Pani Pilz

Kontynuujemy publikację „niemieckich” tekstów urodzonego w 1949 roku w Chojnie Mariana Wojewody. Jest absolwentem Wydz. Elektroniki na Politechnice Wrocławskiej, od 1976 r. mieszka i pracuje w Gorlicach. W latach 1985-87 pracował w Iraku w fabryce nawozów sztucznych w Al Kaim (owocem jest książka pt. „Pustynne »zielone«”), a w latach 1989-1990 pracował w Niemczech. Cykl rozpoczęliśmy w nr. 2 tekstem „NRD - moje Niemcy”, a przed dwoma tygodniami opublikowaliśmy „Ponowne zjednoczenie”.

Pani Pilz
Salach to małe miasteczko niedaleko Stuttgartu, gdzie mówi się, żyje i myśli po szwabsku. Szwabski dialekt pieści moje uszy przez „le” w zdrobnieniach, bo czyż nie piękne jest takie „Häusle” lub „Schächtle”? Szwabska kuchnia pieści moje podniebienie „szpeclami” i „mousztem”, czyli kluseczkami podawanymi do potraw z sosami i młodym winem z jabłek. Szwabskie myślenie mnie nie pieści, bo Szwabi są zamknięci w sobie i skąpi. Podobno Szwab najchętniej mieszkałby na szczycie góry, otoczony wysokim murem, a skąpstwem nie ustępuje Szkotowi lub krakusowi.
Mieszkać się tu jednak da i pracować też. Mieszkam w szwabskim domu, ale pracuję w firmie, gdzie jest dużo gastarbeiterów. Przeważają wśród nich Jugosłowianie i Hiszpanie, ale są też Polacy. Polaków jest tylko troje, a każdy z nich to oddzielna historia.

Już pierwszego dnia w zakładowej kantynie przysiadł się do mnie Adamczyk. - Nawiałeś z Polski czy na czarno tu robisz? - zapytał. - Nie nawiałem i mam zezwolenie na pracę - odpowiedziałem, łykając pierwsze moje szpecle w życiu. Adamczyk popatrzył na mnie podejrzliwie i już chyba zaczął żałować, że się przysiadł. Wyjaśniłem mu więc, jak się tu znalazłem i szybko dodałem, że nie zostanę na zawsze. Ta ostatnia informacja uspokoiła go wyraźnie, a jeszcze bardziej ta, że jestem elektronikiem. Nie byłem dla niego konkurencją, bo on był mechanikiem. - A jak tam jest w Polsce? Chujowo. Prawda? - kontynuował. - Chyba masz tam kogoś, to wiesz - odpowiedziałem. - Nie kontaktuję się z rodziną. Ja spieprzyłem za Solidarności, to muszę teraz uważać, żeby im kłopotów nie narobić.
Przerwa obiadowa się skończyła i pogaduszki rodaków również. Na drugi dzień Adamczyk znowu się przysiadł. - Powiedz, chujowo w Polsce, prawda? - zaczął już przy zupie. - No, dobrze nie jest. - W sklepach nic nie ma. Prawda? - No, nie ma. - A ubecja węszy? - Teraz to już nie tak bardzo. Stan wojenny odwołany, a i cały system się powoli sypie. - Musiałeś się wyspowiadać na ubecji przed wyjazdem. Prawda? - Musiałem. - I cyrograf, że wrócisz, musiałeś podpisać? - Nie musiałem. - Ej, coś pieprzysz. Wszyscy muszą podpisać! - Ja nie musiałem. Teraz już nie ma takich cyrografów.
Dzwonek na koniec przerwy zakończył naszą rozmowę, ale w opinii Adamczyka zostałem już ubeckim kapusiem.
Spotykaliśmy się w kantynie, a czasem w innych miejscach i zawsze Adamczyk zaczynał rozmowę od: „Chujowo w Polsce, prawda?”. Opowiedział mi, że wyjechał z Polski jeszcze przed stanem wojennym. Poszczęściło mu się bardzo, bo w stanie wojennym to by go pewnie zabili. - Byłeś jakimś ważnym działaczem Solidarności? - zapytałem kiedyś. - Dlaczego musiałeś uciekać? - Nie. Nie byłem, ale przecież każdy, kto myślał inaczej niż komuchy, był zagrożony. Nie pamiętasz? - Za myślenie nikogo nie wsadzali. Musiałeś ostro działać. Gdzie działałeś? - Nie działałem, ale nie mogłem już dłużej tego wszystkiego znosić. - Czyli wyjechałeś tu do roboty i nie jesteś żadnym zbiegiem politycznym.
Adamczyk zamilkł i już wiedziałem, że mnie nie lubi. Przy kolejnym spotkaniu zmienił temat. - Jak Cię Szwaby tutaj traktują? - zapytał. - Normalnie. Nic mi nie robią. - Tu się nie przebijesz. Ja jestem inżynierem mechanikiem i nieraz im mówiłem, co trzeba w ich maszynach ulepszyć, ale oni mnie nie słuchają. Oni wszystko wiedzą lepiej. W dupie mają mój dyplom. Dla nich jestem tylko ślusarzem. - A czego się spodziewałeś? Nie masz nostryfikowanego dyplomu, to jesteś ślusarzem. Ja też mam dyplom, a pracuję jako zwykły monter.
I znowu nie spodobałem się Adamczykowi.
Nasze kontakty słabły równie szybko, jak się zaczęły, bo Adamczyk zawsze wracał do tego, że w Polsce jest chujowo i że Szwaby go nie doceniają. Dla mnie w Polsce było jak było, a Szwaby traktowały mnie jak każdego gastarbeitera. Ja ich nie zaczepiałem ani oni mnie. Zacząłem unikać Adamczyka. Wolałem jeść obiady sam lub z kimś, kto nie drażnił mnie Szwabami ani sytuacją w Polsce.

Czas upływał, mur berliński się chwiał, a Adamczyk wciąż grał rolę cierpiącego, który musiał przed ubecją uciekać. Aż wybrano Mazowieckiego na premiera, orłowi nałożono koronę i wszyscy opozycjoniści odetchnęli z ulgą.
- No, teraz możesz spokojnie wracać. Już Cię nikt nie zamknie - powiedziałem któregoś dnia Adamczykowi. - A co ty? Tam dopiero teraz jest chujowo, jak się te solidaruchy do władzy dorwały! - odpowiedział.

W tym samym czasie, co Adamczyka, poznałem innego człowieka, który wyjechał z Polski. - Dzień dobry. Nazywam się Kippke - zaczepił mnie po polsku starszy, grubawy pan przy automacie z kawą. - Jesteś ze Śląska? - Nie, z Galicji. - A! Krakus. - No, nie całkiem. A pan skąd? - Z Krapkowic.
Od tego dnia często jadłem razem z panem Kippke śniadania. Był śląskim Niemcem, którego rodzina od zawsze mieszkała w Krapkowicach. Gdy przyszli Ruscy, wszyscy krewni uciekli, ale Kippkowie zostali, bo czuli się tam u siebie. Mimo że Ruscy grabili i gwałcili, to Kippkom jakoś się udało. Gdy na Opolszczyznę przyjechali Polacy ze wschodu i pozajmowali sąsiednie domy, Kippkowie dogadywali się również z nimi. - Różni byli ci ze wschodu - mówił pan Kippke. - Porządni i dranie, pracowici i lenie. Najgorsze było to, że nie dbali o domy. Nic nie remontowali, mieszkali tylko.
- Bo myśleli, że za parę lat Niemcy ich wygonią - odpowiedziałem. - Ja to znam, bo ja się urodziłem na Pomorzu. Moja matka zawsze mi powtarzała, że dom, w którym mieszkamy, nie jest nasz i że nie wiadomo kiedy trzeba go będzie opuścić.
- Tu w Göppingen mam sąsiada z Pomorza - powiedział pan Kippke. - Z Greifenhagen. - To teraz nazywa się Gryfino, a ja się urodziłem czterdzieści kilometrów na południe - dodałem. - Ja rozumiem, że oni się bali, ale dom to dom - kontynuował pan Kippke. - Ktoś go zbudował, dzieci się w nim rodziły, ludzie umierali. Dom nie jest winny temu, że właściciel się zmienił. O dom należy dbać.
- Kiedy pan wyjechał do Niemiec i dlaczego? – zapytałem któregoś dnia. - Jak Gierek ogłosił, że można łączyć rodziny, to moja żona zaczęła namawiać mnie na wyjazd. Gadała, nudziła i w końcu przegadała. Przyjechaliśmy do Göppingen, bo jej wujek tu mieszkał. - No i co? Dobrze zrobiliście? - dopytywałem. - Czy ja wiem? Pieniędzy mam tu więcej, kupić wszystko można i życie jest tu łatwiejsze. Wujek zmarł i znowu jesteśmy tu sami, bo cała rodzina jest bliżej Aachen. Tylko ten sąsiad z Greifenhagen to jest taki bliższy człowiek. - No, ale jest pan w ojczyźnie, bo pan jest Niemcem - drążyłem. - Moja ojczyzna to Krapkowice, nawet te polskie. Ja jestem Ślązak, nie Szwab ani Bayer - odpowiedział.
Któregoś dnia zagadnąłem go o gastarbeiterów. - To nie jest dobra polityka, bo robotę nam zabierają - odpowiedział prosto. - Jak ktoś się tu ożenił lub ma rodzinę, to niechaj pracuje, ale tych Turków i Jugosłowian to nie powinno tu być. - A Polacy? - zaczepiłem. - Tacy, co przed komuną uciekli, jak Adamczyk. - Jaki on tam uciekinier polityczny! - fuknął pan Kippke. - Uciekł z jakiejś wycieczki, bo mu się w Polsce robić nie chciało i myślał, że mu tu zaraz wszystko dadzą. Najgorsze jest to, że narzeka na Polskę przed byle kim, przed Turkami. Ja jestem Niemiec, ale się wstydzę za niego.
Mieliśmy teraz nowy temat do rozmów: Adamczyka i Polaków w Niemczech. Okazało się, że pan Kippke pilnie obserwuje Polaków i słucha, co i do kogo mówią. - Nie ma ich tu w okolicy za wielu, ale wszyscy są wiecznie niezadowoleni i ciągle narzekają. Niektórzy to udają, że nie są Polakami, jak ta durna Pilz z biura - dodał.
Po kilku dniach pan Kippke pokazał mi panią Pilz i opowiedział jej historię. Pochodzi ona z Gliwic i nie jest Niemką ani nawet Ślązaczką, bo nie ma śląskiego akcentu. Gdzieś poznała pana Pilza, dużo starszego od niej, wyszła za niego za mąż i przyjechała tu. Pan Pilz jest tu konstruktorem, więc załatwił jej pracę w biurze. Mieszkają w Salach, a pani Pilz udaje, że nie jest Polką. Wszyscy w firmie o tym wiedzą i śmieją się z niej za plecami. Żeby nie pan Pilz, który jest tu szanowany, to śmialiby się jej w oczy.
- Dzień dobry, pani Pilz - zagadnąłem ją po polsku przy najbliższej okazji. - Guten Morgen – odpowiedziała i poszła dalej.
- Faktycznie. Rozumie po polsku, ale mówi po niemiecku - pochwaliłem się zaraz panu Kippke. - A widzisz. Nie mówiłem?
Okazało się wkrótce, że Pilzowie mieszkają gdzieś niedaleko mnie, a w każdym razie pani Pilz chodzi czasem tą samą ulicą, co ja. Dopędziłem ją kiedyś i zaczepiłem po polsku: - Dzień dobry, pani Pilz. - Dzień dobry - odpowiedziała po niemiecku. - Czy mieszka pani w pobliżu? - kontynuowałem po polsku. - Tak. Na ulicy Bacha - ona dalej po niemiecku. - A ja na Beethovena - ja nadal po polsku. - Wiem - odpowiedziała po niemiecku.
I tak pogadaliśmy sobie o wszystkim i o niczym - ja po polsku, a ona po niemiecku. Gdyby ktoś nas podsłuchał, to byłby bardzo zdziwiony.
- Pogadałem wczoraj z Pilzową na ulicy - pochwaliłem się panu Kippke. - Ja mówiłem po polsku, a ona po niemiecku.
- A widzisz! Nie mówiłem, że durna? - skwitował pan Kippke.
Pani Pilz nie była chyba z naszej rozmowy zadowolona, bo zaczęła mnie unikać i już nigdy nie udało mi się jej „przypadkowo” spotkać na ulicy.

Okazało się, że nie umiałem rozmawiać ani z „wygnańcem politycznym” Adamczykiem, ani z „Niemką” Pilz. Pozostał mi tylko do rozmów śląski Niemiec Kippke i inni – nie-Polacy.
Marian Wojewoda

Vollständiger Text/ cały tekst: http://www.gazetachojenska.pl/gazeta.php?numer=13-06&temat=9
Veröffentlichung/ data publikacji: 08.02.2013