Nostalgia i rzeczywistość. Losy Polaków wysiedlonych z dawnych ziem wschodnich

Według szacunkowych danych, w 1939 roku na wschodnich terenach drugiej Rzeczypospolitej, przyłączonych w 1944 roku do ZSRR, mieszkało ok. 11.600.000 obywateli polskich, z czego zapewne ponad cztery miliony Polaków i ponad milion Żydów. W ciągu następnych lat ich liczba spadła o połowę, do ok. 2,4 mln: wskutek aresztowań, wysiedleń, poboru do wojska, Holocaustu, terroru, walk. Ci, którzy przeżyli i pozostali, znaleźli się w wyniku uzgodnień „Wielkiej Trójki” w Teheranie jesienią 1943 roku – poza ojczyzną. Jeszcze zanim zostało to oficjalnie potwierdzone w Jałcie i Poczdamie, 27 lipca 1944 roku ZSRR zawarł z Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego porozumienie o polsko-radzieckiej granicy państwowej. Za tym musiały pójść decyzje dotyczące ludności, nie tylko polskiej, lecz również białoruskiej, ukraińskiej i litewskiej, mieszkającej po obu stronach nowej granicy. O ile PKWN i uznawany przez mocarstwa zachodnie aż do czerwca 1945 roku emigracyjny rząd w Londynie różniły się w poglądach na przebieg nowej granicy wschodniej, zgodne były w tym, że powojenna Polska powinna być w zasadzie państwem homogenicznym narodowo. Z tym w sposób intergralny wiązały się przesiedlenia ludności – tak przymusowe wysiedlenie Niemców, jak i dobrowolne przesiedlenie Polaków, Białorusinów czy Ukraińców. Umowy o wzajemnej dobrowolnej „ewakuacji ludności” PKWN zawarł we wrześniu 1944 roku z radziecką Ukrainą, Białorusią i Litwą.

Przesiedleńcom zapewniono prawo wyboru miejsca osiedlenia, a także rekompensatę za mienie pozostawione (ziemia, nieruchomości). Mogli zabrać do dwóch ton bagażu na rodzinę – odzież, obuwie, żywność, sprzęty domowe, inwentarz gospodarczy, zwierzęta hodowlane. Zakładano, że cała operacja potrwa do lutego – kwietnia 1945 roku. Terminy te były nierealne i porozumienia musiały być jeszcze parokrotnie przedłużane.

Przemieszczenia Niemców i Polaków łączyła podstawowa zależność: pierwsi musieli ustąpić miejsca drugim. I tak pierwsza fala zorganizowanych przesiedleń Polaków z końca 1944 i z początku 1945 roku była stosunkowo niewielka. Zdecydowały o tym nie tylko trudności organizacyjne i transportowe, lecz przede wszystkim niewielka chłonność zniszczonych terenów „dawnej Polski”. Przesiedlenie z Kresów nabrało tempa wiosną 1945 roku, przyspieszając latem i jesienią, kiedy umożliwiły to warunki pogodowe, jak i szersze otwarcie dla akcji osiedleńczej „Ziem Odzyskanych”. To z kolei stymulowało wysiedlanie Niemców. W sumie w latach 1944-1946 z dawnych Kresów przesiedlono oficjalnie półtora miliona osób. Do tego należy doliczyć „dzikich” przesiedleńców – żołnierzy AK i uciekinierów przed terrorem ukraińskim (popieranym przez ukraińskie władze) – zapewne ok. 200 tysięcy.

Tak Polacy, jak i Niemcy mieli odejść z terenów zamieszkałych przez nich od wielu stuleci, z którymi łączyły ich mocne więzi uczuciowe, tradycyjne, historyczne. Tak nad Odrą, jak i nad Bugiem były widoczne zarówno tendencje do natychmiastowej ucieczki, jak i wcale nie mniejsza chęć pozostania, silniejsza niż obawa przed „nowym”. Nastawienie takie wiązało się z niewiarą w trwałość nowych granic, nadzieją na zmiany polityczne (których trzeba za wszelką cenę doczekać), przywiązanie do swojej małej ojczyzny. Wydaje się jednak, że polskie społeczeństwo po doświadczeniach z lat 1918-1920 i 1939-1944 miało znacznie mniej złudzeń niż Niemcy na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Widać to na przykład po korespondencji już z jesieni 1944 roku, z okresu tuż po podpisaniu umów normujących „ewakuację”. Ktoś pisał: „Dzisiaj wziąłem do ręki gazetę i przeczytałem o przesiedlaniu Polaków i Ukraińców. Jeżeli zostaniesz wezwany do rejestracji, to się nie namyślaj, natchmiast zgódź się na wyjazd do Polski”. W początkowym okresie przesiedleń nie brakowało jednak decyzji o pozostaniu, umotywowanych z jednej strony nadzieją na korzystne wyniki konferencji pokojowej, dogadanie się „Lublina z Londynem”, z drugiej zaś – szczególnie wśród inteligencji – chęcią zachowania narodowego charakteru Kresów. W połowie 1945 roku zaczęła jednak przeważać opcja jak najszybszego wyjazdu.

Jednakże podstawowym powodem decyzji o wyjeździe, oprócz poczucia więzi narodowych i chęci życia w Polsce – choć nie na ziemi ojców – był strach i przymus. Przymus przybierał wiele form – od terroru bezpośredniego, aresztowań, wywózek w głąb ZSRR, po przymusową ukrainizację czy lituanizację, dyskryminację zawodową lub oświatową Polaków. W decyzji o wyjeździe pomagała świadomość, że znacznie lepiej wyjechać na niepewny los na zachód niż na pewny – na wschód.

Na początku września 1945 roku wskazywano, że jeśli Polaków z Kresów coś powstrzymuje przed zarejstrowaniem się na wyjazd do Polski, to jest to nie tyle nadzieja na zmianę granic, co „niepewność losu oczekującego repatriantów w Polsce oraz fatalne warunki transportu”. Rzeczywiście, los „dobrowolnie przesiedlających się” Polaków był tutaj szczególnie zbieżny z losem wypędzanych Niemców. Przy bezwładzie organizacyjnym i transportowym koczowano na dworcach nieraz wiele tygodni. Wiele tygodni trwała podróż, często zimą, w odkrytych wagonach. Nic też dziwnego, że podróże zbierały, szczególnie w miesiącach jesienno-zimowych, tragiczne żniwo. W najzimniejszych miesiącach – od października 1945 do marca 1946 roku – przesiedlono 346.033 osoby. Liczba ofiar śmiertelnych nie jest znana do dzisiaj.

Koniec podróży nie stanowił jeszcze końca trudności. Czasami był to dopiero ich początek. „Zabużan” najczęściej po prostu wyładowywano na jakiejś stacji (lub w polu), gdzie znowu czekali – nieraz wiele tygodni – na przydział mieszkania lub gospodarstwa. Raporty urzędników odwiedzających podobne obozowiska są przerażające. W lipcu 1945 roku donoszono ze Śląska: „Koczowiska repatrianckie przedstawiają jeden obraz nędzy i rozpaczy. Oprócz dającego się we znaki braku żywności dziesiątkują repatriantów choroby”.

Polskiemu przesiedleńcowi wolno było zgodnie z umowami zabrać dwie tony bagażu na rodzinę. Było to rzeczywiście nieporównywalne z tym, co mógł zabrać z sobą przeciętny Niemiec. Według oficjalnych danych, w latach 1944-1948 wszyscy przesiedleńcy przywieźli do Polski 71.213 koni, 139.272 sztuki bydła, 34.991 świń, 50.586 owiec i 168.960 sztuk narzędzi rolniczych. Wielu rzeczy nie mogli jednak zabrać, część bydła zabijano po drodze z powodu fatalnej aprowizacji, podczas przejazdu przez Ukrainę, Białoruś, Litwę, ale i Polskę (zwłaszcza przez „Ziemie Odzyskane”) przesiedleńcy stale byli narażeni na rabunki ze strony Armii Czerwonej lub zwykłych bandytów. Nieraz tracili nie tylko cały dobytek, lecz i życie. Na miejscu często niezwykłych trudności przysparzało uzyskanie odpowiedniej rekompensaty za pozostawiony majątek. Uregulowanie praw własności do majątków uzyskanych przez przesiedleńców nie nastąpiło do dzisiaj [do grudnia 2001].

Wspólnym doświadczeniem każdego przesiedleńca jest obawa dotycząca nowego miejsca, nowego, zupełnie obcego środowiska. Tak Niemcy, jak i Polacy musieli liczyć się z tym, że będą elementem obcym, stanowiącym konkurencję dla ludności miejscowej. Listy nadchodzące tak z okupowanych Niemiec na „Ziemie Odzyskane”, jak i od polskich żołnierzy przebywających na „ziemiach dawnych” i piszących do swoich, na Kresy, są niezwykle podobne, pełne goryczy i potwierdzają poczucie obcości i odrzucenia. Jeden z żołnierzy polskich pisał w końcu 1944 roku: „Żoneczko! ...tutaj ludzie bardzo dziwni, skąpi, nas, Wołyniaków nie uważają za Polaków; inny: „ludzie niespecjalnie uprzejmi, nie wierzą nam, uważają nas za czerwonych”. Kresowiacy stanowili również „podejrzany” element dla władz, zwłaszcza w rejonach wzdłuż nowej granicy wschodniej. Polityka centrum była w dużej mierze zgodna z zamiarami lokalnych elit, szczególnie PPR-owskich, którym repatrianci nie tylko zakłócali spokój polityczny, ale również w pewnym stopniu burzyli dopiero budowany system klientalny. Przesiedleńcy stanowili silną konkurencję do gospodarstw lub nieruchomości poniemieckich lub poukraińskich, na przejęcie których liczyli „miejscowi”. Popularne stawały się hasła: „Wielkopolska dla Wielkopolan”, „Pomorze dla Pomorzan”. W napiętej sytuacji dochodziło nawet do zabójstw repatriantów.

Teoretycznie inaczej powinno być na „Ziemiach Odzyskanych”, których tzw. chłonność osadnicza była duża. Podstawowe trudności osiedleńcze na tych terenach wynikały z powstawania tam dopiero nowego systemu administracyjnego, gospodarczego i społecznego, a – przede wszystkim – z braku bezpieczeństwa. Jednak i tutaj władze lokalne usiłowały prowadzić samodzielną politykę wobec przesiedleńców.

Do końca 1947 roku na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych osiadło prawie milion „zabużan”: 121.846 z Litwy, 247.936 z Białorusi i 612.405 z Ukrainy. Transfer odbywał się przede wszystkim równoleżnikowo – z Ukrainy na Śląsk, z Białorusi i Litwy do Prus Wschodnich i na Pomorze.

Tutaj osiedli, ale dla ich pokolenia Wrocław, Szczecin czy Koszalin nie stał się jeszcze drugą małą ojczyzną. W 1991 roku ukazało się krótkie opowiadanie Adama Zagajewskiego Dwa miasta. Te dwa miasta to Lwów, gdzie autor się w 1945 roku urodził, i Gliwice, gdzie wkrótce wraz z rodzicami zamieszkał. Matka pisarza traktowała jednak zadymione śląskie miasto jak rodzinny Lwów, który musiała opuścić – park, do którego prowadzi małego Adasia, nazywa jak park we Lwowie, okoliczne ulice noszą nazwy ulic z sąsiedztwa ich lwowskiego domu. W odziedziczonym po jakiejś mieszczańskiej niemieckiej rodzinie mieszkaniu najważniejsze są skromne pamiątki wywiezione z rodzinnego miasta. Jest to z pewnością zachowanie typowe dla człowieka wykorzenionego, wypędzonego.

Nagle Kresy zostały utracone. Nowa Polska miała całkiem inny ustrój i – co ważniejsze – inne sojusze, uniemożliwiające głośne mówienie i wspominanie straconych ziem. Dlatego też pamięć o nich przybrała dwie formy, zależne od tego, dokąd wojenne losy rzuciły lwowiaka czy wilnianina. Na emigracji, gdzie znalazło się kilkaset tysięcy „zabużan”, pamięć o Kresach przybrała formy niewiele różniące się od pamięci niemieckich ziomkostw.

Inna sytuacja panowała w komunistycznej Polsce. Bezpośrednio po wojnie, gdy trwał jeszcze proces przesiedlania, słowa „Kresy”, „Wilno”, „Lwów” nie raziły. Na przykład na początku 1946 roku otwarto w Zakopanem pensjonat „Lwowianka” dla wyższych urzędników Ministerstwa Administracji Publicznej. Już dwa, trzy lata później byłoby to niemożliwe. Cenzura reagowała alergicznie na każdą wzmiankę o Kresach, co nieraz doprowadzało do sytuacji karykaturalnych: np. w wierszyku dla dzieci Jana Brzechwy „cioteczna spod Mołodeczna” stała się „cioteczną spod Piaseczna”. Całkowita amnezja była jednak niemożliwa. Proces pielęgnowania pamięci o Kresach i pochodzeniu stamtąd był skomplikowany i wieloskładnikowy. Inaczej przebiegał w dużych miastach, gdzie osiadły rodziny inteligenckie, w których świadomość pochodzenia była żywa i starannie pielęgnowano rodzinne i patriotyczne tradycje. Inaczej procesy te przebiegały na wsi.

Pozycję wyjątkową zajmuje Wrocław, dokąd „przeniósł” się intelektualny Lwów, łącznie ze środowiskiem akademickim (wraz z uniwersyteckimi woźnymi), oraz – co podkreślano – tramwajarze. Nad Odrę przeniesiono dużą część zbiorów Ossolineum (wraz z wydawnictwem), a nawet pomnik Aleksandra Fredry czy Panoramę Racławicką. W odmienny sposób proces ten przebiegał w przypadku dawnych mieszkańców Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Polesia, Wołynia – którzy zatomizowani, osiedleni od Olsztyna po Szczecin, nie wytworzyli tak homogenicznych ośrodków jak „lwowski” Wrocław.

Inna też była sytuacja ludności wiejskiej, której dawna odrębność została niekiedy zachowana wskutek odrzucenia przez nowe środowisko – „autochtonów” lub przesiedleńców z Polski Centralnej. Zachowanie „zabużańskiej” świadomości było też w niemałym stopniu zależne np. od miejscowego proboszcza. Było to dość istotne, gdyż spośród ok. 660 księży osiadłych do 1950 roku na „Ziemiach Odzyskanych” ok. trzech czwartych pochodziło zza Buga (jednocześnie tylko 40 procent ludności). Mogę podać przykład „rodzinny”: prawie cały Włodzimierzec Wołyński przeniósł się w okolice Miłkowa niedaleko Karpacza, gdzie osiadł ich dawny proboszcz, ks. Dominik Wawrzynowicz. Dopóki on żył (zmarł w końcu lat sześćdziesiątych), żyła też dawna wspólnota.

Inaczej zaczęło traktować Kresy pokolenie urodzone już w „nowej Polsce”, tak z „zabużańskimi” korzeniami, jak i bez tych tradycji. To, że przy obozowych ogniskach śpiewano piosenki sławiące urodę Kresów, nie oznaczało rzeczywistej chęci rewindykacji tych ziem. Było natomiast przejawem oporu wobec władzy. „W czasach PRL-u samo pochodzenie kresowe było niemal równoznaczne ze sprzeciwem wobec systemu” – wspomina dziennikarz Gazety Wyborczej. „Ktokolwiek bowiem mówił z dumą: ‘Jestem ze Lwowa’, ten niejako rzucał wyzwanie komunistycznym władzom. (...) Kresy funkcjonowały w społecznej świadomości niemal jako matecznik polskości autentycznej, wolnej od komunistycznego znieprawienia. (...) Kresowiacy, podobnie jak AK-owcy, byli ważnym punktem odniesienia. Dla sposobu patrzenia na KOR nie bez znaczenia było, że Jacek Kuroń pochodzi ze Lwowa, a Jan Józef Lipski był żołnierzem Armii Krajowej”.

Jednakże przełom 1989 roku zmienił również sposób patrzenia na Kresy. Dla „przeciętnego” Polaka nie są już one synonimem oporu, sprzeciwu, symbolem dawnej, wolnej i niezawisłej Polski – którą teraz mają na co dzień, razem ze wszystkimi jej problemami. Również młode pokolenie Polaków interesuje się Kresami, jednakże podobnie jak większość młodych Niemców Dolnym Śląskiem czy Szczecinem. Ci z kresowymi korzeniami podkreślają ten fakt. Jednakże pamięć ta – choć uwarunkowana poszukiwaniem historycznych korzeni, rodzinnymi sentymentami – nie wpływa na ich życie.

Powód jest prosty i zrozumiały: innym nie da się przekazać swojej emocjonalnej pamięci, zarazić ich głęboką, prawdziwą nostalgią. Jest to wyłącznie prawem tych, którzy swoją małą ojczyznę naprawdę utracili, prawem pokolenia rodziców i dziadków (coraz częściej pradziadków). „Jestem głuchy na poetykę i mitologię Kresów” – pisał niedawno dziennikarz Gazety Wyborczej Wojciech Maziarski, rocznik 1960. „Od Ostrobramskiej w Wilnie bliższa mi Świdnicka we Wrocławiu, bo na Ostrobramskiej nie działo się nic, co by miało znaczenie w moim życiu, a na Świdnickiej uczestniczyliśmy z kolegami w happeningach Pomarańczowej Alternatywy. Ba, od Ostrobramskiej bliższe jest mi nawet Vaclavske Namesti w Pradze”. Dla społeczeństwa, którego większość sytuuje polskie Kresy w czasie przeszłym dokonanym, jest to mit sentymentalny i wzruszający, ale leżący już na cmentarzu historii.