Kto się bije o bitwę pod Cedynią

Z dużym zainteresowaniem przeczytałam polemikę Sławomira Błęckiego („Bitwa o bitwę pod Cedynią” - GCh nr 35) z artykułem Roberta Ryssa „Czy bitwa pod Cedynią była pod Cedynią” (nr 32-33). Ton polemiki wskazuje, że problem owej bitwy „goreje” w sercu jej autora. Myślę też, że jest tak w sercu niejednego mieszkańca naszego regionu. Także i mnie kwestia bitwy pod Cedynią nie pozostawia obojętną.

Sławomir Błęcki kontra Robert Ryss

Błęcki nie zgadza się z przytoczonym przez Ryssa twierdzeniem Jana M. Piskorskiego, że „z przyczyn ideologicznych mit Cedyni wkrótce po 1945 r. okazał się użyteczny i zaczął żyć własnym życiem, odrywając się od podstawy źródłowej” i na poparcie swojego stanowiska przytacza prof. Feliksa Konecznego - badacza z przełomu XIX i XX w. o bardzo określonych poglądach, można powiedzieć narodowo-chrześcijańskich. Chociaż na początku Błęcki podkreśla, że nie jest zawodowym historykiem i nie zna książki prof. Piskorskiego „Pomorze plemienne” (jednej z najnowszych prac zajmujących się historią Pomorza, opatrzonej bogatą bibliografią, którą nie może się poszczycić praca prof. Konecznego „Dzieje Ślązka”) i jego polemika odnosić się będzie do „publicystycznego sposobu” R. Ryssa, to jednak cały jego tekst skoncentrowany jest na udowadnianiu, że bitwa pod Cedynią odbyła się pod „naszą” Cedynią, że na pewno była bitwą i to bitwą o niesłychanym znaczeniu dla historii Polski, dla historii regionu i dla naszej - mieszkańców - tożsamości. Najwyraźniej chodzi więc tutaj o ideologię, a nie o historię.

rHistoria a ideologia

Historia jest oczywiście nauką i opiera się na faktach - czyli źródłach. Jednak nauka ta nie ogranicza się do pozyskiwania czy udostępniania źródeł. Jej głównym zadaniem jest interpretacja materiału źródłowego. Interpretacja jest jednak rzeczą śliską. Zdają sobie z tego sprawę historycy, dlatego praktycznie każdy poważny naukowiec na wstępie swojej publikacji określa metody, jakimi posługiwał się przy interpretacji źródeł. Jest to tym ważniejsze, im odleglejsze w czasie są badane dzieje. Cechą charakterystyczną interpretacji jest to, że nigdy nie jest ostateczna. Na interpretację źródeł historycznych może mieć (i bardzo często miała) wpływ ideologia. Zmianę interpretacji wymuszają również nowe odkrycia czy nowe metody badawcze. Na co dzień jest to bardzo niewygodne. Już chociażby na potrzeby podręczników szkolnych interpretację trzeba „uostatecznić”. Dlatego „hipotezy, wprawdzie dobrze udokumentowane, ale dające tylko ok. 90% pewności” stają się prawdą absolutną. Jeśli dodać do tego względy ideologiczno-polityczne, to prawda absolutna może stać się prawdą, której krytyka jest niedopuszczalna, zabroniona i niebezpieczna i której bronić należy do krwi ostatniej.

Fakty

Każde poważne dzieło encyklopedyczne podaje, że Mieszka I uznaje się za pierwszego polskiego władcę. Wynika to z historii państwa polskiego, czyli wydarzeń po Mieszku I. Faktycznie był on księciem Polan. Zalążkiem jego księstwa była Wielkopolska, która od północy graniczyła z ziemią Pomorzan. Granicą była Warta i Noteć. Bitwa pod Cedynią jest faktem historycznym. Źródła podają czas, miejsce (pomińmy kwestię, że zapis źródłowy jest w dniu dzisiejszym w tym aspekcie niejednoznaczny), uczestników. Uczestnikami byli książę Polan Mieszko I i margrabia Marchii Wschodniej Hodon. Mieszko I nie był dla współczesnych władcą Polski, bo wtedy Polski de facto jeszcze nie było (nazwy tej zaczęto używać w XI w.), a Hodon był podwładnym Ottona I, cesarza rzymskiego. Koronację Ottona I na cesarza uznaje się za początek państwa niemieckiego, ale de facto takiego w tym czasie nie było. Bitwa pod Cedynią nie była więc bitwą między Polską a Niemcami. „Unarodowienia” tego wydarzenia dokonano później.
Na marginesie: popularna historiografia niemiecka o bitwie pod Cedynią praktycznie nie wspomina. W Niemczech ideologiczne znaczenie ma kolonizacja wschodnia, czyli tworzenie miast i wsi na prawie niemieckim.

Po co nam bitwa pod Cedynią?

Jest to pytanie zasadnicze. Sławomir Błęcki uznaje ją jednoznacznie za mit, o który trzeba walczyć. Mit wyznaczający naszą - mieszkańców - tożsamość. Według niego nie wolno „sprowadzać jednego z ważniejszych w dziejach Polski wydarzenia do wymiaru bitki nieświadomych politycznie barbarzyńskich watażków, a obchody jej rocznic do kolorowego, pozbawionego głębszych znaczeń lokalnego jarmarku”. Wygląda na to, że dla S. Błęckiego „polityczne uświadomienie” jest najważniejsze. Jak ono ma wyglądać? Czy chodzi o obronę odwiecznie polskich ziem? Dlaczego tak bardzo musimy tej polskości tutaj bronić? Rozejrzyjmy się dookoła nas. Gdzie są w naszym regionie dowody na „odwieczną” polskość tych ziem? Jak słusznie ludzie mówią, domy mamy tu w większości poniemieckie, Odrę uregulowali Prusacy, w alejach rosną jeszcze poniemieckie jabłonie i grusze. Jakim wobec tego dowodem na polskość tych ziem ma być bitwa pod Cedynią, która miała miejsce w 972 roku?

Polskie Pomorze Zachodnie

Obecni mieszkańcy Pomorza Zachodniego przybyli tu z różnych miejsc. Większość z nich to repatrianci i przesiedleńcy. Zapytam teraz bardzo bezczelnie: na co im było do szczęścia to całe Pomorze Zachodnie? Czy oni tu w ogóle chcieli jechać? Wystarczy popatrzeć na łzy ludzi, którzy jeszcze po tylu latach niosą w sobie krzywdę przesiedleń, aby na to ostatnie pytanie odpowiedzieć. Niewielu się tu osiedliło z własnej woli. Musieli zapłacić własnym losem za polityczne postanowienia, dokonywane bez ich udziału. Nie dość, że musieli opuścić ziemię swoich przodków, to jeszcze obarczono ich „polityczną świadomością” i kazano im bronić „ziemi piastowskiej”. Jestem potomkiem tych ludzi i mam dosyć wtłaczania mnie w takie czy inne polityczne ramki. O tym, że jest to moje miejsce, nie zadecydowała bitwa pod Cedynią, ale międzynarodowe umowy podpisane po II wojnie. Jestem obywatelem Unii Europejskiej i to obywatelstwo gwarantuje mi życie w pokoju w moim kraju - w Polsce.

Kolorowe jarmarki

Nie jestem historykiem, nie jestem politykiem - jestem mieszkańcem tego regionu i nie jest mi obojętna ani jego historia, ani to, co z niej chcą zrobić politycy. To moje rodzinne miejsce. Mam prawo i obowiązek nie podchodzić do jego historii obojętnie. Chcę zrozumieć tę ziemię, jej rozwój, chcę się jej nauczyć, nauczyć się rozumieć otaczający mnie krajobraz - a nie da się tego zrobić bez akceptacji faktu, że nie stworzyli go Polacy. „Odwieczna polskość” zubaża przy tym tradycje pomorskie tej ziemi. Przestańmy być „obrońcami”, a zostańmy sprawnymi gospodarzami. Pomogą nam w tym także kolorowe jarmarki i nie będą one pozbawione głębszych znaczeń, jeśli nie będą kreowały „gorejących wici wojennych”, a np. „goreje” - czyli wymyślone przez nasze gospodynie płonące pierogi. Będą one wyrazem dzisiejszej, żywej polskości tych ziem.

Autorka mieszka w Widuchowej, jest przewodniczącą stowarzyszenia Ośrodek Inicjatyw Społecznych i Ekologicznych „Stary zagon”

(“Gazeta Chojeńska” nr 37 z 11.09.2007)