35 lat temu powstał KOR - Różne oblicza buntu

- Kiedy rodzi się bunt w systemie totalitarnym?
- To zależy, czy mówimy o buncie elit, czy buncie mas. Za każdym razem na przyczynę składa się suma różnych przypadków i doświadczeń. W polskim społeczeństwie próby działania na rzecz pewnych praw i wartości, uznawanych w środowiskach inteligenckich za ważne, pojawiały się ze zmiennym natężeniem przez cały okres powojenny. Ten sprzeciw w różnych okresach przybierał różną formę. Ja zajmowałem się głownie tym zjawiskiem od października 1956 r. do końca istnienia PRL. Te wszystkie formy sprzeciwu koncentrowały się wokół walki o wolność słowa, o wolność wypowiedzi, o samorządność, możliwość wykonywania swojej pracy w sposób solidny, zgodny z prawdą. Natomiast bunt mas ma inne współczynniki. Wolność wypowiedzi też jest w tym przypadku wartością, ale nie tak kluczową. Najważniejszy jest sprzeciw, wynikający z obrony swoich interesów ekonomicznych. Podstawą buntów, które wybuchły w czerwcu w 1956, grudniu 1970, czy w 1976 w Radomiu, Ursusie oraz innych miastach, była obrona interesów materialnych. W trakcie tych sprzeciwów pojawiło się dążenie do uwzględnienie interesów szerszych oraz próby samoorganizacji. Powstały komitety strajkowe, ludzie upomnieli się o swoje prawa. Szczególnie widoczne to było w 1970/71. Jeszcze wtedy władza mogła taki bunt opanować przez wycofanie podwyżek cen. Paliwo buntu wygasło na kilka lat.
- Wspomniał pan kilka dat przełomowych. Co wydarzenia 1956 – 1970 – 1976 zmieniły w ludziach?
- Każdy z tych buntów zostawiał po sobie pewne istotne zmiany. Przede wszystkim takie, że po kryzysie władza i cały system nigdy już nie cofały się do punktu wyjścia. Pozostawał większy zakres wolności i to zarówno ważnych dla inteligencji, jak i robotników. Po roku 1956 zniknęły np. drastyczne przepisy o socjalistycznej dyscyplinie pracy, które były elementem terroryzowania załóg robotniczych. Pozostał dużo większy zakres wolności wypowiedzi, zupełnie inny poziom wolności kulturalnej. Właściwie skończył się wtedy czas masowych represji za przekonania polityczne, tylko w wyjątkowych i rzadkich przypadkach ludzie trafiali do więzień za przekonania polityczne. Natomiast po roku 1970 robotnicy uzyskali prawo weta – odtąd władza bała się robić podwyżki w obawie, że spowoduje to masowe strajki, co potwierdziło się w roku 1976. Oczywiście buntujący się myśleli jedynie o złagodzeniu reżimu, a nie jakichś fundamentalnych zmianach. Świat był podzielony na dwa wielkie bloki. Polska należała do bloku sowieckiego, stacjonowało tu kilkadziesiąt tysięcy wojsk radzieckich. Tego, że Polska jest spleciona wieloma nićmi w blokiem wschodnim, nikt nie kwestionował, cały świat uważał, że to jest normalne i trwałe. Nikt wtedy nie rozważał możliwości zmiany ustroju. Byłoby to tak samo prawdopodobnie jak to, że w Warszawie wylądują Marsjanie.
- I dlatego KOR mógł zdarzyć się dopiero w 1976 r.?
- Fenomen KOR-u polega na tym, że nastąpiło połączenie dwóch środowisk sprzeciwu. Robotnicy po czerwcu ‘76 byli represjonowani, zamykani w więzieniach, bici na komendach. W tym momencie powstała akcja pomocy dla nich, podjęta przez środowisko opozycyjnej inteligencji warszawskiej. Takie działanie było postulowane w tym środowisku od dawna: jeżeli dojdzie do buntu robotniczego, to inteligencja powinna robotników wesprzeć, bo to daje szansę na daleko idące zmiany. W 1970 nie wsparła – rozbita prześladowaniami po 1968, niezdolna do aktu sprzeciwu. Władza nie doceniła, że inteligencja warszawska może podjąć skuteczną akcję obrony robotników. Z drugiej strony rządząca Polską po Grudniu 70 ekipa Gierka starała się unikać represyjnych form rządzenia. Na skutek kontaktów z Zachodem, zaciąganych pożyczek, rosnącego uzależnienia od Zachodu, starała się sprawiać wrażenie władzy liberalnej. Dlatego represje 1976 były czymś nadzwyczajnym, czymś co szokowało. Władza tak brutalna nie była przez szereg lat.
- Jak to się stało, że w środowisku KOR spotkało się tak wielu ludzi z różnymi biografiami i umiało ze sobą współpracować? Dziś, kiedy patrzymy na skłócone środowiska polityczne, niechęć do siebie dawnych członków KOR, to, co się zdarzyło 35 lat temu, wydaje się wręcz niemożliwe.
- Te biografie były faktycznie różne, ale w pewnych granicach. To były dwie grupy – ludzi starszych, mniej więcej 80-latków i dwudziestoparolatków. Pierwsza grupa – Starsi Państwo – jeszcze przed wojną rozpoczęła swoją aktywność obywatelską, niektórzy polityczną, przeważnie w Polskiej Partii Socjalistycznej. Po wojnie część z nich była na ogół w opozycji, albo w więzieniu. Niektórzy próbowali funkcjonować w warstwie legalnej, ale nigdy we władzy. Wrogowie KOR mówili, że należeli doń byli dygnitarze – to jest absolutne kłamstwo. Starsi członkowie KOR od 1956 r. współtworzyli opozycyjną warstwę intelektualną moralnej opozycji wobec reżimu, ale nie była to działalność radykalna, raczej koncentrująca się na wywalczaniu wolności słowa, swobód tworzenia i publikowania.
- I zaufali dwudziestoparolatkom?
- Tak, często tym, których już wcześniej spotkali na swojej drodze, np. byli obrońcami w ich procesach politycznych. Część z tych osób, jak Jan Józef Lipski, stojący po 1956r na czele Klubu Krzywego Koła., poznał w latach 60-tych m. in. Adama Michnika i innych represjonowanych studentów Uniwersytetu Warszawskiego i udzielał im pomocy. To, co charakteryzowało całą tę młodzieżową grupę, to było przejście przez marzec 1968, ruch sprzeciwu studenckiego. Na ogół przeszli wtedy przez więzienia, albo przynajmniej doświadczyli różnych form zderzenia z systemem. Znali się, w różnym stopniu utrzymywali ze sobą kontakt. KOR był próbą wspólnego działania.
- A jak KOR był postrzegany w społeczeństwie?
- Powstanie KOR zostało przyjęte z zaskoczeniem, zarówno przez władzę, jak i część społeczeństwa. Było to jawne rzucenie wyzwania władzy, co wydawało się niemożliwe do przeprowadzenia i prowadzące wprost do więzienia. Okazało się, że władze nie zdecydowały się na uwięzienie KOR, więc każdy miesiąc jego trwania zwiększał poparcie dla niego i jego zaplecze. Było wyczekiwanie z pewną dozą sympatii, na to, co dalej. Oczywiście ci, którzy zdecydowali się na działalność, a więc zaryzykowali pracę, kariery, to było w skali kraju najwyżej 200, może 300 osób. Ale sporo innych gotowych było wyrazić jakiś akt solidarności, dać pieniądze na akcję, podpisać coś. To było chyba najważniejsze dla przetrwania KOR. Obywatele mogli obserwować jego działania, głównie za pomocą Radia Wolna Europa, które było masowo słuchane przez kilka milionów ludzi codziennie. KOR miał też oczywiście swoich wrogów. To przede wszystkim Służba Bezpieczeństwa, aparat partyjny, który widział w KOR zagrożenie. Koncentrował się na tym, jak rozwalić KOR, ale tak, aby nie pogorszyć radykalnie obrazu władzy w świecie. Nie bardzo to się udawało, bo KOR prowadził tego typu działania, że z trudem - od strony prawnej – można było jego członków zaatakować. Władza i SB nadrabiały to potwarzą, czyli rozpowszechnianiem plotek, pomówień, podkreślaniem żydowskiego pochodzenia niektórych członków KOR, wściekłymi komentarzami. Dotyczyły np. płk. Józefa Rybickiego, w 1945 r. jednego z liderów WiN-u (Wolności i Niezawisłości) - mówiono, że zamordował wielu Polaków po wojnie. Albo przypominano stalinowskie wypowiedzi, prawdziwe zresztą, Jerzego Andrzejewskiego. Andrzejewski był faktycznie jedyną osobą spośród członków KOR, która była zaangażowana po stronie władzy w pierwszym dziesięcioleciu powojennym. Plotki i potwarz miały zbudować poczucie obcości – że KOR to są obcy polskiemu społeczeństwu, najlepiej Żydzi, agenci CIA, występujący przeciw Polsce, za obce pieniądze. Uderzenia kierowano zwłaszcza wobec takich osób, jak Jacek Kuroń, Adam Michnik i Jan Józef Lipski, a więc osób najważniejszych w KOR, o największym potencjalne myślenia politycznego.
- I niektórych udało się do czarnej legendy przekonać. W Szczecinie, podczas Sierpnia 80, strajkujący stoczniowcy nie zgodzili się, aby na teren stoczni weszli członkowie KOR.
- Niekoniecznie dlatego. Może czarna legenda też odegrała rolę, ale nie tylko. Przede wszystkim KOR miał opinię grupy niebezpiecznej, radykalnej, z którą wejście w kontakt władza uzna za akt agresji. Jak ktoś tylko podpisywał jakiś manifest na rzecz KOR, albo kontaktował się z tym środowiskiem, czy wypowiadał na jego temat życzliwie, to natychmiast przez władze był traktowany, jak potencjalny wróg. Takiego człowieka zatrzymywano, blokowano możliwości jego funkcjonowania, wyjazdów zagranicznych, awansów w pracy, zostania po studiach na uniwersytecie. To wszystko miało ograniczyć zaplecze KOR. Im bardziej na prowincji, tym większe to miało znaczenie. W Szczecinie władza nie musiała się z niczym liczyć, mogła bezwzględnie walczyć z ludźmi, którzy kontaktowali się z KOR-em i tworzyli tu ośrodek opozycji. Liderzy strajków szczecińskich nie mieli wcześniej kontaktów z KOR, a strajkujący obawiali się, że jeżeli wejdą w takie konotacje, to zmaleje szansa na rozmowy z władzami, a to był priorytet.
- Co KOR zmienił w polskiej mentalności?
- KOR dużo zmienił w myśleniu polskich elit, polskiej inteligencji. Jestem głęboko przekonany, że gdyby nie doświadczenie KOR - myśli, koncepcje i kilkaset osób w całej Polsce, które pozostawały ze sobą w kontakcie, pewne rzeczy przeczytały, przedyskutowały - to kształt „Solidarności” byłyby inny. Ten ruch nie miałby takiego stopnia samoorganizacji, samoświadomości. I nie prowadziłby tak spójnej, mimo wszystko, polityki wobec władz. KOR odegrał ogromną rolę w nadaniu kształtu „Solidarności”. I później, w latach 80. widać było, że KOR określił metody walki, formę walki, cele programowe ruchu solidarnościowego. Z czasów KOR bierze się też myślenie o świecie, o Europie, o problemie obywatelstwa, przeciwstawne wąskiemu myśleniu etnicznemu o relacjach z sąsiadami, które powinny być oparte na dialogu i porozumieniu, o roli kultury w kształtowaniu tych stosunków. To zdolność patrzenia na polską tradycję w sposób krytyczny, żeby ją weryfikować i nie popełniać dawnych błędów. KOR tego nie wymyślił, te koncepcje sięgają XIX wieku, przybierają różne formy w wieku XX, np. formuła polskości wypracowana jeszcze w obozie Piłsudskiego. KOR odziedziczył tę tradycję, nawiązywał do niej, chociażby przez nazwy pism: „Robotnik”, czy „Głos”. Zwłaszcza odwołanie do tradycji niepodległościowej sprzed 1918 r. było bardzo wyraźne.
- Jak dziś opowiadana jest legenda KOR? O pozytywach dużo mówiło się przy okazji 35-lecia KOR. A legenda negatywna? Ludzie z tego środowiska są często po różnych stronach barykady.
- KOR miał i ma legendę pozytywną i negatywną. Ta negatywna była już obecna w 1981 r. nie tylko w propagandzie partyjnej, czy SB, ale też w propagandzie tzw. prawdziwych Polaków. Tu dochodziła do głosu endecka formuła polskości i „kupienie” przez część osób esbeckich plotek. Udało się je części społeczeństwa zaszczepić i ta legenda odzywa się współcześnie. Ci, co ją głoszą, nie weryfikują jej, bo po co weryfikować swoje poglądy, skoro są ustalone? Po co wiedzieć, skoro można kierować się kliszami? W zależności od tego, komu ludzie bardziej ufają, takie klisze kupują.

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 04.11.2011