Ponowne zjednoczenie

Prezentujemy drugi tekst pochodzącego z Chojny Mariana Wojewody, który obecnie mieszka w Gorlicach. W latach 1985-87 pracował w Iraku (napisał potem książkę pt. „Pustynne »zielone«”), a od 1989 do 1990 roku w Niemczech. W numerze 2 opublikowaliśmy jego tekst pt. „NRD - moje Niemcy”.

Ponowne zjednoczenie
Kto chciał dotrzeć samochodem z Polski na południe RFN, a wypadało mu jechać przez NRD, musiał przekraczać granicę niemiecko-niemiecką na przejściu Rudolphstein-Hirschberg. Prowadziła przez nie tranzytowa autostrada A9 z Monachium do Berlina Zachodniego i każdy podróżny musiał nawinąć na koła swojego pojazdu jakiś jej kawałek. W RFN jechało się nią przynajmniej do Hof, a w NRD przynajmniej do Schleiz, chociaż większość podróżnych nie opuszczała jej przed Hermsdorfer Kreuz.
W latach 1989-90 często tamtędy jeździłem i stamtąd obserwowałem przemiany w niemiecko-niemieckich stosunkach, nazywane „Wiedervereinigung”, czyli ponowne zjednoczenie. Moja pierwsza jazda wypadła w kwietniu 1989 r. Granicę w Zgorzelcu przekroczyłem o świcie i ostrożnie, przestrzegając ograniczeń prędkości, przeturlałem się przez śpiące jeszcze Görlitz. Padał deszcz ze śniegiem, było szaro i nieprzyjemnie. Gdzieś koło Löbau, czyli serbołużyckiego Lubija, zobaczyłem chłopaka próbującego zatrzymywać samochody. - Wezmę - pomyślałem i zjechałem na pobocze. Chłopak podbiegł i zapytał: - Jedzie pan w kierunku Bautzen? - Tak, jadę.
Wsiadł. - Dokąd pan jedzie? - rozpoczął rozmowę. - Do RFN. - A do jakiego landu? - Do Badenii-Wirtembergii, pod Stuttgart. - O! To ma pan kawałek drogi.
Rozmowa urwała się i dopiero po chwili mój pasażer się odezwał. - Tu są dziury w drodze. Niech pan uważa!
Ostrzeżenie przyszło za późno, bo mimo niewielkiej prędkości wyrżnąłem w jakąś dziurę. - Verdammt nochmal! - zakląłem pod nosem, i to zachęciło mojego pasażera do rozmowy. - Czy w Polsce są problemy z wyjazdem do RFN? - zapytał. - W zasadzie nie, bo wizę turystyczną można dostać bez problemu, a paszporty mamy teraz w domach. - Ale dużo Polaków nie wraca - rzucił takie ni to pytanie, ni stwierdzenie. - Jajn - odpowiedziałem takim niemieckim ni to potwierdzeniem, ni zaprzeczeniem. - Gdybym ja mógł tam wyjechać, to na pewno bym nie wrócił - wyterkotał i zamilkł. W milczeniu dojechaliśmy do Bautzen [Budziszyna], gdzie mój pasażer wysiadł.
Ruszyłem i wjechałem na chyba najgorszą autostradę na świecie: między Bautzen i Dreznem. Dziurawa, miejscami brukowana, upstrzona plackami asfaltowych łat, nijak nie powinna nosić tej dumnej nazwy. Od Drezna już było lepiej i w końcu dotarłem do Plauen. Tu pobłądziłem, bo drogowskazy kierowały mnie do wszystkich okolicznych miejscowości, ale żaden nie odważył się pokazać drogi do granicy z RFN. Nie wynikało to z niedbalstwa, ale z niechęci pokazania drogi do granicy i napisania wyraźnie tego słowa. Dopytałem się w końcu i koło Schleiz wyjechałem na A9 w kierunku na Norymbergę. Po kilku kilometrach wjeżdża się nią w „strefę końca”, bo sprawia ona wrażenie, jakby za kilka minut miało się przekroczyć granicę między życiem i śmiercią lub dotrzeć do horyzontu. Wielkie tablice informują, że wstęp mają tu tylko przekraczający granicę lub posiadający specjalne przepustki. Potem pojawiają się wieże strzelnicze, a moje wątpliwości rozwiewa napis, że oto mam ostatnią możliwość zawrócenia do NRD.
Z bijącym sercem wolno podjeżdżam do budki, gdzie żołnierz ogląda mój paszport i każe jechać dalej. To jeszcze nie jest granica, to jest ostatnie sito, mające odsiać tych, którzy bez zezwolenia zapędzili się aż tutaj. Teraz droga dzieli się na pasy oddzielające tych jadących tranzytem z Berlina Zachodniego od tych wyjeżdżających z NRD. Po lewej stronie mam wybetonowany plac z marnymi budynkami poczty, banku i „Interschopu”, po prawej jakieś podejrzane budynki, z tyłu A9, a z przodu kolejkę samochodów. Posuwa się ona dosyć szybko, mimo że NRD-owcy dokładnie kontrolują każde auto. Trzeba otworzyć wszystkie klapy i drzwi, czasem celnik każe podnieść siedzenia lub dywaniki, czasem każe otworzyć coś z bagażu, a czasem każe wynieść wszystko. Kogo trzepią najbardziej? Bardziej tych z Zachodu, a „rodaków” z RFN najbardziej. NRD-owców nie trzepią, bo ich tu nie ma. Z NRD do RFN się nie jeździ.
Przychodzi i moja kolej. Celnik przejeżdża pod autem lusterkiem na metalowym uchwycie, każe podnieść tylne siedzenia, zamyka moje dokumenty do plastikowego pojemnika i oddając mi go, pozwala jechać dalej. Dalej jest budka kontroli paszportowej. Żołnierz zabiera pojemnik z dokumentami i każe jechać dalej. Nic z tego nie rozumiem, ale wszyscy jadą to i ja też jadę. Po kilku metrach zatrzymuję się przed okienkiem kolejnej budki i ze zdziwieniem zauważam, że siedzący tam żołnierz ma już moje dokumenty. Skąd one się tu wzięły? Żołnierz ogląda je, a ja dopiero teraz widzę, że obydwie budki łączy rura, przez którą dokumenty są przesyłane. Moje dokumenty są w porządku i mogę już jechać do RFN, ale muszę jeszcze pokonać różne przeszkody po drodze. Wieża wartownicza ustawiona między pasami ruchu, betonowa ścianka zwężająca szosę do szerokości jednego auta i mogące ją w każdej chwili zamknąć stalowe zapory na kółkach, kilkaset metrów pustej szosy i dopiero dalej widać zabudowania posterunku granicznego RFN. Są one jaśniejsze, czystsze i mniej „militarne”. Podjeżdżam, policjant ogląda starannie mój paszport i na widok wizy z zezwoleniem na pracę mówi: - O! Pan u nas pracuje. - I to oficjalnie – odpowiadam z dumą. - Pięknie - odpowiada. - Proszę jechać.
I tyle tej granicy. A9 po tej stronie granicy jest gładziutka i niczym nie przypomina tamtej dziurawej „autostrady” pod Dreznem.

Po dwóch miesiącach jadę do Polski i już od Hof nastrajam się na graniczne przeżycia. Patrzę na drogowskazy, żeby nie pobłądzić, ale od tej strony jakoś nie boją się napisać, że: „Bundesgrenze 15 km, Berlin 315 km”. - Jak będzie w tę stronę? - zastanawiam się.
RFN-owski policjant sprawdza tylko paszport i każe jechać, a celnik odprawia mnie gestem dłoni. Pod okienkiem NRD-owskiego żołnierza muszę wysiąść. Żołnierz sprawdza paszport, przybija w nim pieczątkę i pozwala jechać. Teraz wpadam w ręce celnika, który ogląda mój paszport, a szczególnie dokładnie RFN-owską wizę. - O! Jest zezwolenie na pracę - mówi ni to do mnie, ni do siebie. - Też bym tak chciał - dodaje pod nosem. Obchodzi powoli auto, każe mi wysiąść, siada na moim miejscu i otwiera skrytkę na dokumenty. Wyciąga mapy, instrukcje obsługi auta i... 60 NRD-owskich marek. - Skąd pan to ma? - Kupiłem w Polsce. - Ale Pan jedzie z RFN, a do RFN naszych pieniędzy wywozić nie wolno. To jest przemyt. Proszę zamknąć auto i idziemy - komenderuje.
Kupiłem te marki, żeby mieć na drogę, nie wydałem i wrzuciłem do skrytki. Powinienem je schować, ale zapomniałem. No, to teraz dostanę za to zezwolenie na pracę!
Wchodzimy do jego biura, a ja zastanawiam się: areszt czy mandat? - Nie wiedziałem, że nie wolno wywozić waszych pieniędzy - próbuję się usprawiedliwiać. - Co teraz będzie? - Pieniądze zostaną zarekwirowane. Otrzyma pan pokwitowanie i może dochodzić swoich praw w sądzie.
Innemu dałbym połowę i byłoby po sprawie, ale temu źle z oczu patrzy, więc czekam. Urzędowy formularz w trzech kopiach, kalki, ręczna maszyna do pisania i zaczyna się wystukiwanie jednym palcem protokołu. Po pół godzinie mogę go już podpisać. Czytam uważnie: zarekwirowano 60 marek, podstawa prawna..., odwoływać się można do sądu w Lipsku. Podpisuję. - Dobrego dnia - życzy celnik na pożegnanie. Wyjeżdżam za wszystkie zapory i zasieki, jestem na NRD-owskiej A9 i widzę drogowskaz: „Berlin. Stolica NRD 300 km”.
No proszę, ta sama droga, a prowadzi do dwóch różnych Berlinów.

Mijały miesiące, Niemcy z NRD zaczęli uciekać do RFN przez Pragę, Budapeszt i Warszawę, a mur berliński trzeszczał. RFN otworzyła całodobowe, dodatkowe przejścia od strony Czech, dawała każdemu uciekinierowi po sto marek na powitanie i w małym szwabskim miasteczku, gdzie mieszkałem, pojawił się pierwszy trabant. - Widział pan tego trabi? - spytał właściciel domu, w którym mieszkałem. - Widział pan, jak on kopci?
Nie ucieszył się porządny Szwab z tego dymiącego symbolu „Wiedervereinigung” na jego ulicy.
Zmieniało się też trochę NRD, bo któregoś razu, przejeżdżając koło Karl-Marx-Stadt, zauważyłem, że to już nie jest Karl-Marx-Stadt, tylko Chemnitz. Tak to po cichutku wróciła stara nazwa.
Wewnątrzniemiecka granica jednak trwała, ale na przejściu Rudolphstein-Hirschberg coś się zmieniło. Nadal NRD-owscy celnicy każą otwierać wszystkie drzwi, nadal dokumenty są przesyłane przez rurę, ale wszystko to już jest robione od niechcenia.

Aż nadszedł ten dzień, gdy Kohl ucałował Mazowieckiego, a mur w Berlinie rozbito młotkami na kawałki. Na przejściu Rudolphstein-Hirschberg stali nadal po swojej stronie NRD-owcy, a po swojej RFN-owcy, ale tylko machali rękami, każąc przejeżdżać. Teraz przede wszystkim przejeżdżały auta z NRD.
Potem budynki graniczne opustoszały, znikły bariery i wieże strzelnicze. Znikła też tablica: „Berlin. Stolica NRD 300 km” i z dwóch Berlinów został tylko jeden.

Nadszedł też taki dzień, gdy żegnałem się ze Szwabią i wracałem do domu. - Wracasz do demokratycznego i wolnego kraju - powiedział przy pożegnaniu mój niemiecki szef Fritz Unden. - Tak - odpowiedziałem z dumą. - Był kiedyś taki nasz kanclerz, Bismarck - kontynuował Fritz. - On powiedział, że jak się chce zrobić Polakom na złość, to trzeba im pozwolić, żeby się sami rządzili.
Przełknąłem te słowa, zmilczałem i pojechałem.

Patrzę teraz na ten nasz demokratyczny i wolny kraj, na kłótnie polityków i nieraz myślę sobie, że może Bismarck miał rację.

Vollständiger Text/ cały tekst: http://www.gazetachojenska.pl/gazeta.php?numer=13-04&temat=6
Veröffentlichung/ data publikacji: 25.01.2013