rzecz społecznej pomyślności. Liczy się przede wszystkim wdzięczna pamięć budowniczych domów, gmachów publicznych, założonych parków, wykopanych kanałów, które służą kolejnym pokoleniom.

W polskim Gorzowie pielęgnuje się pamięć niemieckich budowniczych i fundatorów, w rodzaju Bahra czy Pauckscha, w Kostrzynie pamięć rządów Hansa Hohenzollerna, w Słońsku brandenburskich joannitów, a w Dębnie wydawcy Neumanna, który rozsławiał to miasto przed rokiem 1945. Pionierom tej idei niełatwo włączyć Niemców w poczet ludzi, którymi polscy mieszkańcy tych miast mogliby szczycić się tak jak swoimi rodakami. Przeciwnicy ostrzegają, że nie wolno przekraczać granic etnicznych, bo grozi to utratą narodowej tożsamości!

Genius loci nie pozwala też na przyjęcie przez Polaka, Lubuszanina, a więc Nowomarchijczyka kategorii ojczyzny jako krainy przodków w jej tradycyjnym narodowym pojmowaniu. Tu miejsce „pamięci narodowej” i „narodowej tożsamości” znaczy co innego niż na Mazowszu czy w Małopolsce. W opisie złożonego procesu zakorzeniania się Polaka w Nowej Marchii istotna okazała się kategoria ojczyzny ideologicznej, a także ojczyzny małej, zwłaszcza w ramach dyskursu o patriotyzmie. Pomaga to zrozumieć, dlaczego skłóceni ze sobą ludzie ojczyzn ideologicznych po obu stronach Odry nie są w stanie pojąć, że tu, w wymiarze małych ojczyzn polscy i niemieccy wypędzeni mogą się serdecznie przyjaźnić i zabiegać o pomyślność wspólnego kawałka Europy.

I właśnie bogactwo historii tej ziemi sprawia, że nauczyciel historii, choć emerytowany, może się tu czuć jak ryba w wodzie. Ma tutaj swe poletko. Zwłaszcza gdy w dobie jednoczącej się Europy uwierzył w skuteczność własnych działań jako członka społeczeństwa obywatelskiego.

Znaczenie pojęcia „ojczyzna” jako problem pedagogiki społecznej

Polska przedrozbiorowa, czyli Królestwo albo inaczej Rzeczpospolita Obojga Narodów (Polski i Litwy) składała się z licznych ziem zamieszkałych przez różne grupy etniczne, wyznające różne religie. Podkreślanie odrębności było wtedy sprawą naturalną. Adam Mickiewicz zaczyna tak ważny w polskiej kulturze epos poetycki Pan Tadeusz od słów: „Litwo! Ojczyzno moja!” Wówczas pojęcie „ojczyzna” odnosiło się nie do królestwa, lecz jego części, do kraju pochodzenia. Władza króla łączyła różne ojczyzny w jedno państwo. W okresie rozbiorów podkreślanie lokalnej czy regionalnej odrębności uznawano za szkodliwe dla zespolenia sił w walce o niepodległość. Demonstrowanie lokalnego patriotyzmu traktowane było podejrzliwie, jako forma osłabiania jedności narodu. W efekcie w XX wieku w świadomości przeciętnego Polaka pojęcia „ojczyzna” i „patriotyzm” odnosiły się już tylko do dawnego królestwa, do Rzeczypospolitej, Polski jako państwa, nie zaś jego części. Nawet „kraj ojczysty” czy „ziemia ojczysta” oznaczała całość terytorium utraconego państwa, nie zaś jego fragment.

Tuż po odzyskaniu niepodległości w roku 1918, kiedy słowo „ojczyzna” zadomowiło się na dobre jako identyczne z odbudowanym państwem, podjęto próbę rehabilitacji kategorii ojczyzny w mniejszym wymiarze, odwołując się do pojęcia „region”. Od polityki regionalizacji, podkreślającej specyfikę danego obszaru, oczekiwano wykształcenia postaw identyfikacji z miejscem zamieszkania i poczucia odpowiedzialności. Polska w tej koncepcji miała być Rzeczpospolitą etnicznej różnorodności. Miało to sprzyjać respektowaniu konstytucyjnych praw mniejszości etnicznych. Pojęcie „regionu” należy jednak do kategorii opisowych, pozbawionych emocjonalnego zabarwienia, jakie nosi słowo „ojczyzna”. Nie było tym samym, czym była dla Mickiewicza jego ojczyzna, Litwa. Poza tym sytuacja międzynarodowa dwudziestolecia międzywojennego i zewnętrzne zagrożenia nie sprzyjały polityce regionalizacji. Dlatego też zacierać się zaczęły pojęciowe granice między patriotyzmem, nacjonalizmem, a nawet szowinizmem. W świadomości wielu Polaków patriotyzm mierzony był temperaturą negatywnych emocji w stosunku do różnie definiowanych wrogów. Kochać kraj, znaczyło tyle samo, co nienawidzić jego nieprzyjaciół.

Pamiętać należy, że była to epoka triumfu nacjonalizmu w Europie. Wzory demonstrowania postaw narodowych lansowane w Niemczech przez Adolfa Hitlera trafiały w Polsce na podatny grunt. Poza kręgami ludzi z licznej mniejszości niemieckiej znajdowały one żywy oddźwięk i aprobatę także wśród młodzieży pochodzenia ziemiańsko-katolickiego.

Przesunięcie granic po roku 1945, zadanie zagospodarowania ziem Polsce przydzielonych, wielkie przemieszczenia ludności i lansowana ideologia komunizmu – wszystko to nie sprzyjało rehabilitacji kategorii ojczyzny w jej węższym znaczeniu. Na próżno odwoływano się do regionów, a nawet wykreowano region w dziejach nieznany, jakim jest dziś Ziemia Lubuska. Jednak w świadomości społecznej Polaków owo tak miłe każdemu słowo ojczyzna odnosiło się do kraju jako całości, a nie jego części składowych. Jeszcze w latach siedemdziesiątych Edward Gierek lansował z pasją ideę jedności moralno-politycznej narodu, a obecni decydenci idą w jego ślady.

Dopiero przemiany ustrojowe przełomu 1989/1990 roku umożliwiły powrót do przedrozbiorowego podwójnego znaczenia kategorii „ojczyzna”. W publicystyce i języku potocznym pojawiło się określenie „mała ojczyzna” jako część „ojczyzny dużej”.

Wyłomu w takim rozumieniu ojczyzny dokonał w latach czterdziestych ubiegłego wieku socjolog Stanisław Ossowski. Dostrzegając rolę „miłości ojczyzny” w przyczynach obu wojen światowych, poddał analizie znaczenie tego pojęcia i wyróżnił dwa poziomy więzi emocjonalnych z miejscem i krajem zamieszkania, jego kulturą i tradycją. Pierwszy z nich to poziom ogólnonarodowy, tożsamy z państwem, które Ossowski określił pojęciem „ojczyzny ideologicznej”. Drugi zaś, określony pojęciem „ojczyzny prywatnej”, odniósł do okolicy i najbliższego środowiska, w którym człowiek osiadły spędza dzieciństwo i okres dorastania. Jest to przestrzeń, z którą łączą go uczucia szczególnie intensywne. W obu przypadkach chodzi o emocjonalny stosunek jednostki do bliższego i dalszego środowiska, a odróżnia je intensywność i czas trwania tych emocji.

Jeden z warszawskich poetów XX wieku pisał: „Gdy o ojczyźnie mojej myślę,/ myślę Aleje, Zjazd Powiśle./ Nie las, nie łąka, nie łan zboża,/ lecz Mokotowska, Krucza, Hoża/”. „Prywatną ojczyzną” poety był nie wiejski krajobraz z bocianim gniazdem na słomianym dachu, obrazek tak ukochany przez polskich chłopów, którzy opuścili swą rodzinną wieś, lecz krajobraz miasta. Nie kraj, jak Litwa u Mickiewicza, lecz kilka ulic śródmieścia Warszawy. Tak pojętą małą ojczyzną dla jednych może być stojąca na odludziu zagroda, dla innych wieś, dzielnica miasta, miasteczko, gmina, dla jeszcze innych powiat czy kulturowy region.

Patriotyzm w wymiarze ojczyzny ideologicznej, w wymiarze państwa, realizuje się poprzez przenoszenie emocjonalnego stosunku do ojczyzny prywatnej na naród i państwo. Najbardziej naturalne jest jednak uczucie do ojczyzny prywatnej. Ossowski pisze, że absurdalny jest pogląd, iż ktoś wychowany na nizinach Mazur spod Płocka nad Wisłą czuje naturalne, wrodzone przywiązanie do pagórkowatego Podkarpacia. Jeśli takie przywiązanie istnieje, to pojawia się ono za sprawą ideologii narodu i jej transmisji na teren ojczyzn prywatnych. Pół wieku później określenie „ojczyzna prywatna” zastąpiono trafniejszym – „ojczyzna mała”.

Podążając szlakiem wytyczonym przez Stanisława Ossowskiego, bogatsi o nowsze doświadczenia i refleksje, poszukujemy dalszych cech odróżniających obie kategorie. Może być to pomocne w rozwiązaniu naszego nowomarchiskiego zmartwienia z duchową i materialną spuścizną niemiecką. Może także skutecznie przeciwdziałać występującej w Polsce tendencji przeistaczania przez politycznych demagogów patriotyzmu w nacjonalizm. A zachodzi to wówczas, gdy odwołują się oni do etnicznych, religijnych czy innych uprzedzeń, pobudzając brak tolerancji i respektu dla tego, co nie jest swojskie, co obce.

O niektórych właściwościach ojczyzn ideologicznych

Gdy współcześnie analizujemy przejawy narodowych uprzedzeń, zauważamy, że występują one z reguły na płaszczyźnie ojczyzny ideologicznej. Styka się tu świat polityków z emocjonalną więzią ludzi z krajobrazem i kulturą stron rodzinnych. Politycy ci kierują się potrzebą dominowania nad innymi i narzucania partyjnych definicji świata. Na tymże styku szlachetne uczucie miłości do swego kraju, które nazywamy patriotyzmem, nabiera często odcieni złowrogich. Dla ratowania honoru narodu odwet, retorsja, zemsta, stają się nie tylko prawomocne, ale wręcz niezbędne.

Mechanizm ten wystąpił wyraźnie w okresie pierwszej wojny światowej – na wszystkich stronach frontów miliony ludzi angażowały się po stronie swoich polityków. Za krwawymi rzeziami kryło się manipulowanie uczuciem miłości do ojczyzny Niemców, Francuzów czy Rosjan i ich gotowością złożenia ofiary życia w imię wielkości ich państw. Cóż innego może tłumaczyć fanatyczną obronę zbrodniczego państwa Hitlera do ostatnich chwil przez miliony jego żołnierzy, jak nie miłość do własnego narodu i państwa oraz wola przyczynienia się do jego wielkości?

Polski filozof Tadeusz Kotarbiński, przemyślawszy naturę tych potwornych morderstw ludzi ogarniętych miłością do swych ojczyzn, wysnuł gorzką, pesymistyczną refleksję: „Ojczyzna zabrania każdemu dbać o dobro człowieka z ramienia ludzkości”. Intelektualista z Belgradu Ivan Čolović po niedawnych rzeziach i czystkach etnicznych na Bałkanach wyraził taki sam pogląd bardziej dosadnie: „Jeżeli z jakiegoś powodu chcecie hodować patriotyzm, to nie karmcie go prawami człowieka, bo on żywi się wyłącznie ludzkim mięsem”. Zaś w warunkach pokojowych, po najświeższych naszych polskich doświadczeniach socjolog Janusz A. Majcherek radzi, by „z patriotyzmem obchodzić się ostrożnie, ostatnio bowiem bywa schronieniem łajdaków”. We wszystkich tych przypadkach obracamy się w obszarze ojczyzn ideologicznych. Dotyczy to także polsko-niemieckich i niemiecko-polskich zadrażnień pojawiających się w rytmie zmiennych wewnętrznych politycznych koniunktur i kryzysów.

Mimo wszystko jednak skłonny jestem traktować zagrożenie nacjonalizmem i szowinizmem jako relikt przeszłości. Także mimo aktualnych przejawów życia politycznego kompromitujących nas na arenie międzynarodowej i spowolniających proces wychowania polskiego społeczeństwa w duchu pluralizmu i dialogu.

Humanizm ojczyzny małej

Wraz z ustrojowymi przemianami pojawiło się nieznane dotąd w potocznej polszczyźnie pojęcie małej ojczyzny. Jest ono pochodne ojczyźnie w rozumieniu Mickiewicza, ale nie jest z nim tożsame. Małą ojczyznę definiuje się w kategoriach środowiska społecznego, którego członkowie odczuwają swą specyficzną kulturową, geograficzną lub administracyjną odrębność i emocjonalnie się z nim utożsamiają. Jest to przestrzeń, za którą jednostka czuje się szczególnie odpowiedzialna i w obrębie której ma pewność, że coś od niej zależy. W warunkach wprowadzonej reformy samorządowej granice małej ojczyzny najczęściej pokrywają się z terenem gminy. Reforma samorządowa stworzyła zapotrzebowanie na rodzaj ideowej nadbudowy, na samoświadomość specyfiki, kulturowej tożsamości społeczności lokalnej, która by ją wyróżniała od innych, co jest istotnym argumentem promocji, tak ważnego składnika strategii ekonomicznego rozwoju.

W istocie ojczyzny ideologicznej tożsamej z państwem tkwi skłonność do postrzegania świata w mocno zarysowanej opozycji swój – obcy. Natomiast istota współczesnych małych ojczyzn, których granice nie są ostre, charakteryzuje się tym, że życie społeczne opiera się na dobrosąsiedztwie, współdziałaniu, wzajemnej pomocy. Stąd wynika postulat poszanowania godności innego członka społeczności i niewyrządzania mu krzywdy. Pielęgnowanie tych cnót jest gwarancją codziennego bezpieczeństwa własnej rodziny i pewności, że w losowym nieszczęściu sąsiad odpłaci się tym, czym go sami obdarowaliśmy. W tej ojczyźnie w skali mikro liczy się nie tyle ofiara życia dla dobra wspólnej sprawy, co ofiara potu dla wymiernego, konkretnego wspólnego dobra, mierzonego dorobkiem pokoleń. Mieszkaniec małej ojczyzny mniej rozliczany jest przez opinię publiczną środowiska z pochodzenia i historii życia, a bardziej z wymiernych dokonań tu i teraz.

W tej przestrzeni mikro oczywiście występuje także zło nienawiści do obcego, ale daje ono o sobie znać raczej w przypadkach jednostkowych skaz charakterologicznych. Tutaj to zło społecznie groźne staje się dopiero wtedy, gdy z centrów życia politycznego przybywają agitatorzy, którzy demonizują politycznego przeciwnika i definiują go jako wroga.

Potwierdzają tę prawidłowość dzieje wielu wsi pogranicza przełomu XIX i XX wieku, miejsc spotkań kultur, gdzie przez wieki różnowiercy i różnoplemieńcy żyli w pokoju, a w ich obyczajach było miejsce na respekt dla odmiennego języka, wiary, stylu życia. Tak jednak bywało do czasu, zanim polityczni krasomówcy, nauczyciele i kapłani nie wnieśli tu świadomości ojczyzn ideologicznych z ich wrogością do tego, co nie swojskie.

W przestrzeni ojczyzny małej Niemiec, Rosjanin czy Polak jest na co dzień człowiekiem mającym swe indywidualne prawo do godności. Na tym poziomie – odwołajmy się ponownie do Tadeusza Kotarbińskiego – ojczyzna zezwala dbać o dobro człowieka z ramienia ludzkości.

I to wyjaśnia zjawisko współpracy Polaków i Niemców, dawnych i obecnych mieszkańców tej ziemi. Niemieckie ziomkostwa w zderzeniu ze znajomością konkretnej osoby ulegają demitologizacji, co pozwala burmistrzom i wójtom podczas wspólnych spotkań używać pozdrowienia „Witamy we wspólnej małej ojczyźnie”. Bo w wymiarze psychologicznym jest ona rzeczywiście wspólna. Nikomu nie można przecież odebrać miłości do krainy dzieciństwa i rodzinnej zagrody. A w wymiarze politycznym ta wspólna miłość jest bezcennym kapitałem w realizacji programu poszukiwania dróg ku sobie. Nasza polska racja stanu ma w tym naturalnym procesie wielkiego sprzymierzeńca. Szkoda, że tak mało polityków zdolnych jest to zrozumieć.

W takim rozumieniu wzajemnych relacji obu kategorii ojczyzn – dużej, ideologicznej i bliskiej, małej – jawią nam się one jako dwie strony jednego medalu, medalu patriotyzmu.

Preferowanie strony ideologicznej skutkuje egoizmem narodowym, preferowanie ojczyzny grozi egoizmem regionalnym i intelektualną parafiańszczyzną. System wartości ojczyzny małej z jej humanistyczną ideą kultywowania dobrosąsiedztwa wpływa uspokajająco na emocje ojczyzny ideologicznej z jej naczelną kategorią gotowości obrony przed wrogami. Medal ten nosimy w sobie i od nas zależy, której jego stronie i kiedy damy pierwszeństwo.

18/19 listopada 2006, Collegium Polonicum (konferencja: Czym jest mała ojczyzna?)

Aktualności z polsko-niemieckiego pogranicza