Po śladach na polsko-niemieckim pograniczu. Doświadczenia.

Zamiast wstępu
Na pograniczu naprawdę ciągle jeszcze jest wiele do nadrobienia na płaszczyźnie wieloletnich przemilczeń z okresu przedprzełomowego. Na polskich ziemiach zachodnich, podobnie jak w Brandenburgii, Meklemburgii Przedpomorzu czy Saksonii, dopiero w ostatnich latach zaczęło się mówić o tym, skąd pochodzą konkretne rodziny, a także w jakich okolicznościach musiały one opuścić swoje strony ojczyste.
Kontrowersyjna debata wokół planowanego przez Związek Wypędzonych Centrum przeciw Wypędzeniom, a także wystawa „Wymuszone drogi” uwidoczniły, że temat ten również po 60 latach wywołuje głębokie podziały. Szczególnie wyraźnie obecny jest on na pograniczu, gdzie tak po polskiej, jak i po niemieckiej stronie żyją ludzie, którzy musieli opuścić swe rodzinne strony i rozpoczynać nowe życie na obcej ziemi. Zarówno w NRD, jak i w Polsce ucieczki i wypędzenia były po 1945 roku tematem tabu. W Niemczech stało się to szczególnie wyraźne, kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych w nowych landach można było starać się o „wyrównanie” w wysokości 4.000 marek tytułem utraconego majątku. W Brandenburgii do końca 1995 roku wpłynęły (w oparciu o zarządzenie dotyczące wsparcia dla wypędzonych z 30.9.1994) 277.832 podania. Z tego 241.137 osób otrzymało jednorazową zapomogę (132.096 osób pochodziło z terenów dawnej Rzeszy, 87.187 poszkodowanych przybyło z Polski w ramach późniejszych przesiedleń). Okazało się, że znaczna część niemieckiej ludności pogranicza (w wielu przygranicznych miejscowościach do 30%) wywodzi się z rodzin, które bądź uciekły, bądź zostały wypędzone z terenów po drugiej stronie Odry. Po polskiej stronie dobrowolnymi lub przymusowymi osadnikami byli ludzie z Polski centralnej, zwolnieni do cywila żołnierze i tak zwani repatrianci z Kresów. Jest to więc region, w którym nastąpiła wymiana ludności, nietypowe pogranicze – bez mieszanki języków, bez przejawów podwójnej lub zmieniającej się lojalności, bez śladów wielokulturowości, obszar, na którym każde przejście przez rzekę było (jest?) przejściem na obcą ziemię.
Polsko-niemieckie imprezy obracające się wokół tego tematu, jak choćby w 1994 roku w Gubinie/Guben, udowodniły, że o trudnych i bolesnych dla pojedynczych ludzi sprawach można wspólnie rozmawiać. Pod warunkiem jednak, że respektuje się losy i krzywdy drugiej strony, a także pamięta o historycznym następstwie wydarzeń (wojna, terror i zagłada, ucieczki i wypędzenia). Okazało się również, że bezgraniczne są obszary niewiedzy po obu stronach, natomiast ograniczone pozostają możliwości porozumienia (również dosłownie rzecz biorąc). Tutejsi mieszkańcy dalecy są bowiem od opisanych przez Stefana Chwina ludzi żyjących ponad granicami i odrzucających „twardą autoidentyfikacją paszportową”, którzy również na obszarze języka sąsiada czuliby się jak u siebie w domu.

Miejsca ojczyste – pamięć i zapomnienie
Odwiedziny w miejscach ojczystych są dzisiaj zjawiskiem powszechnym. Właśnie w tych miejscach wydarzeń i pamięci krzyżują się koleje życia dawnych i dzisiejszych mieszkańców. Miejsca te stwarzają możliwość refleksji nad losem własnym, a także okazję poznania losów cudzych. W wielu niegdyś niemieckich, a dzisiaj polskich miejscowościach dawnej Nowej Marchii, Pomorza czy Śląska coś takiego już się dzieje. Wspólne wystawy, ekumeniczne nabożeństwa, izby muzealne ziemi ojczystej nie należą tu do rzadkości. Jednakże inicjatywy te są mało znane opinii publicznej, chociaż to właśnie one mogłyby skutecznie przeciwstawić się nacjonalizmowi i histerycznym reakcjom – kiedy z uwagą słucha się drugiej strony, poważnie traktuje indywidualne losy, nie postrzegając jednostek wyłącznie w perspektywie przynależności narodowej.
Również mieszkańcy polskich ziem zachodnich, jak choćby z Chojny, Czaplinka czy Pyrzan, zaczęli odwiedzać swe strony ojczyste na dawnych polskich Kresach wschodnich. O wycieczce Polaków z Pyrzan do wsi Kozaki (na dzisiejszej Ukrainie) opowiada polski film dokumentalny „Same stamtąd” w reżyserii Zbysława Kaczmarka. Po 1945 roku w Pyrzanach osiedliła się cała kresowa wioska wraz z proboszczem. Sołtys zlecił namalowanie panoramy tych okolic na jednej ze ścian swego domu. Wspomnienia towarzyszące podróży nie zawsze były miłe. A jednak wizyta przebiegła w przyjaznej atmosferze. I chociaż cały film obraca się wokół pamięci, kończy się on niespodzianą, pojednawczą uwagą starszej kobiety z Polski: „To wszystko było straszne. Ale kiedyś trzeba też zapomnieć”.

Obchody 60-lecia w zachodniej Polsce 2005
Nie podpisuję się pod tezą głoszoną przez wiele koleżanek i kolegów, jakoby na pograniczu było spokojnie i w zasadzie wszystko w porządku, a tylko stołeczni politycy i dziennikarze mieliby wpadać w histerię. Uważam to za wyraz braku wyobraźni. „Walka dwóch linii”, by tak rzec, ma charakter regionalny i ponadregionalny, toczy się i w Niemczech, i w Polsce. Niektórzy polscy urzędnicy do dzisiaj mówią o „ziemiach odzyskanych”, gdy tymczasem inni zajmują się odkrywaniem zastanego dziedzictwa kulturowego, a na miejscu dawnych, poniszczonych cmentarzy umieszczają tablice pamiątkowe lub stawiają lapidaria. Oba zjawiska można zresztą napotkać w jednej i tej samej miejscowości. Dla niektórych ludzi elementy obcości nie są już zagrożeniem (w mazurskiej wiosce Nakomiady odnowiono nawet pomnik Bismarcka), dla innych pozostały nim do dzisiaj.
Zwłaszcza podczas obchodów 60-lecia polskich miejscowości w 2005 roku ich historia sprzed roku 1945 była z reguły nie na miejscu. Chodziło bowiem przede wszystkim o skuteczną (re)polonizację niepolskich miejscowości. I okazało się, że dawne hasło „Byliśmy, jesteśmy, będziemy” bynajmniej nie wszędzie zostało zapomniane lub znikło; można je podziwiać na pomniku stojącym na dawnym rynku w Krośnie Odrzańskim albo w Łobzie. A jest to hasło, w którym bodaj najwyraźniej widać przymierze reżymu realnego socjalizmu z narodową prawicą (Związek Ochrony Kresów Zachodnich, Polski Związek Zachodni) po 1945 roku.
W czasie wycieczki studyjnej w 2005 roku polsko-niemiecka grupa odwiedziła muzeum w Stargardzie Szczecińskim, gdzie prezentowana była (pierwsza) naprawdę interesująca wystawa o polskich osadnikach w mieście po 1945 roku. Mieszkańcy miasta udostępnili wiele prywatnych pamiątek. Nas najbardziej zainteresowała jednak mapa z polską siecią kolejową (do 1947 roku), na której granica Polski przebiegała w okolicach Eberswalde, a wszystkie miejscowości na zachód od Odry opatrzone są były polskimi nazwami. Niemieckie ślady widoczne były jedynie na polskich dokumentach, które – z braku papieru – wystawione zostały na odwrocie dokumentów niemieckich. Padło nawet pytanie, dlaczego nie pojawiły się żadne eksponaty dotyczące niemieckiej przeszłości miasta. Czy może nie nawiązano jeszcze kontaktów z dawnymi stargardzianami? Czy też nowi mieszkańcy nie chcieli udostępnić znalezionych – zapewne na strychach – przedmiotów? Nie, powód był inny. Wystawy na temat ziemi ojczystej „wczoraj i dzisiaj” organizowano już wcześniej, a kontakty z dawnymi niemieckimi mieszkańcami istnieją. Jednakże organizatorzy wystawy (czy też ich przełożeni?) doszli do przekonania, że na wystawie o polskich osadnikach lepiej nie pokazywać niemieckich eksponatów ani też nie poruszać tematu wypędzeń. Na to jeszcze za wcześnie, a i okazja nie ta. Można więc było odnieść wrażenie, że niemiecki Stargard i polski Stargard Szczeciński nie mają z sobą nic wspólnego. Pewien dziennikarz ze Szczecina, którego bez wątpienia określić można jako przekonanego i zakorzenionego polskiego Pomorzanina, aczkolwiek jego ojciec pochodzi ze wschodu, podsumował wystawę taką oto refleksją: Na ile pewnie czują się Polacy na polskim od 60 lat Pomorzu Zachodnim, na ile rozumieją specyfikę regionu i są z nim utożsamieni? Wydaje się, że na tak postawione pytanie wciąż trudno odpowiedzieć.

Rozmaitość kontaktów
Jak pokazała debata w mediach na temat projektowanego Centrum przeciw Wypędzeniom, najwidoczniej nie istnieje taki stan osiągniętej wiedzy, który chroniłby przed nawrotem starych sposobów myślenia. Dawno opracowane wyniki badań jednych naukowców nie znajdują uznania u innych, a także nie odpowiadają stanowi świadomości dużej części społeczeństwa. Na pograniczu problemy te są wprawdzie bardziej znane niż np. w Warszawie, ponieważ stanowią element codzienności na poniemieckich ziemiach i z reguły funkcjonują tutaj rozmaite kontakty z dawnymi niemieckimi mieszkańcami. Jednakże kontakty te są bardzo różne. Obejmują one zarówno nostalgiczne podróże w strony ojczyste bez jakichkolwiek spotkań z dzisiejszymi ich mieszkańcami, oficjalne wizyty kończące się formalnymi deklaracjami, które nikogo nie poruszają, ale również naprawdę intensywne spotkania i rozmowy w otwartej atmosferze. Te ostatnie mogą zaistnieć tylko wtedy, gdy pojedynczy ludzie bądź inicjatywy przystępują do dzieła ze zrozumieniem i długofalowym zaangażowaniem, a także z gotowością pełnienia roli negocjatora, również na płaszczyźnie językowej.
Koło Przyjaciół Neuwarp na przykład już od lat w Zielone Świątki odwiedza swe rodzime miasto Nowe Warpno nad Zalewem Szczecińskim. Przybywają promem z Altwarp, robią spacer po mieście, zachodzą być może na obiad do baru Argus (w którym – dzięki inicjatywie jednego człowieka – na ścianach podziwiać można wiele starych pocztówek z dawnymi widokami miasta), a potem wracają promem do Altwarp. Do ubiegłego roku nie było spotkań ani rozmów z dzisiejszymi mieszkańcami. W ramach projektu „Po śladach”, wspólnie z Andrzejem Kotulą, który sprowadził się tu ze Szczecina, i kilkoma innymi polskimi mieszkańcami Nowego Warpna zorganizowane zostało spotkanie w miejscowym kościele. Goście z Niemiec wprawdzie nie chcieli jeszcze wziąć udziału w dyskusji, jednak w kościele się pojawili. W tym roku w tymże samym kościele niemieccy goście opowiadali o swych dawnych przeżyciach, a słuchaczymi byli Polacy. Tymczasem w Nowym Warpnie ukonstytuowało się Stowarzyszenie „Pamięć i Tradycja”, które pragnie być partnerem Koła Przyjaciół Neuwarp. (Na marginesie: przewodniczący stowarzyszenia Władysław Kiraga został właśnie wybrany na burmistrza.) Członkowie stowarzyszenia przygotowują wystawę starych fotografii miasta. Chodzą więc po domach namawiając mieszkańców do odszukania i wypożyczenia starych zdjęć. Wspólnie ustalają, kogo i co pokazują fotografie, kiedy mogły zostać zrobione. Dawni niemieccy mieszkańcy obejrzeli wystawę i zaczęli sami przysyłać zdjęcia z czasów, kiedy Nowe Warpno było ich miejscem zamieszkania. Mamy więc do czynienia z procesem poszerzania wystawy, której nabiera stale nowych form. Jest ona wynikiem wspólnego zwrócenia się w stronę przeszłości, a zarówno dzisiejsi, jak i dawni mieszkańcy miasteczka zaczynają się z nią identyfikować, ponieważ jest ona ich dziełem, nad którym stale pracują.

Procesy
Bierzemy udział w pewnym procesie, współtworzymy go i kształtujemy, chociaż nie gwarantuje on w żadnym razie większego zrozumienia. Mieszkańcy pogranicza też czytają gazety i oglądają telewizję i nie zawsze są odporni na nacjonalistyczną propagandę. Kontakty z dawnymi mieszkańcami nie zawsze są też łatwe, zbyt często dochodzi tu do głosu poczucie wyższości i pogarda wobec Polaków czy też Słowian. Temat ten podjął już w swej powieści „Przed burzą“ Theodor Fontane, który w odróżnieniu od Gustava Freitaga nie był ani zwolennikiem niemieckiej manii wielkości, ani polakożercą, ani też antysemitą. Fontane konstruuje tu – nie bez widocznej przyjemności i z duzą dozą ironii – spór między radcą sądowym Turganym z Frankfurtu nad Odrą i pastorem Seidentopfem z Hohen-Vietz, dotyczący germańskiego bądź słowiańskiego pochodzenia znalezisk archeologicznych. Pruski radca polemizuje: Pochodzi on [wózek z brązu] z drugiej strony Odry. Robotnicy znaleźli go podczas robót drogowych między Reppen/Rzepinem a Drossen/Ośnem. (...) Drossen jest pochodzenia wenedyjskiego i oznacza ‘miasto przy drodze’. Odra zawsze była rzeką graniczną. A dalej poucza on Seidentopfa: ...jednego nie mogę pojąć – że ktoś z twoją powagą w sprawach nauki, kto przy setkach innych znalezisk wykazuje się taką bezstronnością, może poddawać w wątpliwość kulturę słowiańskich ziem. (...) Począwszy od naszego starego Priegnitz, gdzie się urodziliśmy, aż do tejże Ziemi Lubuskiej, na której obaj dzisiaj mieszkamy, zarówno różne obszary, jak i miasta, i wioski na wieczny znak tego, że z rąk wendyjskich powstały, noszą prawdziwe słowiańskie nazwy, zwłaszcza zaś ów Hohen-Vietz.
Fontane uczy też, że warto nie uchylać się od obrachunków. Nie ma sensu przemilczać własnych zapatrywań czy doświadczeń w imię przysłowiowego świętego spokoju. Wówczas bowiem każdy mówi uprzejmie, przyjaźnie i tylko dla siebie, nie ma zaś tu miejsca na jakiekolwiek zbliżenie, lepsze zrozumienie czy nauczenie się czegokolwiek. Takie doświadczenie przez całe lata było udziałem redaktora naczelnego i wydawcy lokalnej gazety w Chojnie, dawnym Königsbergu. Uważa on, że wprawdzie współpraca z dawnymi mieszkańcami miasta przyniosła wiele owoców, bo stopniowo postępuje odbudowa kościoła mariackiego w nie istniejącym już na dobrą sprawę centrum miasta, ale tak naprawdę nie wiadomo czemu miałoby to służyć. Coroczne spotkania z dawnymi königsbergczykami nie przyniosły chojniakom żadnych impulsów, a to dlatego, że nie doszło do otwartych rozmów ani spotkań. Pewien „polski Nowomarchianin” z Witnicy/Vietz radzi zawsze otwarcie rozmawiać, a w razie potrzeby sporządzać protokół rozbieżności, nad którym można dalej pracować.

Mówić otwarcie
Czasami jednak próby opuszczenia płaszczyzny dobrych intencji, zmierzające do tego, by „powiedzieć sobie wszystko”, „powiedzieć prawdę” czy „mówić otwarcie”, kończą się chwilową katastrofą. Tak właśnie było w Chojnie. Ów przybyły z Lublina do Chojny redaktor miejscowej gazety pragnął wreszcie porozmawiać otwarcie z dawnym mieszkańcem Königsbergu, który od lat jest zaangażowany w odbudowę kościoła mariackiego oraz „polsko-niemieckie pojednanie”. A reakcja była taka oto: Pan, Polak z wykształceniem, dobrze wie, że w języku polskim nie ma pojęcia odpowiadającego niemieckiemu HEIMAT. W języku słowiańskim istnieje tylko pojęcie ‘małej ojczyzny’. Dlatego też Polacy znani są jako szczególnie dumni patrioci wyznania katolickiego, którzy przez całe wieki pragnęli zdobyć jak najwięcej ziemi, zajmując się łowiectwem i zbieractwem, ale nie starali się w pocie czoła uczynić tej ubogiej nowomarchijskiej ziemi ziemią żyzną.
Podobnie zakończyła się podjęta przez studentów z Frankfurtu próba mediacji między dziejszymi i niegdysiejszymi właścicielami pewnego majątku na Ziemi Lubuskiej. Niestety, obaj niemieccy wypędzeni uważają do dzisiaj, że nie można mówić o napaści Niemiec na Polskę w 1939 roku, lecz o prowokacji polskich militarystów lub też wywołanej przez „dokonaną polsko-francusko-brytyjską szowinistyczną politykę okrążenia” Niemiec. W obliczu takich poglądów, wygłaszanych również publicznie, można zadać sobie pytanie, czy nie lepiej byłoby powrócić do obszarów tabu. Ale nie. Obie te osoby nie są reprezentantami niemieckich wypędzonych czy nawet własnej rodziny, jak w drugim przypadku. Na własny użytek stworzyli fakty, a argumenty do nich nie docierają. Lekcja z tego taka, że wszędzie znaleźć można i sprzymierzeńców, i przeciwników, we własnym kraju, jak i u sąsiadów. Chodzi więc o to, by szukać podobnie myślących sprzymierzeńców, z którymi można współpracować. Ludzie o nacjonalistycznych czy rasistowskich zapatrywaniach istnieją wszędzie (nawet jeśli co niektórzy Polacy uważają, że to wyłącznie niemiecka specjalność), i można się z nimi rozprawiać. Mediacja natomiast zdaje się tu mało stosowna. Nawet protokół rozbieżności prawdopodobnie niewiele by tu pomógł.

Do nadrobienia
Jak już wspomniano, tu, na pograniczu pozostaje wiele do nadrobienia, jeśli chce się przezwyciężyć przemilczenia ostatnich dziesięcioleci. Dopiero w ostatnich latach zaczyna się mówić o tym, skąd pochodzi dana rodzina, z jakich stron ojczystych przybyła i kiedy, a także w jakich warunkach musiała je opuścić. Na zachodzie Polski po 1945 roku powstało społeczeństwo złożone z przybyszy z rozmaitych okolic kraju, mających za sobą odmienne doświadczenia. Jednak nie chodziło o uwypuklanie odmienności, chodziło o polonizację ziem zachodnich, wobec tego przymusowa unifikacja społeczeństwa zdawała się być bardziej skuteczna. Zwalczano symbole, zwłaszcza symbole mniejszości narodowych, jak np. Ukraińców, przymusowo przesiedlonych w ramach akcji “Wisła”, których – przynajmniej teoretycznie – chciano osiedlić w rozproszeniu i w odległości co najmniej 50 km od granicy. Tym bardziej niestosowne były symbole niemieckości. Wprawdzie na polskim Pomorzu Zachodnim mówi się o tym, że przybysze ze wschodu i “narodowcy z Wielkopolski z ich misją polonizacji” nie mogli na siebie patrzeć, jednak na płaszczyźnie publicznej nie miało to żadnego znaczenia. Wszystko, co niepolskie, musiało zniknąć. Cytowany już wcześnie były lublinianin z Chojny pisze: Losy niepolskich cmentarzy w Chojnie i okolicy dotykają tematów tabu, których w naszym kraju nie brakuje, mimo zlikwidowania urzędowej cenzury. Radzono mi na przykład, by o losy kirkutu lepiej za bardzo nie rozpytywać, podobnie jak i o sposób wykorzystania nagrobnych płyt w pobliskich gospodarstwach. (...) W pierwszym odruchu byłem przekonany, że w Lublinie kirkut przetrwał II wojnę dlatego, że tam była Generalna Gubernia, a nie Rzesza. (...) Pamiętam to zaskoczenie, wręcz szok, gdy okazało się, że chojeński kirkut spokojnie przetrwał wojnę i został zdewastowany, a ostatecznie zrównany z ziemią, dużo później – już przez nas, Polaków.
Do tematów najczęściej przemilczanych należą również losy samotnych Niemek, które po wojnie zostały w Polsce i później najczęściej powychodziły za mąż za Polaków. Dopiero niedawno powstał film im poświęcony. Początkowo nosił on tytuł „Kiedyś byłam Niemką”. Jednak kobieta, która w rozmowie użyła takiego sformułowania, zaprotestowała, bo przecież jest ona ciągle jeszcze Niemką. W dokumentalnym filmie „Kraj mojej matki” (bo taki tytuł ma on teraz), którego twórcą jest Michał Majerski, filmowiec o polsko-niemieckim pochodzeniu, kilka kobiet opowiada o swoim życiu po 1945 roku. Ich mała ojczyzna przestała być dla nich małą ojczyzną, ponieważ tylko one w niej pozostały. Każda z nich jednak na swój sposób, z mniejszym lub większym szczęściem, ułożyła sobie życie. Z pewnością nie brakuje też innych kobiet, które nie pogodziły się ze swym losem, w filmie jednak nie występują.
Pełna zrozumienia, partnerstwa i wyczucia atmosfera charakteryzuje współpracę, z jaką zetknęliśmy się w Gorzowie Wielkopolskim (dawniej Landsberg an der Warthe). Federalna grupa robocza landsbergczyków i urząd miasta omawiają wspólnie wiele działań, dzielą się zadaniami i wkładem finansowym, a jeśli trzeba, znajdują również słowa krytyki. Christa Greuling, która działa aktywnie jako dawna mieszkanka Landsbergu (może pamiętacie ją Państwo z dokumentalnego filmu „Wspomnienia z miasta L.”, zrealizowanego przez Grzegorza i Monikę Kowalskich oraz Zbigniewa Sejwę z Gorzowa), opowiadała nam o uroczystym przekazaniu „dzwonu pokoju” z inskrypcją „1250-2007 Landsberg an der Warthe – Gorzów Wielkopolski”, które odbyło się 2 września 2006 roku. Obie nazwy miejscowości widnieją obok siebie, jakby nigdy nic, i jest to rzadkość. Christa Greuling cieszyłaby się, gdyby przy tej okazji plac, który dzisiaj nazywa się Grunwaldzki, wcześniej Musterplatz, a potem Platz der SA, otrzymał zupełnie nową nazwę. W czasie uroczystości nad placem powiewała flaga Unii Europejskiej. (Na marginesie: 12 listopada 2006 roku Tadeusz Jędrzejczak został ponownie wybrany na prezydenta miasta Gorzowa.)

Świadkowie historii
Nastał czas świadków historii, chociaż ludzie, którzy mogą sięgać do własnej pamięci, byli wówczas małymi dziećmi, a dzisiaj są już emerytami. Stąd wśród niemieckich świadków epoki powraca często znana skądinąd tendencja, by początek historii utożsamiać z wypędzeniem Niemców z ich małej ojczyzny. Zrozumieć ani zaakceptować takiego punktu widzenia nie mogą ani Polacy, ani też większość Niemców. Na pograniczu pojawiają się wspólne projekty seniorów, uczniów i nauczycieli, które próbujemy wspierać. Partnerskie miasta Storkow i Opalenica wydały dwujęzyczną publikację zawierającą 40 relacji świadków historii (20 niemieckich i 20 polskich); jest to owoc współpracy rady seniorów ze Storkow, stowarzyszenia seniorów z Opalenicy, europejskiej szkoły ze Storkow (do której uczęszczają również uczniowie z Polski), a także liceum z Opalenicy. Polscy uczniowie wraz z nauczycielami prowadzili rozmowy w Opalenicy i okolicach i przygotowali 20 wspomnień. Polscy i niemieccy uczniowie szkoły europejskiej zajęli się tłumaczeniem tekstów. Horst König, energiczny szef rady seniorów ze Storkow, pisze w broszurze: Długie lata historie te tkwiły w głowach Polaków i Niemców i czekały (...) na tę okazję. Teraz również pokolenie wnuków może dowiedzieć się, jak to naprawdę było 60 lat temu.
Przy okazji tych projektów okazało się, że młodzież często dopiero w trakcie zbierania materiałów dowiadywała się, skąd pochodzą rodzice czy dziadkowie i jakie mają za sobą przeżycia. Tak właśnie było w gimnazjum w Gartz, którego polscy i niemieccy uczniowie, zainspirowani przez nauczycielkę niemieckiego Dagmar Sachs (pracującą dzisiaj w Schwedt) zaczęli przeprowadzać wywiady z pokoleniem rodziców i dziadków, a następnie tworzyć z tego materiału literackie teksty. Mieli zupełną swobodę w wyborze formy, mógł powstać wiersz, reportaż, esej, fragment dziennika. W opowieściach pojawiły się losy polskich robotników przymusowych, ludzi zesłanych na Syberię, wysiedlonych z Kresów wschodnich, a także losy niemieckich uciekinierów i wypędzonych. Podobnie przebiegały warsztaty filmowe w Stolzenhagen nad Odrą, podczas których młodzi ludzie pod okiem ekspertów, Elwiry Niewiery i Kornela Miglusa, kręcili na wideo filmy dokumentalne („Spojrzenie przez rzekę”). Jeden z tych filmów opowiada o wizycie mieszkanki Uckermark w jej rodzimej miejscowości Bielinek (dawniej Bellinchen), leżącej po drugiej stronie Odry, vis à vis Stolzenhagen. Film pokazuje starą pocztówkę z widokiem przedwojennego Bellinchen z drugiego brzegu rzeki – było to urokliwe miasteczko tuż nad Odrą. Jeśli spojrzeć dzisiaj z tego samego miejsca, nie widać właściwie nic. Jest to jedna z tych miejscowości, gdzie przeraźliwa pustka zastępuje dawne centrum miasteczka. Ale stary dom jeszcze stoi. Niedawno nabyli go i odremontowali nowi właściciele. Młodzi, gościnni, otwarci. Dawnej mieszkance spodobały się efekty remontu. Odwiedziny, których pragnęła, ale i obawiała się, przebiegły pomyślnie. Dzisiaj jej mała ojczyzna jest już gdzie indziej. Na zakończenie projektu wszyscy świadkowie historii, uczestnicy warsztatów oraz miejscowe stowarzyszenie wypędzonych zaproszeni zostali do Angermünde na projekcję filmów połączoną z dyskusją.
Organizując spotkania ze świadkami historii, nie można oczywiście ograniczać się do nabożnego wysłuchiwania ich opowieści bez zadawania dodatkowych pytań. Ludzie pamiętają z reguły tylko pewne rzeczy, inne wypierają albo nadają im inne znaczenie. Rola świadków epoki jest ogromnie ważna, trzeba jednak posiąść umiejętność zadawania pytań. Można mieć do czynienia z rutyną lub ludźmi, którzy nie dopuszczają pytań, ignorując słuchaczy czy rozmówców. Wtedy konieczna jest dobra moderacja. Oczywiście zdarzyć się mogą pomyłki. Jacek Kurzępa, socjolog z Zielonej Góry skrytykował niedawno „gadaninę o pionierach z Krosna”, którzy już w kwietniu 1945 roku wprowadzali się do opuszczonych domów i tak naprawdę nie byli ani pionierami, ani patriotami, lecz zwyczajnie ciągnęli profity. Niejeden z niemieckich świadków historii zachowuje swoje zdanie dla siebie, uważając, że nie wypada czegoś mówić Polakom. Na skutek tego nie zmieni się niczyje zapatrywanie, bo wygłasza się je tylko w towarzystwie, które z pewnością przytaknie. W ten sposób nie można dowiedzieć się nic nowego, a budzi to tylko nieufność po obu stronach.

Sieć inicjatyw
W ramach projektu „Po śladach – Spurensuche“ dążymy do stworzenia regionalnej sieci inicjatyw na pograniczu. Odbywają się – jak już wspomniano – spotkania ze świadkami historii, pokazy filmowe, wykłady, wycieczki studyjne, a przy wsparciu polsko-niemieckiego Klubu Dziennikarzy „Pod Streo-Typami“ działa polsko-niemiecki serwis prasowy online „Transodra Ekstra“. W regionie prezentujemy dwujęzyczną wystawę na temat wypędzeń Polaków i Niemców, powstają nowe wystawy. Działalność tę udokumentuje kolejny numer pisma „Transodra“. Projekt „Po śladach“ i serwis prasowy online są częścią większego projektu „Zivile Brücken – Mosty społeczne“, realizowanego pod egidą pełnomocnika ds. cudzoziemców landu Brandenburgia, a finansowanego ze środków unijnych. Potrzebne i przydatne są różne formy komunikacji, które przyczyniają się do większego zrozumienia regionu. Sieć inicjatyw, a więc oddolna, obywatelska struktura inicjatyw i osób, jest dla nas przeciwieństwem ewentualnego Centrum przeciw Wypędzeniom (które zresztą być może wcale nie powstanie). Przyszłość pokaże, czy owa struktura rozwinie trwałe formy organizacyjne. Work in progress, rzec można. Obiecywać niczego nie możemy.

Na zakończenie
Kiedy tekst ten był już gotowy, dotarły do mnie dwa ostatnie numery “Gazety Chojeńskiej“, która jest moim ulubionym polskim tygodnikiem lokalnym. I oto w przedostatnim wydaniu znajduję list do redakcji od czytelnika, p. W. Wojciechowicza z miejscowości Banie (dawniej Bahn). Zadaje on pytanie o bitwę pod Cedynią w roku 972, a także o sformułowanie 61 lat Polski w Baniach. Pyta też, czyje ziemie były tu wówczas, w 972 roku, kto je zamieszkiwał i jak w tym kontekście rozumieć trzeba powrót do macierzy.
Przywoływany już wcześnie Robert Ryss, wydawca i redaktor naczelny gazety, przedstawia w odpowiedzi zarys historii tych ziem od ok. IV wieku do dzisiaj (co czyni zresztą nie po raz pierwszy), a na zakończenie pisze: ...nic wartościowego nie da się zbudować na półprawdach lub fałszach. (...) Obecnie te ziemie są polskie i żeby to udowodnić, niepotrzebne jest manipulowanie historią. Pokażmy swój patriotyzm, czyniąc nasze miasta, wioski, ulice i osiedla piękniejszymi, bogatszymi, bardziej rozwiniętymi kulturowo i cywilizacyjnie. Dzisiaj nie ma lepszej miary miłości do Ojczyzny.
(Gazeta Chojeńska 14 (613), 4.-10.4.2006, www.gazeta.chojna.com.pl )


Wykład wygłoszony na Uniwersytecie Europejskim Viadrina podczas konferencji poświęconej Nadodrzu, która odbyła się w dniach 27-30.4.2006, zaktualizowany w listopadzie 2006

Projekt Spurensuche / Po śladach: www.dpg-brandenburg.de