W zgodzie z sumieniem

Szczeciński Sierpień '80
W zgodzie z sumieniem
Rozmowa z Eugeniuszem Szerkusem, działaczem opozycji przedsierpniowej

- Jakie będą obchody zbliżającej się 30. rocznicy Sierpnia ’80?

- Smutne. Dla mnie osobiście nie, bo ja już jestem emerytem, moje życie zawodowe i społeczne skończyło się, mieszkam daleko na wsi. Ale wiele osób uważa, iż nie tak miało być. To, co się dzieje w Szczecinie – upadek stoczni szczecińskiej, a także wielu innych zakładów pracy, jest przygnębiające.

- Czy można się choć trochę cieszyć z tego, co zapoczątkował Sierpień ’80 dla Polski? Niektórzy mówią, że wszelkie świętowanie w tej sytuacji jest niemoralne.

- Zawsze znajdą się przykłady na pozytywne efekty Sierpnia ‘80. Jest wolność słowa, sumienia, wolna jest literatura, środki masowego przekazu. Ale z drugiej strony, dla zwykłego człowieka takiego, jakim ja jestem, najważniejsza jest praca, kawałek chleba, zapewnienie bytu rodzinie. Wielu ludzi, na przykład u mnie na wsi, nie ma pracy. Młodzi ludzie po szkołach zawodowych choć chcą, nie mogą pracować.

- Pamięta pan jeszcze ten dzień, 18 sierpnia 1980 r., gdy w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego zaczął się strajk?

- Oczywiście, przecież od tego dnia wszystko się zaczęło. Że akurat tego dnia w stoczni zacznie się strajk, było wiadomo wcześniej. Przecież Szczecin nie był pierwszy. W lipcu stanął Lublin, w sierpniu inne ośrodki, w tym Gdańsk. 15 sierpnia w Szczecinie zastrajkowała załoga „Transbudu”. To był koniec tygodnia, więc wiedzieliśmy, że w poniedziałek zacznie się na pewno u nas. I tak się stało. To nie było zorganizowane działanie, w stoczni nie istniały podziemne struktury, które organizowałyby strajk. Wszystko działo się spontanicznie, tak jak w Grudniu ’70.

- W literaturze przetrwał taki opis: podczas przerwy śniadaniowej Szerkus rzucił młotek i poszedł namawiać ludzi do tworzenia trójek strajkowych. Tak było?

- Nie. Szerkus nie rzucił młotka, bo Szerkus pracował na dźwigach. Szerkus z dźwigów widział, że pracownicy idą pod bramę i Szerkus poszedł za nimi. A pod bramą był już spory tłum ludzi i przyczepa, na której znalazł się dyrektor stoczni pan Ozimek i I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR pan Brych. Przygotowali się. Ludzie zebrani pod bramą wyrażali swoje żale i nadzieje, natomiast panowie Ozimek i Brych starali się ich uspokoić i zachęcić do pracy.

- Pomyślał pan wtedy, że znowu będzie tak jak wcześniej, że z jednej strony są ludzie, którzy uwierzą w kolejne obietnice władzy, a z drugiej jest władza, która do tej pory zawsze oszukiwała?

- Wszedłem na tę samą przyczepę i powiedziałem, że nie mamy co słuchać ani pana dyrektora, ani I sekretarza, bo oni i tak nas przegadają. Bałem się, aby ta fala nie wylała się na ulicę, bo poza zakładem pracy mogły przyłączyć się do protestu różne elementy, mogła polać się krew. Więc powiedziałem: wzorem lat 70. idźmy na wydziały, twórzmy trójki, róbmy komitety.

- Kiedy przyszedł moment, gdy pojawiała się świadomość, że może warto zagrać o coś więcej niż tylko podwyżki płac? Że może warto powalczyć o niezależny samorządny związek zawodowy?

- Pod bramą jeszcze tego nie było. Tam ludzie mówili o braku mieszkań, o podwyżkach. Przecież w lipcu zostały wprowadzone ceny komercyjne i ludziom trudno było pojąć, że na ten sam towar obowiązuje znacznie wyższa cena komercyjna – i wtedy można go kupić - i cena zwykła, za którą jest nie do zdobycia.

- Kogo pan pamięta z tamtych dni?

- Przede mną na przyczepie był pan Kamrowski. W aktach IPN czytałem o nim różne nieprzyjemne rzeczy, ale był ze mną na tej przyczepie i też usiłował do zebranej załogi przemówić. Ale nie chcieli go słuchać, bo go nie znali. Innych, na przykład z grona Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, nie pamiętam, bo nie włączyłem się w jego prace, zostawiłem to innym, młodszym.

- A pamięta pan przywódcę, Mariana Jurczyka?

- Przewodniczący strajku nie był osobą, która jednoosobowo podejmowała decyzje. Decydował cały MKS, w jego imieniu były podawane komunikaty. Tak jak w latach 70. i potem nie przypominam sobie, żeby Jurczyk czymkolwiek się wyróżnił. Zresztą ja nie byłem zaangażowany tak bardzo w związki zawodowe, tylko w samorządy robotnicze, w samorząd terytorialny. Wszystko toczyło się błyskawicznie. Hasło, które nam towarzyszyło podczas sierpniowego strajku, to „Socjalizm tak, wypaczenia nie”. Nie wyobrażałem sobie, że ustrój socjalistyczny padnie jak domek z kart. Wyobrażałem sobie przyszłość inaczej: samorządowo. Wierzyłem, że uda się wyrwać zakłady pracy z gestii nomenklatury partyjnej. Jedno z czołowych haseł brzmiało, że dyrektor ma być wybierany przez załogę, a nie przywożony w teczce z KW PZPR.

- A gdyby ludzie wiedzieli, że Sierpień ’80 zmieni ustrój z socjalistycznego w kapitalizm, na początku dziki, to co?

- Mogę mówić tylko za siebie. Ale myślę, że gdyby robotnicy znali dzisiejszy finał protestów, to te nie byłyby aż na taką skalę. Zresztą nie wiem. Kapitalizm wtedy widział nam się przez pryzmat wycieczek zagranicznych, to znaczy widzieliśmy pełne półki, a nie zamykanie zakładów pracy i bezrobocie.

- A kiedy nastąpił rok 1989 r., przyszła wolność, która przyniosła m.in. wiedzę o czasach wcześniejszych, co było dla pana największym rozczarowaniem?

- Póki stocznia funkcjonowała dobrze, nie zastanawiałem się nad tym, byłem zaangażowany w prace związkowe. O kontaktach Mariana Jurczyka z SB dowiedziałem się z procesu lustracyjnego. Wynikało z niego, że faktycznie współpracował, wiele faktów zgadzało się z tymi, które mnie kiedyś obciążyły. Ale podejrzewałem kogoś innego, kolegę, już nieżyjącego. Jest dziewięć meldunków na mój temat – treści rozmowy ze mną, z moją małżonką. Te donosy miały wpływ na koleje mojego życia, internowanie, kłopoty w pracy, wyrok.

- I kilka lat temu postanowił pan to ujawnić. Miał pan żal?

- Nie mam żalu do niego. Mnie się wyrwało, że Jurczyk był agentem, nie wiedziałem, że "Gazeta Wyborcza" to opublikuje.

- Obowiązuje jednak orzeczenie Sądu Najwyższego, który oczyścił Mariana Jurczyka z oskarżenia o kłamstwo lustracyjne na podstawie zeznań o współpracy z SB pod groźbą zagrożenia życia. Panu groził nakaz przeproszenia Jurczyka, ostatecznie sąd uznał, że pan jako poszkodowany nie musi przepraszać za słowo „agent”. Zdaje pan sobie jednak sprawę, że mity są nieśmiertelne i że w historii na zawsze zapisze się Jurczyk jako charyzmatyczny przywódca szczecińskiego Sierpnia ’80?

- Jurczyk niewątpliwie był przywódcą szczecińskiego Sierpnia ‘80. Tak naprawdę jego problem polega na tym, że nie ujawnił się we właściwym czasie. Gdyby powiedział nam, co mu groziło, gdyby nie poszedł na współpracę z SB, nie poniósłby z tego tytułu żadnych konsekwencji. A tak teraz musi ponosić konsekwencje swojego milczenia. Ale bez względu na wszystko legenda Jurczyka w Szczecinie zostanie.

- Jeśli tak, to czy warto było być niezłomnym? Co to panu dało?

- Na pewno warto. Co mi dało? Spoglądając wstecz, wiem, że jakoś to życie przeżyłem, nie tylko konsumując, ale biorąc czynny udział w czymś ważnym. Byłem ziarnkiem piasku rzuconym w tryby maszyny, którą trzeba było zatrzymać. Musiałem tak postępować, bo to było zgodne z moim sumieniem. Tak po prostu trzeba żyć.

Rozmawiała Agnieszka Kuchcińska-Kurcz

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 27.08.2010