Bitwa pod Cedynią rozegrała się w Europie

(w naszej dyskusji o bitwie pod Cedynią dziś głos z Frankfurtu)

Wprawdzie nie jestem stałym czytelnikiem "Gazety Chojeńskiej", ale dowiedziałem się o toczącej się na jej łamach niezwykle fascynującej dyskusji, wywołanej artykułem Roberta Ryssa pt. "Czy bitwa pod Cedynią była pod Cedynią?". Nie zamierzam odpowiadać na tytułowe pytanie, gdyż brakuje mi kompetencji w tej dziedzinie. Zaciekawiła mnie jednak późniejsza debata na temat symbolicznego znaczenia owej bitwy, a także przeciwstawienie świadomości narodowej i regionalnej. Właśnie to skłoniło mnie do sięgnięcia po pióro.

Wszyscy doskonale wiemy, że nauka rozwija się dzięki sceptycyzmowi, polegającemu na ciągłym zadawaniu pytań. Nie inaczej jest z historią. Dlatego też nie ma nic zdrożnego w tym, że zaczynamy sobie zadawać pytania, czy bitwa pod Cedynią była rzeczywiście bitwą, czy może tylko potyczką, kim byli jej uczestnicy oraz czy rzeczywiście jej lokalizacja zgadza się z dotychczas przyjętym ustaleniem. Dlaczego więc sam temat wywołuje nadal tyle kontrowersji?

Podwójne standardy

Jaki wpływ ma bitwa albo jak kto woli "potyczka" sprzed 1000 lat na dzisiejszą świadomość mieszkańców Cedyni i Polski? Jak już powiedziano, swego czasu próbowano obecnością Słowian motywować przesunięcie granic Polski nad Odrę i Nysę, a bitwa pod Cedynią doskonale wkomponowywała się w tę argumentację. Ale czy taka argumentacja jest w ogóle na miejscu? Czy racja tych, którzy chcą dowieść swych historycznych praw do danej ziemi, jest silniejsza od racji długoletnich jej mieszkańców, w tym przypadku Niemców? W żadnym przypadku! Powojennych wypędzeń albo wysiedleń (nie chcę się wdawać w polemikę na temat obu terminów) nie da się niczym moralnie obronić. Nie da się też ich zrelatywizować ogromem krzywd wyrządzonym mieszkańcom Polski przez hitlerowców. Oczywiście nie nawołuję, aby przywracać status quo sprzed 1945 albo nawet 1939 r. - w końcu przesunięcia granic państwowych, niezależnie od towarzyszącej im ideologii, w większości przypadków są złem wyrządzanym mieszkańcom danego terenu. Wolałbym cynicznie stwierdzić, że mieszkańcy dzisiejszej Polski Zachodniej nabyli moralne prawo do swej ziemi poprzez trwające ponad pół wieku "zasiedzenie". Ma jednak całkowitą rację dr Skrycki, pisząc, że Polska tożsamość na ziemiach zachodnich budowana jest dopiero od 1945 r. Od tego nie damy rady uciec, a zresztą dlaczego mielibyśmy?
Dziwi mnie w tym wszystkim, że ci, którzy są gotowi bronić polskości Ziemi Lubuskiej i Pomorza Zachodniego właśnie z powodu dawnej obecności Piastów na tych terenach, jednocześnie zwykle popierają np. inwazję Żeligowskiego na Wileńszczyznę albo nawet zajęcie Śląska Cieszyńskiego z 1938 r., argumentując to statystyką narodowościową ówczesnych mieszkańców tych ziem. Czyli jak to jest? Tam, gdzie nam wygodniej, uwzględniamy dzieje średniowieczne, a gdzie indziej argumenty bardziej współczesne? Przypomina to nieco mentalność Kalego albo - jak lubią ostatnio mawiać Rosjanie - podwójne standardy. Dodam, że do mnie osobiście ani jeden, ani drugi argument nie przemawia - jedyną przyczyną zmiany granic danego terenu może być wyłącznie wola jego mieszkańców, wyrażona choćby w referendum lub w plebiscycie.

Pogranicze narodowe czy wielokulturowe?

W obecnej dyskusji, gdzie przeciwstawia się wizję pogranicza (kresów) o wyostrzonym poczuciu tożsamości narodowej z wizją pogranicza wielokulturowego, zdecydowanie bliższa jest mi ta druga. Wcale nie dlatego, że - jak pisze S. Błęcki - zależy mi rzekomo na poklasku europejskich salonów. Po prostu historia obecnych ziem zachodnich nie jest historią jednoznacznie polską czy niemiecką - jednak w niczym nie umniejsza to wartości tych ziem. Tak samo, jak Mickiewicz wychował się w symbiozie kultur kilku narodów, przez co do dziś kilka państw rości sobie do niego "prawo". Tak samo jak Wrocław ma bogatą historię czeską i niemiecką, a Wilno - polską, litewską, białoruską i żydowską. Także dyskusje o polskości lub niemieckości Mikołaja Kopernika w niczym nie umniejszają jego zasług dla całej ludzkości. Tego typu syntetyczne spojrzenie nie jest wcale tworzeniem na siłę "wielokulturowego tygla", lecz po prostu podejściem do przeszłości bez narodowych uprzedzeń.

Problem w tym, że my, Polacy, dopiero się tego uczymy. Cały XIX wiek jest dla nas okresem zmagań, powstań i przelanej krwi. Uczymy się w szkołach, że skoro nie było wtedy Polski na mapie, to jest to właściwie okres stracony, a na pewno bolesny. Ale przypatrzmy się chociaż dzisiejszej mapie kolejowej Polski, a zobaczymy jasno, że do dziś widoczne są różnice porozbiorowe. Dlaczego więc Niemcy i Austriacy byli w stanie wybudować więcej linii kolejowych w ciągu paru dziesiątek lat, niż Polacy przez prawie wiek? Dlaczego wspominając XIX wiek, mówimy o germanizacji zachodnich ziem polskich, ale zapominamy o budowie wodociągów, dróg, sieci elektrycznych? Przecież we wszystkich tych dziedzinach Niemcy osiągali lepsze wyniki niż Polacy w XX wieku! Wystarczy się przejść po Gdańsku, Wrocławiu, Toruniu, Zielonej Górze lub Bydgoszczy, aby zobaczyć, że bez niemieckiej części swej historii miasta te zatraciłyby znaczną (a niekiedy i ładniejszą) część swego oblicza. Nie wspominam już o trwającej wieki wymianie handlowej, jaka kształtowała się między Polakami i Niemcami (specjalnie nie używam tu nazw państw). Ale "narodowa" wersja historii nie pozwala na tego typu stwierdzenia. Wolimy patrzeć na historię relacji polsko-niemieckich jednostronnie, łącząc w jedno pasmo zmagań bitwę pod Cedynią, bitwę pod Grunwaldem i Powstanie Warszawskie, potwierdzając w ten sposób popularne powiedzenie "Jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi bratem".

Polskość i europejskość nie wykluczają się

Czy Polakom świadomość regionalna jest obca, jak twierdzi S. Błęcki? Odpowiem pytaniem na pytanie: czy emigranci, odczuwający nostalgię, widzą oczyma wyobraźni pałac prezydencki z jego gospodarzem w środku? A może tęsknią za Sejmem i Senatem, widząc w myślach Białego Orła w koronie? Czy może jednak widzą swój dom rodzinny, swą dawną szkołę, swoje podwórko, przyrodę i po prostu swój region? Chyba nietrudno na to odpowiedzieć. Spór, czy tożsamość narodowa ma pierwszeństwo przed regionalną, jest w moim odczuciu bezprzedmiotowy. Obydwie tożsamości są częścią składową naszej świadomości, a kolejność zależy od naszego własnego systemu wartości. Dla S. Błęckiego ważniejsza jest świadomość narodowa, dla mnie osobiście nie. Sporą część życia przemieszkałem we Frankfurcie nad Odrą i w Słubicach na granicy polsko-niemieckiej, więc obydwa miasta (bez rozgraniczenia na "polskie" i "niemieckie") są znacznie bliższe mi duchowo, niż np. Radom, w którym nigdy nie byłem. Czuję się mieszkańcem owego "Słubfurtu", pochodzącym z Bydgoszczy, a jednocześnie Polakiem i Europejczykiem. Nie widzę w tym żadnej sprzeczności. A wynik bitwy pod Cedynią, zarówno tej dawnej, jak i obecnej, choć mnie niezmiernie ciekawi jako część dziejów mojego narodu, nie jest w stanie tej świadomości zmienić.

Na zakończenie dodam, że nie pojmuję, na jakiej podstawie Sławomir Błęcki obecne idee integracji europejskiej, czyli idei kontynentu bez wojen, tworzonego na zasadzie poszanowania praw poszczególnych społeczności i narodów, utożsamia z pozbawionym charakteru chaosem. Jest to idea typowo pozytywistyczna, polegająca na "pracy organicznej", na wspólnym budowaniu ponadpaństwowej wspólnoty. Ale zapewne wizja narodu polskiego, niebudującego swej tożsamości w opozycji do sąsiadów, jest dla niektórych poważnym mankamentem dzisiejszego europeizmu. A przecież pojęcia "polskość" i "europejskość" wcale się nie wykluczają.
Krzysztof Kolanowski
Ruch "Newropeans" Polska (newropeans.eu), Uniwersytet Europejski Viadrina, Frankfurt n. Odrą

Zbliżamy się do finału naszej dyskusji na łamach "GCh". Wkrótce zamierzamy zorganizować (najprawdopodobniej w Cedyni) otwartą debatę z udziałem autorów tekstów oraz publiczności. O miejscu i terminie poinformujemy wcześniej.
Redakcja

„Gazeta Chojeńska” nr 44 z 30.10.2007