Blankensee - nieudany piknik

Rowery (foto: Kurier Szczeciński)

Padało, lasy pełne kałuż. Pozostał asfalt. A jak masa bitumiczna, to mniejszy wysiłek i można się pokusić na Niemcy. Może za wiele powiedziane, bo nasze Niemcy, to zaledwie sąsiedzkie Blankensee odległe o parę kilometrów od polskiej wsi Buk.

Niespieszne pedałowanie z Głębokiego na Wołczkowo i dalej przez Dobrą. Za Bukiem jeszcze skręt na ścieżkę rowerową i mijamy przejście graniczne. Niemiecki radiowóz dyskretnie stoi w zaroślach. Oczywiście mamy dowody osobiste. Nikt nas jednak nie zatrzymuje.

***

Pogoda zmienna, a burzowe chmury omijają nas o włos. Nad jeziorkiem we wsi Blankensee pojedynczy rodacy i radość, bo akurat wychodzi słoneczko i robi się ciepło.

Z lasu wychodzi mężczyzna z butelką w ręku i z zażenowaniem informuje nas, że jest tam więcej takich pamiątek po niektórych naszych rodakach. „Prowokator?” - myślę, ale włażę w chaszcze i... No cóż. Tam jakaś folia z czteropaku rodzimego piwa, tu znowu puszka z Wielkopolski albo ulotka reklamowa sieci budowlanej.

Tymczasem nad samym jeziorem stoją po dwa puste kubły na śmieci!

Na szczęście tego dnia tubylcy nie skusili się na piknik nad jeziorkiem. Pusto. Może przez pogodę?

***

Mamy ochotę popływać albo przynajmniej zanurzyć się w wodzie. Nieoczekiwanie jednak na plaży „ląduje” kilkunastoosobowa grupa naszych. Dojechała samochodami i wanem. Radosne pokrzykiwania, gromkie rechoty, tudzież siarczyste wiązki nieparlamentarnych słów oraz liczne trunki na stole uprzytamniają, że z dłuższego pikniku oraz kąpieli nici. Pakujemy manatki.

Może przynajmniej obejrzymy samą wioseczkę?

***

Blankensee wygląda sympatycznie i... pusto. Młodzi wyjechali za chlebem. Znać tu epokę „enerdówka”, bo nie wszystko jest na wysoki połysk. Jednak nie trudno dostrzec niemieckiego „ordnungu”, co najlepiej widać w ogródkach. Uwagę przyciąga kogut na szczycie wieży zabytkowego kościółka.

Naszym celem jest lokal gastronomiczny pod swojsko brzmiącą nazwą „Gospoda”. Koło budynku w którym się mieści, krząta się sympatyczna blondynka. To Alicja von Spiczak-Brezinski, szczecinianka z Pogodna, która wyszła za Niemca i tu się osiedliła. Oprócz niej w liczącym 600 mieszkańców Blankesee mieszka jeszcze siedem polskich rodzin.

Nazwisko jej męża ma rodowód słowacko-czeski, od wsi Berezino i Spiczakowo. Dom kupili, „bo szukała dla siebie jakiegoś zajęcia”. I choć dziś pracuje w firmie Horn Immobilien - pośrednictwie nieruchomości - wraz z mężem zajmuje się też gospodą, która należy do syna.

Na zewnątrz domu ławy i parasolka z reklamą Bosmana, w środku pachnie minioną epoką - stare meble, garnki, stylowe serwety, stół do bilarda. Na podwyższeniu pianino.

- Opieramy się głównie na turystach - mówi p. Alicja.

Choć oczywiście po tej stronie granicy jest drożej, to jednak ceny wyszynku coraz bardziej porównywalne są z naszymi: kawa - 1 euro, duże piwo - 2 euro, sznycel z ziemniakami i sałatką - do 8 euro.

Gospodyni dużo opowiada o swoich sąsiadach; zależy jej, aby obie społeczności żyły zgodnie, aby lepiej się poznały. Jej na pewno jest łatwiej, bo płynnie mówi po niemiecku.

- Nie język jest najważniejszy - uważa jednak. - Barierę przełamuje normalne sąsiedztwo. A to oznacza, że np. nie można hałasować o nieodpowiedniej porze, a w w mieście w kamienicy wystawiać przed drzwi worka ze śmieciami. Należy je od razu wynieść do kubła. Może też denerwować woń papierosowego dymu z balkonu niżej, czy grill na... balkonie. Niby drobiazgi...

Przypomniało mi się jak pewien znajomy kupił za niewielkie pieniądze dom w przygranicznej wsi, ale niemieckim sąsiadom nie podobało się, że jego dzieci bawiły się w ogrodzie do późnych godzin wieczornych. „Donieśli na mnie do władz samorządowych i musiałem się tłumaczyć” - wspominał. „Kto chce tam mieszkać, musi się dopasować. A my przecież jesteśmy narodem indywidualistów” - konstatował. Sprzedał nieruchomość i ponownie zamieszkał w Szczecinie.

”Gospoda” w Blankensee stała się małym centrum integracyjnym. Pani Alicja organizuje w niej spotkania. Zdjęcia z jednego z nich można obejrzeć na portalu www. pogranicze.de.

Ale gospodyni nie kryje, że czasami musi interweniować nad jeziorem. - Wstyd mi za niektórych naszych rodaków, którzy się tam zjawiają - mówi. - Kilka dni temu przyjechała jakaś pani i używając szamponu zaczęła w nim kąpać pieska. Jeżdżę na plażę i próbuję dyscyplinować ludzi.

Jezioro jest prywatne, ale tutejsze prawo stanowi, że musi być ogólnodostępne. A co do hałaśliwej grupy, która pojawiła się na brzegu, jej zdaniem mogła być „wendeta”. W poprzednim weekend ktoś bowiem przebił opony w samochodach jakiejś hałaśliwej grupy. Być może, bo gdy opuszczaliśmy brzeg zbiornika, jeden z Polaków czuwał przy pojazdach.

***

Ale gospodyni ucieszyła się z naszej wizyty z zupełnie innego powodu: - Chciałam za pośrednictwem portalu „Kuriera Szczecińskiego” prosić o rozwiązanie pewnego problemu.

Okazało się, że chodzi o dzieci z pobliskiego Buku. Każdego pogodnego dnia około dziesięciu przychodzi bez żadnej opieki nad tutejsze jezioro.

- Apeluję do władz samorządowych z Dobrej Szczecińskiej, aby oddelegowały jakiegoś opiekuna. Nie mogę już patrzyć jak mały chłopiec parę kilometrów ciągnie za sobą młodszą, umęczoną siostrzyczkę. Niech dojdzie do tragedii i któreś utonie! Gdyby Wójt wyznaczył takiego opiekuna, to gotowa jestem mu zapewnić noclegi i wyżywienie - deklaruje pani Alicja.

Sugeruje też, że wójt mogłby się np. postarać o środki unijne na organizację półkoloni dla tych dzieci, które często przecież pochodzą biednych rodzin.

Czy gmina zaopiekuje się małymi transgranicznymi turystami?

***

Żegnamy się i wracamy do domu z wsi, gdzie Niemcy i Polacy żyją obok siebie. Bez zgrzytów. I oby takie incydenty, jak nad jeziorkiem, tego nie zepsuły.

Vollständiger Text/ cały tekst: http://www.24kurier.pl/SpisPrev.aspx?d=46
Veröffentlichung/ data publikacji: 23.07.2009