„A niech przyjeżdżają...”

Rodzinne domy musieli opuścić ponad 60 lat temu. Szukają ich od kilkunastu lat. Dlaczego nie przyjeżdżali wcześniej? Nie mogli albo nie chcieli. Bali się wspomnień, które potrafią zaboleć. Teraz jest już inaczej. - Choć łza w oku kręci się niemal na każdej ulicy, to się uśmiecham. Do wspomnień – mówi Brigitte Ziegler. Niemka urodzona przed wojną w Trzebiatowie.

Mieszkałam na Langestrasse
Przed wojną dzisiejsza ul. Wojska Polskiego nosiła nazwę Langestrasse, czyli Długa. Była to reprezentacyjna ulica. Dużo dobrych sklepów, hotele, kawiarnie, restauracje. Ulica handlowa. W jednym z domów położonych na Langestrasse spędziła dzieciństwo Brigitte, pogodna blondynka o chabrowych, nadal figlarnych oczach.

– Przyjeżdżam tu co roku, nawet częściej. Tu jest moja Mała Ojczyzna. Spacerujemy razem z przyjaciółmi, którzy też wychowali się w Treptow an der Rega. Wspominamy szkolne czasy, wyprawy do Königshain (Królewski Gaj, park miejski w Trzebiatowie), kąpielisko miejskie, zakupy w sklepach. Zastanawiamy się gdzie kto mieszkał, gdzie pracował. Cieszymy się, że tak dużo starych domów ocalało. Zawsze zachodzimy do naszego kościoła. Nigdzie nie ma piękniejszego kościoła niż w Trzebiatowie – opowiada uśmiechnięta Brigitte. Sentymentalne, przepełnione nostalgią podróże to dla Niemców urodzonych na Pomorzu swego rodzaju terapia. Bywa różna. Najczęściej przyjeżdżają pogodzeni z utratą „kraju lat dziecinnych”, ciesząc się, że nowi gospodarze Pomorza dbają o to co pozostało, że mają gdzie wracać. Chętnie dzielą się wspomnieniami i opowieściami o mieście. Zdarza się jednak, że przyjeżdżają osoby, od których trudno wydobyć „tamte” wspomnienia. Oglądają, milczą, zdawkowo się uśmiechają, raczej chyba z uprzejmości. Mimo upływu tylu lat pamięć ludzka jest niezawodna i potrafi wciąż przypominać bolesne wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat. Przywołuje nie tylko idealizowane dzieciństwo, ale też dramatyczny czas ucieczek i wysiedleń.

Lilli ma dziś szczęście

Dom Kazimiery Galewskiej pełni swego rodzaju rolę „ambasady” dla dawnych mieszkańców Trzebiatowa i okolic. Zwracają się do niej z prośbą o pomoc w odnalezieniu metryk, wyciągów z ksiąg sądowych i kościelnych. Nigdy nie odmawia.

– Sentyment jest najczęstszym powodem ich przyjazdu. Dla nich tu był raj. Mogło być biednie, ale tu od wielu pokoleń żyły ich rodziny. Tu był ich ogród, sad, dom. Pamiętam taką sytuację w Bobolicach, jak pewna Niemka zobaczyła dom swoich rodziców i dziadków. Mimo że padał ulewny deszcz, ona chodziła po polu i płakała. Wszystko wiązało się ze wspomnieniami. Rodzina, z którą przyjechała nie mogła jej zaprowadzić do samochodu – opowiada pani Kazia. – Niemcy z DDR-u przyjeżdżali do nas już dużo wcześniej, ale też nie tak często jak dziś. Wiadomo - polityka. Dopiero od początku lat 90. zaczęli przyjeżdżać z RFN-u. Te 45 lat po wojnie oceniają bardzo źle. Mówią na to „Mangelhaft”, czyli wadliwe, złe. Mieli żal, że wszystko niszczeje, a ich ciężka praca idzie na marne. Teraz doceniają zmiany. Mówią, że coś zaczęło się dziać. Widzą remonty, nowe elewacje. Doceniają to. Nadal zadziwia mnie ich pamięć. Te drobiazgi, szczegóły. Pamiętają, gdzie w ogrodzie rosła marchewka, a gdzie pietruszka.

Lilli Roter, z domu Grundmann, przyjechała do Trzebiatowa wraz z mężem Walterem. Szukają śladów obecności jej rodziny.

– Mojego domu już nie ma. Tu mieszkałam – pokazuje ze wzruszeniem na szary blok z lat 60. - Ojciec pracował jako prawnik w sądzie. Mama zajmowała się domem. Szukam czegokolwiek, może jakieś dokumenty czy zdjęcia się zachowały?

Ma dziś szczęście. Na jednym ze zdjęć, zgromadzonych w archiwum Trzebiatowskiego Ośrodka Kultury, odnajduje swój dom. W zachowanej księdze sądowej widnieje zaś wzmianka z 1936 r., o jej ojcu – Hansie Grundmannie. Trudno uwierzyć, ile radości mogą sprawić takie drobiazgi.

Nie tylko sentymenty

- A niech przyjeżdżają. Nas też wysiedlili przecież z Kresów. Mnie cały czas ciągnie do Wilna, więc się nie dziwię, że chcą zobaczyć co po nich tutaj zostało. Przecież tu nie wrócą. Tylko wspomnienia ich tu ciągną. To normalne – mówi pan Antoni z Gryfic. Dzisiejsi mieszkańcy Pomorza, w większości chętnie przyjmują swoich poprzedników. Rozumieją ich tęsknotę. Wielu pochodzi z Wołynia, Podola. Dla nich Grodno czy Lwów, jest tym, czym Szczecin i Kołobrzeg dla Niemców.

- Do domu moich rodziców co roku przyjeżdżało starsze małżeństwo. Pierwszy raz w 1981. Tato bardzo chętnie pokazał im ich dawne gospodarstwo, mama reagowała inaczej. Raczej niechętnie. Ze względu na czasy wojny nie darzy Niemców sympatią. Mój brat z kolei zaprzyjaźnił się z nimi. Rozmawiali po angielsku, pisali listy, przesyłali zdjęcia. Podobnie moja ciocia przyjaźniła się z niemieckim małżeństwem. Czuli się niemal jak rodzina. W ubiegłym roku do domu mojej mamy przyjechał natomiast wnuk dawnych właścicieli. Chciał zobaczyć sad i ogród – mówi Danuta Pyzia z Trzebiatowa. – Ja sama podróżuję śladami mojej rodziny. Byłam we Lwowie, na Wołyniu. Takie podróże są więc czymś naturalnym.

Niemcy nie przyjeżdżają jednak na Pomorze tylko z sentymentu. Po prostu odkrywają ten region. Kołobrzeg, Kamień i Świnoujście kuszą ofertą sanatoryjną. Mniejsze miejscowości cieszą się popularnością poza sezonem, kiedy jest spokojniej. Starsi Niemcy nie lubią tłoku i hałasu. Magnesem są także ceny. Jest po prostu taniej.

– Moja rodzina pochodzi z Kamienia, ale nie przyjechałam tu szukać wspomnień. Jestem z Bawarii i traktuję przyjazd tutaj tak jak do Portugalii czy do Włoch. Zero wspomnień – mówi Ruth, która przyjechała na Pomorze w ramach „LiteraTouren”, podróży literackich organizowanych przez jedno z niemieckich biur turystycznych. Niemcy podkreślają naturalną uprzejmość i gościnność Polaków.

– Nie jesteście jeszcze skażeni sztuczną, udawaną serdecznością, z jaką można się spotkać na Zachodzie – podkreślają uczestnicy „LiteraTouren”.

Vollständiger Text/ cały tekst: http://www.kurier.szczecin.pl/Art.aspx?a=22754
Veröffentlichung/ data publikacji: 10.06.2009