Przyjechali Ruscy!

Dziś kolejny tekst pochodzącego z Chojny Mariana Wojewody. Zapiski te są wynikiem obserwacji, poczynionych przez autora podczas pracy w Niemczech w latach 1989-1990. Poprzednie odcinki publikowaliśmy w numerach: 2, 4 i 6. M. Wojewoda w latach 1985-87 pracował w Iraku i napisał później książkę pt. „Pustynne »zielone«”.

Przyjechali Ruscy!
Przyjechali Ruscy! - rozeszło się po firmie i na hali pojawiło się pięciu obcych. Przyjrzałem się im dyskretnie - faktycznie, twarze mieli inne niż Niemcy, Turcy i Jugosłowianie dookoła. Dowiedziałem się, że nasza firma podpisała z jakąś moskiewską fabryką umowę licencyjną i że ci Ruscy przyjechali do nas na szkolenie. Dowiedziałem się, czego chciałem i przestałem się tym interesować. „To” jednak zainteresowało się mną, bo po kilku dniach mój niemiecki szef i zapytał: - Uczyłeś się rosyjskiego w szkole? - Uczyłem się, ale wszystko już zapomniałem. - To sobie przypomnisz - powiedział. - Chcieliśmy tym Ruskim zrobić kurs przygotowawczy, ale oni powiedzieli, że kursu nie potrzebują i mogą samodzielnie uruchamiać obrabiarki. Dałem im więc tamtą na końcu hali, ale widzę, że od trzech dni kręcą się koło niej, a postępów nie ma. Idź do nich i pomóż im. Tylko delikatnie, żeby się nie obrazili.
Spakowałem narzędzia i poszedłem na drugi koniec hali. Po drodze zastanawiałem się, co mam im powiedzieć. Nie powiem przecież, że szef mnie przysłał, bo oni sobie nie radzą. Co ja im powiem?
- Zdrawstwujtie - powiedziałem, i w głowie poczułem pustkę. - Priwiet! - odpowiedział najbliższy z nich i uśmiechnął się od ucha do ucha. - Skąd znasz rosyjski? - Bo jestem Polakiem. - Polak? Uciekłeś z Polski? Podobno dużo Polaków ucieka na Zachód. - Nie uciekłem. Ja tu pracuję i wrócę do Polski.
Wszystko to - ku mojemu zdziwieniu - powiedziałem mniej więcej po rosyjsku. W każdym razie on mnie zrozumiał. Podeszli pozostali i przedstawili się: - Wowa. - Pietia. - Lonia. - Dima. - Siemion Piotrowicz - tłumacz.
„Siemion Piotrowicz - tłumacz” - zabrzmiało nieprzyjemnie. Przyjrzałem mu się. Był wysokim, szczupłym blondynem o fryzurze znanej z radzieckich filmów wojennych. Ubrany był w oficerską letnią bluzę.
- Dlaczego Niemcy pana przysłali? - zapytał z agresją w głosie. - Bo pan sobie nie radzi z tłumaczeniem i przez pana koledzy mają problemy - odpaliłem bez namysłu. Siemion Piotrowicz zamilkł, a ja już widziałem siebie na dywaniku u szefa. Przecież miało być delikatnie! Spojrzałem na Wowę, Pietię, Lonię i Dimę. Stali ze spuszczonymi głowami, a ja czułem, że trafiłem w sedno.
- No, chłopaki? Z czym macie problemy? - zapytałem ignorując tłumacza. Okazało się, że wszyscy czterej są elektronikami i znają podobne maszyny. Nie znają tylko niemieckiego i nie rozumieją instrukcji ani opisów stosowanych procedur, a Siemion Piotrowicz nie umie im pomóc. Wzięliśmy się wspólnie do pracy, a moja pomoc ograniczyła się tylko do tłumaczenia niemieckich terminów technicznych. Siemion Piotrowicz stał blisko i wyciągał uszy, ale widać było, że nic z naszej rozmowy nie rozumiał.

Jednak nie zawsze rozmawialiśmy o technice, a moi Ruscy szybko nauczyli się pozbywać Siemiona Piotrowicza, żeby pogadać o innych sprawach. Jak podejrzewałem, Siemion Piotrowicz był ich aniołem stróżem z KGB, a tłumaczem tylko przy okazji. W jego obecności zachowywali się więc oficjalnie, ale gdy go nie było, mówili śmiało o wszystkim.
Dowiedziałem się, że Wowa zaraz po studiach został wzięty do wojska i spędził pół roku na wojnie afgańskiej. Opowiadał, jak się bał wychodzić z baraku, bo jego kolegę zastrzelił w drzwiach afgański snajper, i jak umierał jego kolega poszarpany przez minę. Wowa był łącznościowcem i na akcje nie chodził, ale inni chodzili. Takich opowieści nie mógł słuchać Siemion Piotrowicz, choć na pewno znał wojenną przeszłość Wowy.
Pietia był inny. O sobie mówił niewiele, ale wiele pytał. Przysiadał się często w czasie przerwy śniadaniowej, popijał kawę i pytał o Wałęsę, o Solidarność i o stan wojenny. Wiedział o tym sporo i pytał chyba dlatego, żeby swoje wiadomości potwierdzić lub poszerzyć. Nic nie komentował tylko uważnie słuchał.
Lonia był lekkoduchem. Pochodził z bogatej rodziny i bardziej interesowały go modne spodnie, aparaty fotograficzne i piwo, niż Wałęsa.
Dima był małomówny i nie bardzo pasował do reszty. - To Tatar - powiedział kiedyś Wowa. - Oni inaczej żyją i myślą.
Nawet milczący Tatar Dima był sympatyczniejszy od Siemiona Piotrowicza, który nie potrafił lub nie chciał rozmawiać ze mną o niczym poza pracą lub polityką, a te polityczne tematy to były zawsze zaczepki. - Wy, Polaki, nas nie lubicie - zaczepił mnie kiedyś. - E tam! Przesada - odpowiedziałem na odczepkę. - No to czemu chcecie, żeby nasze wojska wyszły z Polski? - A po co mają u nas być? - odpowiedziałem. - Przecież was wyzwoliliśmy. - Bardzo jesteśmy wam za to wdzięczni, ale nie zapraszaliśmy was na stałe. Austrię też wyzwoliliście, a nie zostaliście tam. - A kto by was bronił przed niemieckimi odwetowcami? - kontynuował. - Ci odwetowcy podpisali z waszą fabryką umowę i goszczą was tu - odpowiedziałem. - Ale wy, Polaki, i tak nas nie lubicie - zakończył.
Nie wiem, ile Siemion Piotrowicz miał wojskowych bluz, ale nigdy nie widziałem go ubranego inaczej. Zauważyli to też Niemcy, bo niedługo zaczęli go nazywać: „ten w bluzie KGB”.

Goszczeni byli ci rosyjscy goście godnie. Dała im firma do dyspozycji domek z pełnym wyposażeniem, darmowe obiady w kantynie i auto do dyspozycji na każdy weekend. Jeździli, gdzie chcieli, ale interesowały ich tylko supermarkety i porównywanie cen pomiędzy Stuttgartem i Monachium. Pietia kiedyś powiedział: - Jeździmy tak i jeździmy, a poza wieszakami w sklepach niczego nie widzieliśmy. - No to wyskoczmy gdzieś razem - zaproponowałem. - A Siemion Piotrowicz? - odpowiedział zrezygnowany. - Jak się go pozbyć?
Przyszła jednak i na Siemiona Piotrowicza czarna godzina. Wielkanoc tego roku była późno, zaraz po niej były moje imieniny i 1 Maja. Z Polski przywiozłem parę butelek Poloneza i powiedziałem im o imieninach. - Świetnie! - ucieszyli się. - I od razu uczcimy 1 Maja. - A Siemion Piotrowicz? - zapytałem jak Pietia kiedyś. - Jak się go pozbyć? - Nie bój się - usłyszałem w odpowiedzi. - Wszystko urządzimy jak trzeba. Ty tylko przynieś tę polską wódkę.
1 Maja był ciepły i idealny na piknik. Chłopcy znaleźli miejsce na ognisko. Tatar Dima nie pił i był naszym kierowcą. Rozpaliliśmy ognisko, przygotowaliśmy mięso do pieczenia i chłopcy rozpoczęli akcję. - No, Siemion Piotrowicz! Wypijcie polskiej wódki za zdrowie naszego kolegi - zaczął Wowa i nalał mu pół szklanki. - Pańskie zdrowie! - powiedział Siemion Piotrowicz i wypił jak na radzieckiego człowieka przystało. - Popijcie - zaproponował Lonia i podał mu butelkę piwa. Siemion Piotrowicz popił.
- W Polsce się mówi, że trzeba wypić na drugą nogę, żeby nie kuleć - powiedziałem i nalałem od serca. Siemion Piotrowicz wypił i popił piwem. Zacząłem już żałować tego zimniutkiego Poloneza, ale chłopcy nie przestawali: - Siemion Piotrowicz! A winka spróbujecie? - zaproponował któryś i nalał mu szklankę taniego wina, kupionego w Aldim. - Dawaj - zgodził się Siemion Piotrowicz. - Pijcie to piwo, Siemion Piotrowicz, bo zaraz będzie ciepłe i niedobre - upomniał inny.
W ten sposób agent Siemion Piotrowicz po godzinie był już gotowy... do snu. Ułożyliśmy go w aucie, a Tatar Dima powiedział: - Pijcie, riebiata. Jak się obudzi, to ja mu znowu naleję.
Bawiliśmy się do wieczora, popiliśmy i swobodnie porozmawialiśmy. Siemion Piotrowicz budził się parę razy, ale czujny Tatar usypiał go zaraz kieliszkiem wódki. 1 Maja przeminął, a nasz agent, który miał lukę w pamięci, pewnie w raporcie napisał: „W dniu święta narodowego nic ważnego nie zaszło”.

Życie biegło, radzieccy koledzy coraz lepiej radzili sobie w pracy i któregoś dnia szef powiedział mi: - Koniec! Wracasz na swoje miejsce, a oni już teraz będą pracować sami.
Odtąd nie byliśmy już razem przez cały dzień, ale prawie na każdej przerwie śniadaniowej przychodził Wowa lub Pietia, żeby pogadać. Siemion Piotrowicz zapewne odetchnął, bo nawet zaczął mi się pierwszy kłaniać. Jego niechęć do Polaków jednak nie osłabła i wyszła na wierzch zaraz przy pierwszej okazji. Któregoś dnia przechodziłem koło domku, gdzie mieszkali Ruscy. Siedzieli w ogródku, pili piwo i zaprosili mnie. Siemion Piotrowicz oglądał telewizję.
- Dzień dobry Siemion Piotrowicz. Co pan ogląda? - zapytałem przez otwarte okno. - Niech pan wejdzie i zobaczy - zaprosił. Oglądał transmisję z parady wojskowej z okazji urodzin brytyjskiej królowej. - Widzi pan? Żyje taki pasożyt, i jeszcze mu defilady urządzają - skomentował. - Jaki pasożyt? - Królowa. Po co ona narodowi? - A wasz Gorbaczow po co potrzebny narodowi? - odpaliłem. - On rządzi - odpowiedział wyraźnie zły Siemion Piotrowicz. - A co w takim razie robi wasz premier i rząd? To oni są pasożytami - odciąłem się. - U was też jest sekretarz partii i rząd - odgryzł się. - Bo to przyszło od was. Ja wolałbym jednego króla niż cały komitet centralny. - A po co król? - Tak samo niepotrzebny jak pierwszy sekretarz, ale przynajmniej reprezentowałby tradycję narodową. - Wy, Polaki, nie lubicie nic, co ruskie. - Nie, Siemion Piotrowicz. My nie lubimy tego, co sowieckie, a nie ruskie. - A jaka to różnica? - Nie wie Pan? Puszkin był ruski, a Stalin sowiecki. Taka to różnica. - Uczony pan, uczony - burknął Siemion Piotrowicz i wyszedł do łazienki.
Dopiłem piwo, pożegnałem się z chłopakami, a Siemion Piotrowicz już się nie pokazał.
Po kilku tygodniach Ruscy wyjeżdżali i przyszli się pożegnać. Chłopcy mówili, że kupili za dużo prezentów i martwili się, czy nie będzie kłopotów na granicy. - A Pan, Siemion Piotrowicz? Co Pan kupił? - zapytałem.
- Nic. Tu niczego dobrego do kupienia nie ma - odpowiedział poważnie.

Vollständiger Text/ cały tekst: http://www.gazetachojenska.pl/gazeta.php?numer=13-10&temat=1...
Veröffentlichung/ data publikacji: 08.03.2013