Tysiącletnia klamra sąsiedztwa

Bardzo niewiele osób w Polsce wie, gdzie leży Chojna czy Gryfino (mylone często z Gryficami), ale wystarczy powiedzieć, że niedaleko Cedyni - i wszystko jasne, bo zajmuje ona szczególne miejsce na mapie kraju i w historii Polski. Nie zmienią tego nawet wątpliwości co do lokalizacji bitwy z 972 roku. Chciałoby się powiedzieć „słynnej”, ale byłoby to raczej myślenie życzeniowe, gdyż jej sława nie przekroczyła nigdy granic polskiej pamięci historycznej i nie jest częścią kanonu wydarzeń o randze europejskiej. Zresztą do polskiej pamięci wprowadzono ją też bardzo niedawno. Te wątpliwości lokalizacyjne nawet dodają wszystkim cedyńskim opowieściom trochę pieprzu, a dobrej potrawie przyprawy są niezbędne. Dobra potrawa nigdy nie może być też przesłodzona ani tym bardziej oblana lukrem tak bardzo, że zalewa on oczy konsumującego, przesłaniając na przykład historyczną rzeczywistość. Bo fakt, iż bitwa pod Cedynią się wydarzyła, niewiele nam mówi o tamtych czasach, a zwłaszcza o początkach polskiego państwa. Epizod, czyli część, wzięliśmy za całość i z bitwy tej stworzyliśmy symbol historii, którą notabene też sami stworzyliśmy. Uwierzyliśmy w mit tysiącletniej wrogości między Polakami i Niemcami.
Zbudowana w XX wieku sława Cedyni opiera się głównie na stworzonej na potrzeby tamtego czasu - zresztą daleko stąd - figurze tysiącletniej klamry, łączącej rok 972 z walkami polskich żołnierzy, forsujących w 1945 roku podcedyńską Odrę w ostatnim etapie wojny przeciw hitlerowskim Niemcom. Ta klamra pielęgnowana jest poprzez coroczne, inspirowane wydarzeniami z 972 roku inscenizacje pod Górą Czcibora, a także przez coraz liczniejsze rekonstrukcje (czy raczej imitacje) walk o blisko tysiąc lat późniejszych.

Pamiętać należy o różnych wydarzeniach, a szczególnie o ludziach, którzy oddali swe życie na polach bitew. Rocznice bitew są inspirujące, ale możemy to wszystko uzupełnić, robiąc krok naprzód i mówiąc także o innej, zdecydowanie bardziej zasadnej tysiącletniej klamrze: oto po długim czasie wróciliśmy nad Odrą do normalnej sąsiedzkiej koegzystencji, jaką uprawiali Piastowie, którzy przez wieki ściśle z Niemcami współdziałali. Splatali z nimi swe losy rozlicznymi koligacjami rodzinnymi poprzez choćby małżeństwa królów i książąt. Już Mieszko I po śmierci Dobrawy ożenił się z Odą - córką margrabiego Dytryka, która urodziła mu synów: Lamberta i Mieszka. Z czterech żon Bolesława Chrobrego żadna nie była Polką (cokolwiek to wówczas mogło znaczyć). Pierwsza to córka niemieckiego margrabiego Rygdaga, a czwarta, zresztą kolejna Oda - córka margrabiego Ekkeharda. Dodajmy, że sam Chrobry to pół-Czech, a krew jego potomków była jeszcze bardziej zmieszana. Z następnych Piastów prawie żaden nie żenił się z Polką. To tak á propos tzw. prawdziwych Polaków i postulatu „Polska dla Polaków”...
Prof. Kazimierz Myśliński stwierdził nawet, że niejednokrotnie tylko dzięki swoim związkom z germańskimi margrabiami udało się Piastom obronić suwerenność państwa polskiego. Oczywiście od czasu do czasu także przeciw sobie walczyli, ale nie na zasadzie zakodowanego w naszych umysłach starcia dwóch mocno abstrakcyjnych żywiołów: słowiańskiego i germańskiego, lecz raczej w formie rozmaitych doraźnych sporów i gier interesów. Dobrze to ilustruje fakt, że Piastowie raz walczyli w przymierzu z jednymi Niemcami przeciw innym Niemcom, by za chwilę zmagać się z tymi pierwszymi w sojuszu z drugimi. A w ogóle u początków państwa polskiego chyba dużo częściej wojowaliśmy przeciw innym Słowianom, np. Wieletom czy Pomorzanom, nierzadko mając u boku Niemców. W każdym razie - wbrew mitowi o tysiącletniej wrogości i odwiecznym zarzewiu wojennym - polska granica zachodnia była najspokojniejszą z naszych granic przez niemal całą naszą historię, a twierdzi się też, że najspokojniejszą w całej Europie. Podkreślają to najpoważniejsi historycy, np. Norman Davies. Trudno nam to z reguły dostrzec przez pryzmat ostatnich dramatycznych i tragicznych dwustu lat.
Jak widać, tysiącletnie klamry mogą być rozmaite. Która ma być nam bliższa?

Cedynia jest szczególnym miejscem na mapie Polski z różnych powodów, nie tylko historycznych. Ze wszystkich miejsc na całym polsko-niemieckim pograniczu mamy spod Cedyni najbliżej do Berlina - jednej z najważniejszych i najbardziej dynamicznych metropolii współczesnej Europy. Cedynianie pełnymi garściami czerpią z tego położenia profity, pracując i zarabiając na licznych targowiskach, stacjach benzynowych, sklepach, zakładach fryzjerskich, warsztatach itd. Lecz jak są blaski, to muszą być i cienie: bezpardonowa nierzadko rywalizacja biznesmenów o wielkie pieniądze, transgraniczna przestępczość, prostytucja... Ale to tak jak z wielką historią, która dopiero jako całość stanowi barwną, smakowitą opowieść. Z życia nie da się wypreparować wyłącznie jasnych i dobrych momentów, tak z życia człowieka, jak również miasta i regionu. Istnieje prosty i szybki sposób na likwidację przygranicznej przestępczości: zamknąć granicę. Tyle że wówczas pożegnamy się nie tylko z tym, co złe, ale i z tym, co dobre: ze źródłem utrzymania tysięcy Polaków i z życiem we wspólnej Europie. Klatka czy więzienie to jedne z najbezpieczniejszych miejsc, tyle że takiego bezpieczeństwa szybko mielibyśmy serdecznie dość. Przynajmniej - jak ufam - zdecydowana większość z nas.

Cedynia skrzy się historią - starą i nową. A historia ma to do siebie, że - wbrew schematom - trudno ją zmieścić w ciasnych ramach, zwłaszcza ideologicznych. Kontrowersje i wątpliwości są jak najbardziej naturalne, o ile nie próbujemy szkicować historii grubą kreską i wyłącznie w czarno-białych barwach. Kto takiej pokusie ulega, ten łatwo widzi w poległych nad Odrą żołnierzach 1 Armii Wojska Polskiego kolaborantów Stalina i zdrajców narodu. Również w tej najnowszej historii Cedyni i okolic tkwi wielki potencjał ilustracyjny i edukacyjny, pokazujący, że wszystko jest bardziej złożone, niż się wydaje, a drogi do wolnej Polski bywały bardzo często nie tylko krwawe, ale także kręte i mgliste. Szkoda, że władze Cedyni tak łatwo uległy ideologicznym naciskom i zlikwidowały nazwę ulicy Obrońców Stalingradu. W ramach tzw. dekomunizacji domagali się tego właśnie wyznawcy uproszczonej, a tak naprawdę fałszywej historii. Czy istniałaby jakakolwiek Polska, nawet w ułomnej postaci PRL-u, gdyby nie zwycięstwo Armii Czerwonej pod Stalingradem? I czy - biorąc pod uwagę plany hitlerowców - w ogóle istnieliby Polacy? Nawet jeśli, to z pewnością nie byłoby ich w Cedyni.

Już rok 1939, czyli początek II wojny światowej, wywrócił do góry nogami świat. Ale koniec wojny wywrócił go jeszcze raz - może nawet mocniej. Świat zarówno tych, którzy w Cedyni mieszkali do 1945 roku, jak i tych, którzy w ich miejsce tu przyjechali. Było to przesunięcie milionów ludzi i granic państw w tempie nieznanym wcześniej w historii, zaledwie w parę lat. Dziś trudno nam sobie nawet w przybliżeniu wyobrazić, jak trudne to było dla tych ludzi i jakie niosło konsekwencje. Nie bez powodu historyk Marcin Zaremba swą książkę o pierwszych powojennych latach zatytułował „Wielka trwoga”. I nie chodziło mu tylko o strach przed NKWD i UB. Coraz rzadziej doceniamy to, do czego dzisiaj doszliśmy po latach tu nad Odrą - też w szybkim tempie, mimo balastu blisko półwiecza komunizmu. Mamy pokojową granicę, a w praktyce jej brak, zaś za rzeką przyjaznych sąsiadów, którzy stali się naszymi największymi sojusznikami w drodze do demokratycznej rodziny europejskiej. Do dobrego szybko się przyzwyczajamy, a złą zmianę (która nieraz na początku łudzi, że jest dobrą) odczuwamy dopiero wtedy, gdy stracimy to, co wydawało się oczywiste, stałe i niezmienne.
Robert Ryss

Tekst ukazał się pierwotnie w czerwcu w biuletynie „Oddera” z okazji tegorocznych Dni Cedyni, a 14 lipca został przedrukowany przez „Kurier Szczeciński”

Vollständiger Text/ cały tekst: http://gazetachojenska.pl/gazeta.php?numer=17-46&temat=5
Veröffentlichung/ data publikacji: 14.11.2017